Serwis dla Polaków mieszkających w Niemczech

Rozdział trzeci

 

Rozdział III

Dotarcie do mieszkania Zbycha zajęło nam sporo czasu, a to z powodu dwóch nie cierpiących zwłoki spraw. Załatwienie pierwszej, czyli zaopatrzenie się w odpowiedni surowiec do gipsowania, wymagało wstąpienia do sklepu z artykułami budowlanymi. Toteż gdy pojawiła się przed nami tablica ze strzałką w lewo i napisem „ART. BUD. Właściciel P. Fuszerek”, natychmiast skręciliśmy w wyznaczonym kierunku. Szyld ów powinien moim zdaniem brzmieć po prostu „Buda pana Fuszerka”, bo podążając za wskazówkami dotarliśmy w końcu pod oklejony papą barak dawnej zajezdni polewaczek. Tu jednak spotkała nas nie lada niespodzianka. Mimo niepozornej powierzchowności, „ART. BUD.” okazał się wyjątkowo dobrze zaopatrzony, a jego dumny posiadacz nieprzeciętnie wykwalifikowany i chętny do udzielania wskazówek. Przysporzyło nam to zresztą trochę kłopotu. Kto by się spodziewał, że kupowanie tak prostej rzeczy jak worek zwykłego gipsu może być zajęciem równie skomplikowanym, tudzież wymagającym fachowego przygotowania co degustacja francuskich win? 

Już na wstępie pan Fuszerek w osobie własnej przygwoździł nas pytaniem o rodzaj planowanych prac. Widząc nasze niezdecydowane miny, wyjaśnił uprzejmie, że gips jest gipsowi nierówny, a ściślej mówiąc istnieje wiele jego rodzajów, z których każdy używany jest do zgoła odmiennych celów. Ku naszemu zdumieniu dowiedzieliśmy się, że gipsowanie może się odbywać na rzadko i mokro, średnio wilgotno, a wręcz półsucho. W dodatku dogłębnie i pod ciśnieniem albo warstwowo, na powierzchni. Stosowane jest zarówno do uszczelniania, obtykania i wypełniania wszelakich otworów, jak i podkładowo, a nawet wykończeniowo. Niestety, właściciel sklepu, zagalopowawszy się w wyższe rejony remontowo–budowlanego królestwa, nie wspomniał nic o zwykłym gipsowaniu medycznym. Sami jakoś nie znaleźliśmy odwagi wykazać naszej niewiedzy w tak banalnej kwestii. Na domiar złego, nikt z nas nie miał bladego pojęcia jaka ilość potrzebna jest właściwie do usztywnienia nogi. Bąknęliśmy tylko coś o zajęciach kółka artystycznego i o planowanej rzeźbie przestrzennej.

– A to inna sprawa – powiedział pan Fuszerek, wyraźnie rozczarowany, że jego wysokowartościowy gips wbrew swemu konstruktorskiemu przeznaczeniu miał zostać zmarnowany na cele kulturalno-oświatowe, w dodatku o wątpliwej, amatorskiej jakości. – Czy macie panowie na myśli rzeźbę wewnętrzną czy też zewnętrzną? Inaczej mówiąc: czy dane dzieło sztuki ma być przechowywane pod dachem, czy wyeksponowane na dworze?

– Czy to ma znaczenie? – zapytałem.

– Zasadnicze, młody przyjacielu – odparł pan Fuszerek. – Rzeźby wewnętrzne nie są w gruncie rzeczy narażone na wpływ czynników atmosferycznych, w odróżnieniu od rzeźb zewnętrznych, które z tego powodu muszą się charakteryzować większą wytrzymałością.

– W takim razie chyba poprosimy coś nadającego się na rzeźbę zewnętrzną. Coś trwałego i konkretnego – zadecydował za mnie Gnuś.

– Konkretnego? – Pan Fuszerek z satysfakcją zatarł dłonie i rozejrzał się po sklepie. – Służę z przyjemnością!

Po czym przytachał z zaplecza wydęty papierowy wór z czerwonym napisem „CONCRET”.

– Najlepszy importowany artykuł! Myślę, że zadowoli to panów potrzeby. Czy dołożyć jeszcze kielnie, młotki i inne narzędzia pracy twórczej?

Podziękowaliśmy uprzejmie za oferowane nam instrumenty i puściliśmy „ART. BUD.” pana Fuszerka, uginając się pod ciężarem

worka, którego zawartość – jak poinformował na pożegnanie właściciel – miała zapewnić naszej „rzeźbie” istnie pancerną wytrzymałość. Miałem cichą nadzieję, że jak to zwykle ze sprzedawcami bywa, trochę przesadza.

Gnuś promieniał.

– No to mamy z głowy gips i możemy skoncentrować wysiłki na haku na Zbycha! – obwieścił triumfującym głosem.

– Sam sobie koncentruj! – wysapał Pałąk, na którego akurat wypadła kolejka dźwigania nabytego przed chwilą ładunku. W duchu jednak był pewnie tak samo ciekawy jak ja, co też miało się okazać tym sławetnym hakiem.

Nasze oczekiwania spotkały się z rozczarowaniem. Gnuś zaciągnął nas najzwyczajniej w świecie do sklepu mięsnego swych rodziców i kazał poczekać przed tylnymi drzwiami. Sam wślizgnął się do środka. Po dłuższej nieobecności pojawił się na ulicy z wypchaną reklamówką.

– Co to jest? – zapytałem

– To właśnie mój hak – odparł dumnie, machając mi torbą przed nosem.

– Pachnie raczej kaszanką… – zauważyłem.

– Bo to jest kaszanka. Trzy kilogramy pierwszego gatunku! No może drugiego. Gdybym podebrał z lodówki tej najlepszej, ojciec na pewno by zauważył. Ale w przypadku Zbycha to nie gra roli.

– Zwariowałeś? Chcesz go tym nakarmić?!

– Sam się nakarmi. Zbych szaleje za kaszanką.

– Nic o tym nie wiedziałem – spojrzałem nieufnie na Gnusia i jego reklamówkę.

– Ale ja wiem – pochwalił się. – Już wiele razy widziałem jak przychodziła do nas babcia Zbycha, pani Mahoniowa, zaopatrzyć się w większą ilość. Zawsze się przy tym skarży, że ma do nas tak daleko, ale Flajszerowie, mimo że ich sklep jest dużo bliżej, nie prowadzą sprzedaży kaszanki i salcesonu. Szczególnie zależy jej zawsze na kaszance, a domyślacie się chyba, że starsza pani sama nie wcina całej torby dziennie?

– Bo ja wiem? – podrapał się w brodę Pałąk. – Równie dobrze kaszanka może być dla kogoś z rodziny. Albo dla psa. Pomyślałeś o psie?

Gnuś pokręcił głową.

– Zbych nie ma psa. Ma tylko rybki, które się żywią rurecznikami

i sproszkowanym pokarmem z rozwielitek. Rodziców też nie ma, a ściślej nie ma ich w Cichopękach.

– Racja! – przytaknąłem. – Zbych mieszka u babki, bo inaczej musiałby dojeżdżać do szkoły spoza miasta. Przecież czasami odwiedza rodziców podczas weekendu i dlatego w piątki zwalnia się z wychowania fizycznego, żeby zdążyć na popołudniowy autobus.

– Tak przynajmniej twierdzi – mruknął Gnuś. – W rzeczywistości tak zwany popołudniowy autobus odchodzi dopiero wieczorem, ale to nieważne. Ważne jest co innego. Zauważyliście na przykład jak Zbych kryje się na przerwach ze swoim drugim śniadaniem?

Faktycznie, zauważyliśmy. Gdy przychodziło do spożywania kanapek, zawsze gdzieś znikał z pokaźnym zawiniątkiem pod pachą. Kiedyś przez przypadek natknąłem się na niego w szatni i zanim zdążył zatrzasnąć mi przed nosem drzwi, zdołałem zobaczyć, że wykrzywione ze złości usta miał pełne czegoś, co rzeczywiście przy pewnej dozie wyobraźni mogło uchodzić za kaszankę.

– Nie myślisz chyba, że… – zacząłem, ale nim dokończyłem zdanie Gnuś twierdząco pokiwał głową.

– Tak właśnie myślę, a nawet jestem pewien. On się chowa, żeby nikt się nie dowiedział o jego pięcie.

– Pięcie?

– Właśnie pięcie. Przysłowiowej, tak jak ten facet w starożytnej Grecji, którego nigdzie nie można było zranić poza piętą. Taki miał słaby punkt. Ze Zbychem jest podobnie, z tą różnicą, że jego słabym punktem nie jest pięta tylko kiszka. W dosłownym tego słowa znaczeniu. I on o tym wie. A ponieważ nie może się opanować, jedyną rzeczą, jaka mu pozostaje jest za wszelką cenę chronić tajemnicy swego niekontrolowanego pociągu do kaszanki. Wyobrażacie sobie, co by się działo gdyby sprawa wyszła na jaw? Straciłby w szkole cały autorytet i każdy miałby na niego haka.

– Tak jak ty? – kiwnąłem na reklamówkę.

– Tak jak ja – potwierdził Gnuś z chytrym uśmieszkiem.

– Kaszanka kaszanką, ale może by ktoś wziął ode mnie ten przeklęty gips? – przerwał nam Pałąk. – Ty go nieś! W końcu jak by nie było to twoje! – wręczył mi z ulgą ciężki pakunek, przez co chwilowo sprawa haków, pięt i kiszek spłynęła z mojego punktu widzenia na dalszy plan.

W drzwiach mieszkania powitała nas znajoma twarz drugorocznego Zbycha. Nie wyglądał na specjalnie ucieszonego naszą wizytą.

Grymas jaki pojawił na jego ustach robił raczej wrażenie niesmaku graniczącego z obrzydzeniem.

– Cześć stary – powiedział na powitanie Gnuś.

Zauważyłem, że reklamówkę z kaszanką strategicznie trzymał schowaną za plecami.

– Cześć – powtórzyliśmy w duecie z Pałąkiem.

– Spływajcie! – zasapał Zbych niezbyt gościnnym tonem i chciał nam zatrzasnąć drzwi przed nosem. Pewnie by mu się udało, gdyby Gnuś nie przytrzymał ich stopą.

– Co to ma znaczyć?!

– Mamy z tobą do pogadania – bez mrugnięcia okiem zakomunikował Gnuś.

– Wy ze mną? Ciekawe o czym?

– O interesach.

– Powiedziałem spływajcie! – Zbych naparł na drzwi, aż naprężona płyta pilśniowa zaskrzypiała złowrogo.

Gnuś szybkim ruchem wydobył z ukrycia reklamówkę.

– Może to cię przekona o naszych dobrych intencjach.

– Co to ma być? – spytał Zbych, chociaż pewnie i tak już wiedział. Kaszanka pachniała na całą klatkę schodową.

– Zobacz – zachęcił Gnuś kuszącym głosem machając jednocześnie torebką.

Rozchodząca się na boki woń wywołała pożądany efekt. Zbych wystawił przez szparę pulchną rękę i złapawszy reklamówkę, wciągnął ją natychmiast w głąb mieszkania. Wyglądało to trochę komicznie. Jak tłusty ślimak łykający w pośpiechu podstawioną przynętę, by w następnej chwili zniknąć w ukryciu swej muszli. Zza przymkniętych drzwi usłyszeliśmy szelest celofanu. W duchu nastawiłem się na to, że rozpakowana kaszanka lada moment wyląduje na naszych twarzach, co byłoby niestety typowym zakończeniem wszystkich pomysłów i haków Gnusia. Ku mojemu zdziwieniu, nic podobnego nie nastąpiło. Wręcz przeciwnie! Mych natężonych uszu doszły jednoznaczne odgłosy mlaskania. W dodatku najwyraźniej było to mlaskanie ukontentowane. Spojrzałem z podziwem na mojego przyjaciela. Czyżby tym razem wreszcie mu się udało? Mrugnął do mnie porozumiewawczo i pokazał kółko zrobione z połączenia kciuka i wskazującego palca prawej dłoni – „Wszystko gra!” Naprawdę, Gnuś czasami mnie zdumiewa.

Oględziny kaszanki wraz z próbną konsumpcją musiały trwać

dobre dwie minuty albo nawet i dłużej. Nie poganialiśmy Zbycha w obawie, iż oznaka niecierpliwości mogłaby zniszczyć dobrze zapowiadający się zalążek naszych układów. Jak to zwykle bywa, wykazana przez nas cierpliwość została w końcu nagrodzona. Drzwi uchyliły się szerzej i naszym oczom ukazał się ponownie drugoroczny Zbych. Lewy policzek przecinała mu brunatna pręga, powstała w wyniku pośpiesznej próby wytarcia resztek kaszanki z warg, co też niezbyt się udało. Z kącika ust wisiał mu nawet kawałek błyszczącego celofanu. Poprzednia niechęć nie opuściła całkiem jego lica – to moi drodzy nie zdarzało się nigdy, jako że w przypadku Zbycha skwaszenie jest trwałym i nieusuwalnym elementem kosmetycznym – lecz była to niechęć rutynowa, pod którą rysowało się wyraźnie błogie rozrzewnienie. Czyżbyśmy faktycznie trafili go kaszanką w przysłowiową piętę?

– Dobre? – zapytał Gnuś.

– Ujdzie. A teraz mówcie co was dręczy albo wynoście się wreszcie.

– Możemy wejść?

– Nie.

Gościnność naszego starszego kolegi była doprawdy bezgraniczna. Nie będę was zanudzał dalszymi pertraktacjami. Wystarczy jeśli powiem, że usłyszawszy prośbę o zagipsowanie, Zbych o mały włos nie wypluł na wycieraczkę kawałków skonsumowanej przed chwilą na próbę kaszanki. Trudno mu się dziwić. Wyobrażam sobie ile wysiłku i przebiegłości musiał dotychczas zainwestować w upolowanie nieszczęsnych ofiar swej medycznej pasji, a tu niespodziewanie, na jego własnym progu pojawia się delikwent, który nie tylko z własnej woli domaga się usztywnienia, ale w dodatku przynosi ze sobą gotowy worek gipsu, nie mówiąc już o drobnym upominku. Słyszeliście kiedyś o podobnym nonsensie? Zbych na pewno nie słyszał. Szczerze mówiąc, ja także nie – przynajmniej do tej pory. Jego początkowe osłupienie przeszło dosyć szybko w furię, która niemalże zniweczyła cały nasz dotychczasowy wysiłek. Zaczął wykrzykiwać na cały blok, że nie będziemy z niego robić bałwana i jeśli natychmiast nie znikniemy mu z oczu, to nas nauczy. Nie zdążyliśmy się dowiedzieć co byłoby ewentualnym przedmiotem grożącej nam edukacji, bo w rozgorączkowaniu Zbych zachłysnął się skórką od kaszanki i trzeba go było z całej siły klepać po plecach – przysługa, którą spełniliśmy z największą ochotą. Kiedy wreszcie czerwony, napuchnięty i z wybałuszonymi oczyma ciężko dysząc opadł na pokrywające podłogę wytarte linoleum, Gnuś wykorzystał okazję i wślizgnął się do środka. Babci Mahoniowej na

szczęście nie było. Kiwnął na nas, abyśmy pomogli mu przetransportować podduszonego i w wyniku naszego klepania zapewne też nieźle potłuczonego Zbycha do pokoju.

Tutaj nastąpił dalszy ciąg negocjacji, które po dłuższej wymianie argumentów zakończyły się ostatecznie powodzeniem. Pewnie dlatego, że po pierwsze Zbych zorientował się, iż najprostszym sposobem pozbycia się nas z mieszkania będzie spełnienie prośby, po drugie zaś odezwała się w nim pasja udzielania pierwszej pomocy. Nie była to wprawdzie sytuacja wymarzona, bo pacjent nie tylko nie wzbraniał się przed zabiegiem, lecz wręcz naciskał. Ale pal to sześć! Lepsze takie gipsowanie niż żadne. Zupełnie jak w tym przysłowiu o wróblu i gołębiu, z których jeden miał pecha być w garści, podczas gdy drugi przechadzał się beztrosko po dachu. Jak by nie było, Zbych zobowiązał się ostatecznie do zagipsowania mej nogi. Nie myślcie, że za darmo. Gnuś osobiście zaproponował w zamian tygodniowy bon, przewidujący bezpłatną codzienną dostawę dwóch kilogramów kaszanki. Przyznam, że mnie tym wzruszył. Zbych pokręcił trochę nosem, ale niezbyt przekonywująco i tylko dla formy, w rezultacie bowiem przystał na nasze warunki. Odpowiednia umowa została wnet spisana na wyrwanej z zeszytu kartce, przebiegły Gnuś nie kwapił się jednak z podpisem.

– Po wykonaniu zadania! – stwierdził stanowczo.

Zbych wymamrotał pod nosem coś brzydkiego pod adresem Gnusia, nakazał nam nie ruszać się z miejsca i wyszedł z pokoju. Usłyszeliśmy jak gruchocze czymś w kuchni.

– Skąd weźmiesz tyle kaszanki? – zapytałem szeptem. – Ojciec zauważy.

– Spokojna głowa – uśmiechnął się Gnuś, jak zwykle nie tracąc pewności siebie.

Zacząłem mieć pewne niewyraźne podejrzenie, ale zanim zdążyło ono przybrać konkretny kształt, na progu ponownie pojawił się Zbych, tym razem z pomiętym obrusem lub prześcieradłem pod pachą i z aluminiowym wiadrem w ręku.

– Masz – rzucił obrus Gnusiowi. – Podrzyj na równe paski, jakieś dziesięć centymetrów szerokości. A ty – podał wiadro Pałąkowi – grzej do łazienki i zmieszaj gips z wodą. Tylko nie za rzadko!

– A ja? – zapytałem nieśmiało.

– Ty? – zdumiał się Zbych, jak gdyby dopiero teraz mnie zauważył. – Zdejmuj but i podwijaj nogawkę!

Zdjąłem i podwinąłem. Gnuś skończył tymczasem rwanie obrusu, a Pałąk przytachał z łazienki wiadro pełne gęstej białej bryji. Zabiegowi gipsowania nic nie stało już na przeszkodzie. Zbych rozłożył na dywanie kilka gazet i podsunął dwa krzesła.

– Siadaj na jednym, a o drugie oprzyj stopę – poinstruował.

Gdy to uczyniłem, wyciągnął rękę do Gnusia:

– Opatrunek!

Gnuś posłusznie podał kawałek obrusu. Zbych umoczył go w rozrobionym gipsie i wprawnie owinął wokół mojej nogi. Zachichotałem, kiedy kilka mokrych kropel spłynęło mi po gołej łydce.

– Zamknij się! – odezwał się Zbych i ponownie wyciągnął rękę w kierunku Gnusia:

– Opatrunek!

I tak to szło. Zbych równomiernie oblepiał mi nogę warstwami namoczonych w gipsie szmat, przy czym na każdą nowo nałożoną warstwę dmuchał suszarką do włosów babki Mahoniowej. Po pół godzinie moja noga została fachowo usztywniona. Zbych wyraźnie się rozkręcił. Chciał gipsować mi także udo, ale w wyniku protestów, jakie natychmiast podniosłem, musiał ograniczyć swe zapędy do wersji podkolanówkowej. Na koniec pozostała tylko wąska szpara, przez którą wyglądały palce.

– Dla cyrkulacji powietrza – wyjaśnił Zbych. – Żeby ci ta brudna gira nie zgniła pod spodem.

Pałąk i Gnuś posprzątali gazety z podłogi. Zbych w tym czasie umył ręce, a ja siedziałem przy otwartym oknie, susząc gips w przeciągu. Dopiero teraz przyszło mi do głowy, że nawet jeśli cały ten bezczelny bluff nie wyjdzie na jaw i rodzice rzeczywiście postanowią zostawić mnie w domu, to do ich wyjazdu, a więc praktycznie przez cały następny tydzień, będę się musiał przemęczyć z tą przeklętą skorupą na nodze! Trochę zrzedła mi mina wobec takiej prognozy. Do licha, czy skoro złamanie i tak jest symulowane, nie mogłem przynajmniej poczekać z nim do ostatniego momentu? A jeśli rodzice postanowią przesunąć podróż do Wiadrowa na później? Albo jeszcze gorzej: któreś z nich zostanie za mną w Cichopękach? Byłbym wówczas unieruchomiony na dobre. Ładnie się zapowiada, nie ma co!

Jak gdyby dla uzupełnienia mych czarnych myśli poczułem pod gipsem, w okolicy kostki, niepokojące swędzenie. Poruszyłem się na krześle. Nieprzyjemne uczucie ustało na moment, lecz tylko po to, aby zaraz dać o sobie znać ze zdwojoną siłą, dodatkowo obejmując w posiadanie

piętę. Zafalowałem wystającymi na zewnątrz palcami. Identyczna reakcja, tyle że tym razem zaczęła mnie swędzieć cała stopa. Próbowałem się podrapać przez dziurę wentylacyjną, dziękując w duchu za przezorność Zbycha. Moja wdzięczność okazała się przedwczesna, bo nie mogłem wetknąć palca pod gips dalej, aniżeli na dwa centymetry. Poza tym swędzenie uciekło zaraz w głąb i odkrywszy sobie nowe pole do popisu, rozbiegło się po całej łydce. Zdesperowany złapałem sitko do wyławiania rybek, które leżało obok akwarium. Z ulgą zdołałem wsadzić jego drucianą rączkę pod skorupę i nie zważając, że niemal zdzieram sobie skórę, zacząłem się drapać jak opętany. Do pokoju wszedł odświeżony Zbych. Widząc co robię, bezlitośnie wyrwał mi sitko.

– Dawaj to! Zwariowałeś?

– Kiedy mnie swędzi! – wytłumaczyłem.

– Jeśli się będziesz drapał, to dopiero cię zacznie swędzieć. Gips to nie zabawa bracie!

– Nie wiedziałem, że aż tak…

– Trzeba się było zastanowić zanim do mnie przyszliście – powiedział, nie bez cienia satysfakcji. Potem zwrócił się do Gnusia:

– A w ogóle to podpisuj wreszcie umowę i jazda!

Gnuś zlekceważył podsunięty mu pod nos papier.

– Poczekaj, stary. Ty nam jakiś humbug wciskasz. Przecież to wcale nie schnie – wskazał na moją nogę.

– Co ci nie schnie? – i Zbych dla zaprezentowania jakości wykonanego opatrunku dźgnął palcem w gips. Efekt był chyba inny niż przewidywał. Palec skruszył powierzchniową warstwę i bez większego oporu wszedł w białą maź pod spodem. Zakłopotany Zbych podrapał się w policzek, pokryty pierwszą szczeciną, z której tak był dumny.

– Rzeczywiście, coś długo wysycha. Pokaż no ten gips – machnął na Pałąka. Pałąk przyniósł z łazienki rozerwany worek, w trzech czwartych jeszcze pełny. Zbych spojrzał na czerwony napis „CONCRET” i wybuchnął złośliwym śmiechem.

– Idioci! Co wyście mi przynieśli!?

– Co?! – zapytałem mocno zaniepokojony.

– Toż to najzwyklejsza w świecie zaprawa murarska z importu! Concret. Eh! Wy angliści!

Zbledliśmy wszyscy trzej.

– O rany! I co teraz będzie? – złapałem się za głowę.

– Nic. Poschnie trochę dłużej, a potem skuje ci nogę. A ja wam skuję gęby za to, że spapraliście robotę!

– No, no, stary, nie unoś się – rozjemczym głosem załagodził Gnuś. – Niech sobie Rysio w takim razie spokojnie dosycha, a ty się w tym czasie przebierz.

Zbych zamilkł i zatrzepotał rzęsami.

– Niby za co się przebrać?

– Nie za co, tylko w twój biały kitel pielęgniarski. Myślisz, że zrobisz na rodzicach Rysia odpowiednie wrażenie w powycieranych dżinsach i oplutej na brzuchu podkoszulce? – i dla podkreślenia swojego niesmaku, Gnuś cmoknął kilka razy z dezaprobatą.

– O czym ty gadasz?

– O tym, że jako typ wzbudzający zaufanie osób dorosłych, pomożesz nam doprowadzić zadanie do końca, czyli w przekonywujący sposób przekażesz pacjenta w ręce rodziny.

– Ja mam go przekazywać?

– Niestety, my z Pałąkiem odpadamy z przyczyn zasadniczych. W domu Rysia jesteśmy beznadziejnie spaleni. Ty, to inna sprawa.

– Zgłupiałeś? O tym nie było mowy w kontrakcie!

– Nie było? – Oczy Gnusia przybrały tak niewinny wyraz, że w porównaniu z nimi sierotka Marysia miałaby podstępny, rozbiegany wzrok starego lichwiarza, wciskającego naiwnym klientom pordzewiałe samochody po wielokrotnie zawyżonej cenie. – Myślałem, że to się rozumie samo przez się. Ale w takim razie…

– W takim razie podpisuj i won!

Gnuś westchnął i rozłożył bezradnie ręce.

– Nie mogę, stary. Przysięgam, że chciałbym, ale nie pozwalają mi wewnętrzne pryncypia.

– Draniu! Ja z ciebie zaraz wytrząsnę wewnętrzne pryncypia! Z was trzech wytrząsnę, łobuzy!

– Ale… – Tu Gnuś podniósł do góry palec wskazujący – Gdybyś się ewentualnie zdecydował, moglibyśmy oczywiście przedyskutować podwyżkę w wynagrodzeniu.

Zbych zasapał. Najwyraźniej miał ogromną ochotę zrobić z nami coś nieestetycznego. Jedyną nadzieją było, że kaszankowy hak nie zawiedzie również tym razem. I nie zawiódł!

– Miesiąc darmowej kiszki. Kiedy przyjdę i ile zechcę.

– Dwa tygodnie, po dziesięć kilo tygodniowo – odpalił Gnuś. – To razem dwadzieścia kilo, stary. Plus drobna premia na początek. Co ty na to?

Zbych cisnął w niego morderczym spojrzeniem.

– Podpiszesz dokument teraz i bez żadnych trików! A zaraz w poniedziałek meldujesz się u mnie z pierwszą ratą!

Gnuś skinął głową i wydobył z kieszeni długopis. Powiedzcie sami, czy ktoś kiedykolwiek z równym gestem szastał dla waszego dobra kaszanką? Bardzo wątpię. Taki Gnuś, przy wszystkich swych wadach, po prostu nie zdarza się na każdym rogu.

Po zakończeniu formalności, Zbych starannie złożył kartkę i wsunął ją do tylnej kieszeni spodni. Zastanowił się nad czymś przez chwilę, a potem sam do siebie kiwnął głową.

– Potrzebujemy wózek inwalidzki. Wystarczyłaby zwykła kula, ale wózek robi zazwyczaj druzgocące wrażenie. Na wszelki wypadek kulę też weźmiemy. Poza tym trzy kitle i dwie maski chirurgiczne.

– Maski? – spytał Gnuś.

– Maski będą dla ciebie i tego tumana – wskazał na Pałąka. – Za-łożycie dla niepoznaki. Dam wam jeszcze białe czapki i okulary ochronne. Rodzone babki was nie poznają.

– Może lepiej poczekamy przed domem? Mówię ci, że rodzice Rysia nie należą do grona naszych wielbicieli.

– A ja niby sam mam się pocić? O nie! Poza tym nie będę tachał tego przeklętego wózka po schodach na… – spojrzał na mnie. – Na którym ty właściwie mieszkasz piętrze?

– Na drugim – odpowiedziałem z mojego miejsca od oknem.

– No właśnie, na drugie piętro. Odpowiadam tylko za intelektualną część waszego kretyńskiego planu. Od wszystkich prac fizycznych umywam ręce, a jak nie, to…

– W porządku, idziemy z tobą. Pokaż te maski i wózek.

– Nie tak szybko. Chyba nie myślisz, że mam w mieszkaniu cały skład medyczny? Sprzęt przyniesiemy z gabinetu szkolnego.

– W sobotę o tej porze szkoła będzie zamknięta – zmartwił się Gnuś.

– Nie będzie. Dzisiaj jest przedwakacyjna zbiórka harcerzy, podczas której ma się odbyć inwentaryzacja sprzętu przed wyjazdem na obóz. Pewnie wydrapują resztki zeszłorocznej grochówki z menażek i wietrzą getry. A nawet jakby była… – tu Zbych wydobył z kieszeni pęk kluczy i zabrzęczał Gnusiowi pod nosem.

– A woźny Wycieruch pozwoli nam grzebać w gabinecie?

– Zapominasz chyba z kim rozmawiasz! Gabinet to mój drugi dom. Poza tym – zrobił tajemniczą minę – mam pewne układy…

– Układy z woźnym Wycieruchem? – nie wytrzymał Pałąk.

– Ty sobie lepiej nie przerywaj dłubania w nosie! – zdenerwował się Zbych. – Zresztą jak mamy iść, to idziemy. Ja otwieram gabinet, wy wszystko nosicie. Ty natomiast – zwrócił się do mnie – siedź na miejscu i na krok się nie ruszaj! Zrozumiałeś?

Kiwnąłem głową na znak, że zrozumiałem.

– I jak ktoś będzie pukał, udawaj, że nikogo nie ma w domu. Inaczej możesz wpaść w ręce pani Żuchwil, czego nawet tobie nie życzę.

– Pani Żuchwil ? Gdzieś chyba słyszałem to nazwisko…

– Dziwne gdybyś nie słyszał. Chyba całe miasto słyszało. Pani Żuchwil pracowała przez czterdzieści lat w przychodni stomatologicznej. Większość plomb z Cichopękach to jej robota. Na szczęście jest już na emeryturze i nikomu więcej nie zagraża, chociaż krążą plotki, że urządza sobie na ulicy łapanki na pacjentów i boruje.

– Boruje?

– Boruje na własną rękę w domowym gabinecie. Na starej skrzypiącej maszynie. Albo też… – Zbych z respektem zniżył głos, tak że odruchowo wyciągnęliśmy wszyscy szyje aby go lepiej słyszeć – …albo też wyrywa od razu. Bez znieczulenia, bo pani Żuchwil nie uznaje takich nowomodnych wymysłów.

– To okropne! – zawołałem. – I nic nie można zrobić? Zawiadomić policji albo coś takiego?

Zbych zaśmiał się szyderczo.

– Policji? Widziałeś kiedyś w telewizji komendanta Gruchałę?

– Widziałem. Czasami podaje statystykę wypadków drogowych w lokalnych wiadomościach.

– I co? Nic ci się nie rzuciło w oczy?

– Niby co mi się miało rzucić?

– Druty na zębach! Człowiek ma usta pełne przedpotopowych przyrządów do korekcji wad zgryzu! Dlatego nigdy się nie uśmiecha.

– No wiesz, może po prostu nie jest mu do śmiechu, kiedy mówi o ofiarach wypadków…

– A jego seplenienie? – Zbych stanął na baczność, zwichrzył sobie włosy i wysunąwszy czubek języka, wydeklamował:

– Wcoraj w godzinach wiecornych dosło na skzyzowaniu alei Ksywopsysięzców z ulicą Sopena do stłucki z udziałem tsech cięzarówek. Wsyscy kierowcy zostali psewiezieni do spitala z licnymi potłuceniami. Apeluję do państwa o scególną ostroznosc na tym niebezpiecnym skzyzowaniu…

Zakryłem sobie dłonią usta, z trudem pohamowując śmiech. Co by

o Zbychu nie mówić, karykatura komendanta Gruchały udała mu się znakomicie. Widziałem, że i Gnuś z Pałąkiem, czerwoni na twarzach i z zaciśniętymi wargami, walczyli o zachowanie powagi.

– I myślisz, że to przez… – wydusiłem wreszcie z niedowierzaniem, ale Zbych przerwał mi wpół słowa zanim zdążyłem dokończyć pytanie:

– A jakże! Pani Żuchwil osobiście odwiedziła komendanta zaraz po jego pierwszym wywiadzie telewizyjnym. Powiedziała, że krzywe zęby są obrazą dla urzędu i w ogóle bezwstydną kompromitacją. Zanim zdążył się obejrzeć, już miał w ustach pełno metalowych naciągów i zaczepów. Przy okazji posterunkowy na komisariacie został wyszczotkowany fluorem, a telefonistka musiała łykać pastylki na zły oddech. Jakby to w jej zawodzie grało jakąś rolę… Ale to nie wszystko. Pani Żuchwil zamieszcza swój numer telefonu w cotygodniowym wydaniu zdrowotnego dodatku do „Odgłosu Cichopęków” i przyjmuje anonimowe donosy na wady zgryzu.

– Jak to?

– Każdy może zadzwonić i złożyć donos na zęby.

– Swoje?

– Głupi jesteś! Kto by tam składał donos na własne zęby! Na kogoś innego oczywiście.

– Że co?

– No, na przykład, że sprzedawczyni w kwiaciarni od ciągłego odgryzania końcówek łodyżek ma wykrzywione siekacze i mówiąc pluje na klientów.

– I to działa?

– Naturalnie, że działa! Sam sprawdziłem.

– Ty? – wykrzyknęliśmy zdumieni.

– Csiii… Nie tak głośno! – uciszył nas Zbych. – Jak wypaplacie to zrobię z was bryję!

– Co z nas zrobisz?!

– Nieważne. Nikomu ani słowa! Kiedyś na Wf–ie miał być sprawdzian z akrobacji z szarfą. Chyba pamiętacie. Z zasady pogardzam wszelkimi formami bezsensownego udzielania się natury fizycznej, o akrobacji z szarfą nie wspominając. Chciałem po prostu zgłosić bark stroju, ale przypomniało mi się w porę, że już przekroczyłem limit i ostatnim razem kiedy zgłosiłem, podczas sprawdzianu z rzutu piłką lekarską, Tyka zagroził, że jeśli jeszcze raz przyjdę bez spodenek gimnastycznych, będę ćwiczył w slipach. Ze względu na reputację w szkole nie mogłem do tego oczywiście dopuścić.

– Jasne – potwierdziliśmy zgodnie, chociaż wiele oddalibyśmy za widok Zbycha w slipach, wykonującego akrobacje z szarfą.

– No więc na przerwie poszedłem do automatu, wykręciłem numer pani Żuchwil i złożyłem donos.

– Na kogo?

– Na Tykę. Powiedziałem, że dzwonię w imieniu komitetu rodzicielskiego i proszę o bezzwłoczną interwencję w sprawie pana Tyczkiewicza, który daje młodzieży zły przykład, nie dbając jak należy o higienę jamy ustnej.

– Nie zauważyłem, żeby Tyka jakoś specjalnie nie dbał o higienę jamy ustnej… – wtrąciłem z powątpiewaniem.

– A żeby specjalnie dbał zauważyłeś?

– Też nie…

– No właśnie! To już wystarczy do złożenia donosu. Pół godziny po moim telefonie, akurat przed samą lekcją, kiedy już się zaczynałem niepokoić, pod szkołę przyjechała pani Żuchwil. Poprosiła woźnego Wycierucha, żeby ją zaprowadził do pana Tyczkiewicza i zamknęła się z nim w składziku sprzętu sportowego. Pięć minut potem, Tyka wyskoczył jak by go wystrzelili z procy. Złapał swoje dresy i trzymając się za zęby pomknął gdzieś korytarzem. Akrobacje z szarfą oczywiście mi się upiekły.

– Pamiętam, że lekcja wtedy odpadła, ale nie wiedziałem, że to właśnie dlatego – zawołał z uznaniem Gnuś.

– Właśnie dlatego – potwierdził Zbych.

– I nie miałeś wyrzutów sumienia? – zapytałem.

– Ja? Niby z jakiego powodu?

– No, że stałeś się donosicielem. Zawsze myślałem, że ktoś kto składa donosy musi się potem podle czuć.

– Jakoś się nie czułem – wyznał z rozbrajającą szczerością. – Poza tym, Tyce wyszło to na zdrowie. On pije dużo kawy i faktycznie miał nalot.

– Nalot?!

– Na zębach. Za to po wizycie pani Żuchwil zaczął błyskać i lśnić. Nie widzieliście jak na niego ostatnio patrzy pani Ociężlik?

Skinęliśmy zgodnie głowami. Pani Ociężlik od niedawna faktycznie dziwnie zerkała na Tykę. Nie mieliśmy bladego pojęcia, że to przez jego lśnienie.

– Niesamowite! – pokręciłem głową. – Tylko nie rozumiem, co ta straszna kobieta miałaby robić w twoim mieszkaniu?

– Bo ona i moja babcia to dawne koleżanki szkolne – westchnął

Zbych. – Niestety, nadal utrzymują żywe kontakty towarzyskie i pani Żuchwil ma zwyczaj nachodzenia nas w najbardziej niespodziewanych momentach. Już parę razy przez nieuwagę wpadłem w jej ręce i niewiele brakowało, aby również na mnie przeprowadziła kilka drastycznych zabiegów.

– Przecież podobno masz zęby jak z kości słoniowej? – wtrącił Gnuś. – Sam słyszałem jak się chwaliłeś w szatni.

– Bo mam – łypnął na niego Zbych. – Tylko, że pani Żuchwil nie robi to różnicy. Kiedyś chciała mnie borować profilaktycznie.

– Profi…, co? – nie dosłyszałem.

– Profilaktycznie. To znaczy na zapas. Powiedziała, że wprawdzie nie mam próchnic, ale mógłbym mieć i dlatego na wszelki wypadek należy mi wstawić kilka plomb. Albo nawet drobny aparacik prostujący siekacze. Wcale nie dlatego, że są krzywe, tylko żeby się w przyszłości nie wygięły. Gdyby nie moja zwinność, gadałbym teraz z wami jak komendant Gruchała. Ale ty nie licz, że się jej wymkniesz. Na pewno nie z tym – Zbych wskazał na mój gips. – Dlatego najlepiej siedź cicho i nikomu nie otwieraj.

– A jak wróci babka? – zapytałem.

– Nie wróci. Pojechała na zlot działkowiczów, na którym będą przyznawać coroczne nagrody za najlepiej zorganizowane grządki. Babka ma nadzieję na specjalny puchar w kategorii użytkowania kompostu. Nawet jeśli nie wygra, po całej imprezie ma być oficjalne przyjęcie z degustacją wyrobów własnych, które potrwa co najmniej do późnego wieczora. Działkowicze! – Zbych puknął się palcem w czoło.

– No to grzejemy, bo nie ma czasu – ponaglił Gnuś i na odchodne machnął mi ręką. – Susz się, Rysiu!

– Spokojna głowa – odpowiedziałem.

Już mieli wychodzić, kiedy Zbychowi coś się przypomniało. Wrócił do pokoju i podał mi małe, okrągłe pudełko z zakręcaną pokrywką.

– Byłbym na śmierć zapomniał! Gdybyśmy nie wrócili do drugiej, nakarmisz tym rybki. Wystarczy rozsypać cztery szczypty po powierzchni wody. To ważne. Nie zapomnisz?

– Nie zapomnę .

– No! Bo to ich pora karmienia! Jak przegapisz… – zawiesił znacząco głos, aż po plecach przeszedł mi wyimaginowany batalion mrówek.

– Możesz na mnie liczyć! – zapewniłem – Słowo!

Zbych odwrócił się na progu jakby chciał coś jeszcze dodać. Zamiast tego spojrzał na zegarek, machnął dłonią i wyszedł do przedpokoju.

Czym różnią się rzeźby zewnętrzne od rzeźb wewnętrznych – Hak na Zbycha – Pakt kaszankowy – Zostaję zagipsowany – Co naprawdę było w worku – Kto boruje w Cichopękach – Anonimowe donosy na wady zgryzu – Ostrzeżenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

polonia-serwis.de

1 rok 8 miesięcy temu

Jest nas już 5000 !!!