Serwis dla Polaków mieszkających w Niemczech

Rozdział szósty

 

Rozdział VISamochód pani Żuchwil okazał się przerdzewiałym do granic możliwości, przedpotopowym małym fiatem. Z tego wszystkiego zaczął mi przypominać ogromny spróchniały ząb, który ktoś porzucił na środku parkingu.

Nie bez obaw ulokowałem się na siedzeniu pasażera, podczas gdy fanatyczna dentystka zajęła miejsce za kierownicą. Wbrew swemu nikczemnemu wyglądowi zewnętrznemu, pojazd dał się uruchomić zadziwiająco sprawnie. Z warkotem potoczyliśmy się przed siebie, tu i ówdzie podskakując na powybijanej drodze. Wyglądało na to, że szpital osiągniemy za najwyżej kwadrans, jednak zaraz na pierwszym skrzyżowaniu utknęliśmy w potężnym korku. Odkręciłem okno i z ciekawością wyjrzałem na zewnątrz.

W Cichopękach korki uliczne wciąż jeszcze należą do rzadkości i za każdym razem ściągają gromady zaaferowanych gapiów, którzy choć przez chwilę wykorzystują okazję, by przystanąć w chmurze spalin i poczuć się jak mieszkańcy wielkiej metropolii. Również kie

tylko ci, którym złodzieje odkręcili koła albo dowcipnisie powtykali kartofle do rur wydechowych.rowcy odnoszą się do korków bynajmniej nie z typową w dużych miastach niecierpliwością, lecz z najwyższym szacunkiem. Rarytas taki nie zdarza się przecież codziennie! Zamiast trąbić albo wymachując pięścią wykrzykiwać „Jazda baranie!”, większość rozluźnia kołnierze i rozpiera się wygodnie w fotelach, zapala papierosy lub też wyszukuje w radiu kojącą muzykę. Nic dziwnego, że czasami dochodzi do masowej drzemki unieruchomionych szoferów. Gdy przeszkoda zostanie wreszcie usunięta z drogi, kolumna samochodów nadal tkwi pogrążona w letargu oraz powszechnym chrapaniu. Wtedy do akcji wkracza przystosowany do takiej ewentualności radiowóz, uruchamiając specjalne megafony, przez które emitowane są rytmiczne rytmy wojskowej fanfary wzywającej do pobudki. Kierowcy niechętnie otwierają oczy i klnąc na policjantów ruszają w dalszą drogą. Na miejscu zostają

Wbrew powszechnie przyjętym obyczajom, pani Żuchwil wykazała niekulturalne zniecierpliwienie. Wychyliwszy się przez półotwarte drzwi fiata, zawołała do osobnika we flanelowej koszuli, który leniwie puszczał dymem papierosowym wirujące kółka z okna stojącego przed nami Volkswagena:

– No co tam!? Dlaczego nie jedziemy?

Kierowca spojrzał na nią zirytowanym wzrokiem.

– A pani szanownej gdzie się niby spieszy? – i z oburzenia z ust zamiast kółka wymsknęła mu się bezkształtna sinawa chmurka.

Pani Żuchwil zmarszczyła czoło. Bez słowa sięgnęła po leżącą na tylnym siedzeniu torebkę i wydobyła z jej przepaścistych czeluści ręczny świderek, który zamiast wiertła miał zamontowany mały kamień do szlifowania. Następnie, wygramoliwszy się na zewnątrz, podkradła się do nic nie przeczuwającego kierowcy Volkswagena. Znanym mi już uściskiem, bezceremonialnie unieruchomiła mu szczękę.

– Pan ma niehigieniczny osad tytoniowy na zębach, młody człowieku! – zawołała, przechylając się do środka przez okno. – Wstyd!

Samochód zakołysał się na resorach jak gdyby w jego kabinie doszło do rękoczynów między członkami zwaśnionych drużyn zapaśniczych. Zaraz potem z wnętrza rozległy się rytmiczne odgłosy szlifowania, przerywane przyduszonymi jękami oraz okazjonalnym rykiem zgrozy.

– Oomocy! – wrzeszczał kierowca, wymachując bezwładnie rękami. Papieros wypadł mu z ust i porzucony tlił się na asfalcie.

– Niechże pan się nie ośmiesza! – zasapała pani Żuchwil, z rozmachem obracając świderkiem. – Kto to widział! Dorosły, a zachowuje się gorzej niż nieodpowiedzialny przedszkolak!

Kilku zaintrygowanych uczestników korka ciekawie wychyliło głowy z unieruchomionych obok pojazdów. Dwójka dzieci ze starego Forda, stojącego przed chyboczącym się z boku na bok Volkswagenem przykleiła nosy do tylnej szyby i z otwartymi buziami obserwowała zabiegi przeprowadzane na pechowym kierowcy.

Olśniła mnie nagła inspiracja. Szarpnąwszy za klamkę, w mig wydostałem się na ulicę. Pani Żuchwil zdawała się zbyt zaaferowana usuwaniem nalotu z siekaczy pochwyconego pacjenta, by zwracać na mnie najmniejszą uwagę. Ostrożnie wycofałem się między samochody, spoglądając ukradkiem przez ramię. Po kilku nieporadnych krokach schroniła mnie wielka ciężarówka przedsiębiorstwa przewozowego. Chwilę później dostałem się na chodnik, gdzie wchłonął mnie tłum przechodniów. Byłem wolny! Pospieszyłem wzdłuż wystaw sklepowych, raz po raz kryjąc się komuś za plecami. W taki sposób dotarłem do wylotu ulicy. Na samym skrzyżowaniu stał zaparkowany w poprzek drogi radiowóz z włączonymi migaczami. Znudzony policjant tłumaczył coś cierpliwie grupie podekscytowanych gapiów. Przycupnąłem za trzema niewiastami słusznej tuszy i nadstawiłem ucha.

– Powtarzam obywatelom, że nie jestem w posiadaniu wyczerpujących informacji – automatycznym głosem recytował oblegany stróż porządku.

– Ale mówił pan coś o pożarze! – zawołał rozemocjonowany starzec, trzymający na smyczy zadumanego nad problemami świata baseta.

– Owszem, zwrócono się do nas z prośbą o zablokowanie głównych tras ruchu, aby umożliwić sprawne przemieszczanie się jednostek strażackich.

Jakby na potwierdzenie słów policjanta, zza rogu wyjechał czerwony wóz z drabiną na dachu. Z piskiem opon oraz przeraźliwym zawodzeniem syreny nad wyraz sprawnie przemieścił się przez zablokowane skrzyżowanie i pomknął w kierunku śródmieścia. Twarze wszystkich zebranych odwróciły się w ślad za znikającym w tumanach kurzu pojazdem. Czy aby rzeczywiście kurzu? Dopiero teraz zauważyłem, że w istocie ulica spowita była szarą mgiełką, a nad dachami budynków unosiły się kłęby czarnego dymu, których największe zagęszczenie przypadało na dziwnie mi znaną okolicę.

– O Boże! A gdzie się pali?! – nie wytrzymała jedna z pulchnych niewiast.

– Podobno w budynku szkoły, proszę obywatelki, ale więcej naprawdę nie wiem – rozłożył ręce policjant.

Wcale nie potrzebowałem więcej informacji. Nie zważając na gips, z tupotem rzuciłem się za strażą pożarną.

Nasza szkoła składa się z dwóch bliźniaczych budynków, stojących po naprzeciwległych stronach rozległego boiska. Dawno temu były to właściwie dwie samodzielne szkoły, każda z internatem dla młodzieży z okolic miasta (nawiasem mówiąc niezbyt rozsądnie zaplanowane sąsiedztwo, jeśli wziąć pod uwagę, że mowa o gimnazjum dziewczęcym prowadzonym przez siostry zakonne oraz męskim technikum garbarskim pod patronatem cechu kożuszników). Także plac, na którym dzisiaj znajdują się tereny sportowe, był podzielony na dwa równej powierzchni areały odgrodzone dwumetrowym parkanem – wybieg dla owiec i ogródek botaniczny zaprojektowany na wzór drogi krzyżowej. Wierzcie lub nie, lecz według legendy miejsca te były wielokrotnie świadkami niewytłumaczalnych fenomenów natury parapsychologicznej. Tak oto dyżurny owczarz uskarżał się stale na podejrzane widma, które po zapadnięciu zmroku przemykały się w niewiadomych celach między barakami, niepokojąc zwierzęta. Napotkawszy na sceptyczne nastawienie dyrekcji technikum, zaczął na własną rękę urządzać nocne zasadzki, w rezultacie których został pewnego razu ogłuszony sprawnym ciosem nakrytej na gorącym uczynku korpulentnej zjawy.

Wobec namacalnego dowodu w postaci okazałego guza na głowie owczarza, grono pedagogiczne technikum postanowiło osobiście wyjaśnić sprawę odwiedzin z zaświatów. Przyczyniły się do tego również protesty sióstr zakonnych, które co rano miały pełne ręce pracy grabiąc podeptane grządki i podwiązując połamane okazy tropikalnych roślin.

Efektem zorganizowanej łapanki były trzy widma męskie i tyleż samo damskich schwytane pod parkanem, plus czwarte widmo pochodzenia pozaszkolnego, które w stanie poalkoholowej błogości spoczywało rozciągnięte wśród malowniczych orchidei w połowie drogi krzyżowej. Przekonało to w końcu kierownictwo obu szkół, iż wymykający się spod kontroli teren nielegalnych schadzek i konsumpcji napojów odurzających należy jak najszybciej zneutralizować. Wtedy to właśnie hodowla owiec oraz bujny ogród zostały zamienio

ne na oświetlone silnymi reflektorami boisko – rozwiązanie bardzo praktyczne, bo oferujące otwarty widok na przedpole obydwu uczelni i uniemożliwiające tym samym wszelakie wykonywane chyłkiem manewry. Pupilom obydwu szkół pozostało jedynie tęskne wypatrywanie z okien, co też wkrótce doprowadziło niemalże do tragedii. Otóż któregoś poranka, gdy na boisku odbywał się akurat trening akrobatyczny gimnazjalistek, z okien technikum w krótkich odstępach wypadło pięciu niedoszłych garbarzy. Wypadł też podobno zastępca dyrektora. Ten ostatni pokiereszował się najbardziej, jako że wychylał się ze swego gabinetu na przedostatnim piętrze i podczas gdy potłuczeni uczniowie z niżej położonych klas, kulejąc dali drapaka z powrotem do szkoły, pechowy pedagog pozostał rozpłaszczony na chodniku pod głównym wejściem aż do przybycia karetki pogotowia.

Ostatecznie władze w ratuszu zdecydowały się przenieść kożuszników i gimnazjalistki na oddalone od siebie krańce miasta (wkrótce zresztą technikum garbarskie zostało zlikwidowane, bo nastała moda na ortaliony i kurtki puchowe). Opuszczone budynki wraz z boiskiem przypadły natomiast w udziale nowoutworzonej szkole podstawowej. Dla bezpieczeństwa młodsze klasy ulokowano w dawnym gimnazjum, podczas gdy w byłym technikum garbują sobie teraz skóry dryblasy od szóstej wzwyż. Elementem łączącym jest wspólny dyrektor, grono nauczycielskie no i oczywiście fakt, że obydwa gmachy noszą imię majora Podstępa, oficera wywiadu, który w rozstrzygającej fazie ostatniej wojny otrzymał polecenie wysadzenia w powietrze niemieckiej fabryki produkującej U–Booty czyli łodzie podwodne.

Z jakiego właściwie powodu major Podstęp znalazł się w oddalonych od morza Cichopękach, nie wiadomo. Prawdopodobnie zaszła pomyłka podczas rozszyfrowywania treści ściśle tajnego rozkazu. Niektórzy historycy uważają, iż przyczyną mogło być też roztargnienie lub wręcz karygodna nieznajomość języka niemieckiego, opinie na ten temat są jednak zbyt podzielone, by jakąkolwiek z nich uznać za wersję wiarygodną. Dość, że skonfrontowany z brakiem stoczni U–Bootów dzielny oficer wykonał akt dywersji na miejscowej fabryce półbutów, nastawionej, jak się okazało, głównie na potrzeby frontu. Oficjalnie w cichopęckich zakładach powstawać miały oficerki i cała gama damskich bucików na wysokim obcasie; w rzeczywistości jednakże, z taśmy produkcyjnej każdego dnia zjeżdżały setki par strategicznych gumofilców, przewidzianych do użytku w terenie bagiennym oraz w bardzo niskich temperaturach. W efekcie akcji armia

nieprzyjaciela została odcięta od dostaw nowego obuwia ochronnego, tym bardziej niezbędnego, jako że używana dotychczas partia starła się podczas zwycięskiego pochodu przez pół Europy. Wbiwszy się klinem w głąb Rosji niczym nagrzany nóż w serek topiony, oddziały Wehrmachtu znalazły się nagle boso pośród mrozów i śniegów. Niewzruszone pozostały jedynie jednostki rowerowe, które z rozpędu przedzierały się dalej, po to tylko, aby z braku udeptanej przez piechotę drogi utknąć wkrótce w zaspach śnieżnych i dostać się do niewoli.

Błąd w odczytaniu treści rozkazu zadecydował tym samym o losach drugiej wojny światowej, a Cichopęki, chociaż z tego co wiem, nigdy nie rozległ się w nich choćby jeden strzał, stały się mimo woli areną kluczowych wydarzeń historycznych, których echo odbiło się po całym kontynencie, a nawet świecie. A wszystko za zasługą jednego człowieka! I pomyśleć, że nazwiska majora Podstępa nie znajdziecie w większości wydawnictw poświęconych krwawym zmaganiom lat 1939 – 45. Pan od historii tłumaczył nam kiedyś, iż rola jaką odegrał dzielny dywersant po dziś dzień jest cierniem w oku generałów, udowadnia bowiem, że utrzymywanie wielotysięcznych armii jest całkowicie zbędne skoro jej działania mogą być bez większego trudu sparaliżowane paczką dynamitu podłożoną w stosownym miejscu, w dodatku pozornie tak nieistotnym jak fabryka gumofilców. By nie demoralizować przyszłych żołnierzy i nie dusić w zalążku ich ducha bojowego, podręczniki, encyklopedie oraz temu podobne źródła wiedzy o przeszłości bezwzględnie przemilczają osobę majora Podstępa. Najwyraźniej uznano, iż aby uczcić pamięć zasłużonego, unikając zarazem niezdrowego rozgłosu, całkowicie wystarczy honorowy patronat nad prowincjonalną szkołą.

Moje najgorsze przeczucia sprawdziły się, gdy zziajany wpadłem przez bramę na teren boiska. Budynek dawnego technikum otoczony był chmurą dymu, który w obfitych ilościach wydobywał się z okienek piwnicznych tuż nad chodnikiem. Na podjeździe przed wejściem stały trzy wozy strażackie, a wokół nich uwijały się postacie w hełmach, z butlami na plecach i maskami przeciwgazowymi na twarzach. Nieco dalej, ku mojemu zdumieniu zauważyłem gromadkę nietrzeźwych Murzynów w zgniłozielonych krótkich spodenkach i tego samego koloru bluzach. Większość zwisała w bezwładnych pozach z ławek dla kibiców, kilku słaniało się na nogach, a jeszcze inni leżeli po prostu na wznak wśród wydeptanej trawy. Niektórzy mieli twarze obwiązane czerwonymi chustami. Czyżby zamach terrorystyczny na szkołę?

– pomyślałem ze zgrozą. Murzyni nie wyglądali jednak zbyt agresywnie, szczerze mówiąc robili raczej żałosne wrażenie. Bez większych protestów pozwalali się kolejno pakować do zaparkowanego obok ambulansu przez pomagających im strażaków. W matowych oknach samochodu kiwało się już kilka ciemnych sylwetek.

Jeden z Murzynów siedział w kabinie obok miejsca dla kierowcy. W odróżnieniu od reszty, zamiast zielonego ubioru miał na sobie niezbyt czystą podkoszulkę i robił nieco trzeźwiejsze wrażenie, chociaż i on wyglądał na ogólnie otumanionego. Podszedłem bliżej szurając gipsem po otaczającej boisko bieżni. Murzyn odwrócił głowę w moją stronę, ja zaś zamarłem, bo czarna twarz, która na mnie spojrzała do złudzenia przypominała drugorocznego Zbycha! Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem.

– Co ty tu do diabła robisz? – odezwał się wreszcie Murzyn z karetki. – Mówiłem, żebyś siedział w domu!

Najwyraźniej miał więcej wspólnego ze Zbychem niż tylko twarz.

– Zbych, to ty? – zapytałem.

– Nie. Alicja z krainy czarów – odburknął. – Oczywiście, że ja!

– A gdzie reszta?

Zbych wskazał palcem za siebie. Zbliżyłem się do otwartych drzwi ambulansu. W środku siedziało sześciu osobników, których z daleka wziąłem za ciemnoskórych. W rzeczywistości byli po prostu kompletnie usmarowani sadzą.

– Gnuś? – spytałem niepewnie.

Wszyscy pasażerowie w odpowiedzi podnieśli jednolicie czarne fizjonomie i błysnęli białkami oczu. W tej chwili dwóch strażaków w gumowych maskach przyprowadziło cherlawego chłopaczka, ledwie trzymającego się na nogach. Zwinnie cisnęli nim wprost na rozkładaną kozetkę pod ścianą aż biedak uderzył głową o metalową szafkę. Spojrzałem z oburzeniem.

– Ależ panowie, jak można? To nie worek kartofli!

Strażak numer 1 łypnął porozumiewawczo do strażaka numer 2. Na ten sygnał obydwaj wykręcili mi ręce. Syknąłem z bólu i szarpnąłem z całej siły.

– Spokojnie bratku, bo podłączymy cię do hydrantu! – mruknął strażak numer 2.

Kopnąłem go w kostkę, niestety niezbyt silnie, bo dranie przycisnęli mnie do zderzaka. Strażak numer 1 chciał mi zaaplikować cios w ucho, ale zbyt bardzo się zamachnął i zamiast mnie, trafił strażaka

numer 2, który w odwecie rzucił się z pięściami na kolegę, zapominając chwilowo o grożącym mi hydrancie. Potknął się jednak o mój gips i wyrżnął głową w drzwi ambulansu. Przeciwnik momentalnie usiadł mu na plecach.

– Podaj mi jakiś kabel albo wąż z samochodu – powiedział do mnie.

Posłusznie sięgnąłem po pęk gumowego przewodu, który zwisał z zaczepu pod dachem. Wspólnymi siłami oplątaliśmy nim ręce wierzgającego strażaka numer 2.

– No, no. Tylko spokojnie – strażak numer 1 poklepał go po ukrytym za maską policzku.

– Bo jak nie to hydrant! – dodałem, nie bez złośliwej satysfakcji.

– Niech mi kolega pomoże załadować delikwenta do środka – poprosił. – A wy podnieście nogi!

Usmolone towarzystwo na ławkach bez słowa zrobiło miejsce na podłodze. Sapiąc z wysiłku wrzuciliśmy pokonanego strażaka pod leżankę, na której spoczywał poturbowany chłopczyna.

– Kolega mi się podoba! – pochwalił zwycięski strażak, otrzepując dłonie. – Od razu widać wrodzony zapał.

– Iiii, gdzie tam – bąknąłem zmieszany.

– Czy kolega też jest ofiarą pożaru?

– Nie, ja tylko kogoś szukam. Dwóch znajomych. Może pan ich widział, tacy… zwyczajni. Przyszli w towarzystwie tego niedomytego drugorocznego, który siedzi w kabinie.

– Zbycha? Tego nieudanego prezesa klasowego koła CCK? – zapytał strażak. – Obrzydliwa kreatura. Indywiduum zupełnie nie pasujące do nad wyraz inteligentnych przyjaciół kolegi. Szczególnie do jednego z nich. Jego rodzice mają bodajże doskonale prosperujący sklep mięsny…

– Gnuś? – ucieszyłem się.

– Właśnie on. Bardzo mądry chłopiec, chociaż najczęściej niedoceniany przez otoczenie.

– Gdzie on teraz jest?

– Niestety – strażak uroczyście zwiesił głowę. – Zaczadział i został zużytkowany.

– Jak to zaczadział i został zużytkowany?!

– Zaczadział na polu chwały, czyli ratując z płomieni ofiary i został zużytkowany na organy dla potrzebujących. Resztę odebrała rodzina. Podobno jego ostatnim życzeniem było zostać zmielonym i dodanym

do wędzonki. Zadziwiająca ironia losu, jeśli kolega chce znać moje zdanie.

– Co też pan wygaduje! – zrobiło mi się niedobrze.

– Nad wyraz bohaterska postawa – ciągnął strażak. – Czy kolega aby nie chciałby pójść w ślady wybitnego przyjaciela i zaofiarować jakiś organ?

– Czy pan z byka spadł?!

Na wszelki wypadek zrobiłem krok do tyłu. Zaplątały mi się przy tym nogi i byłbym się niechybnie przewrócił, gdyby nie uratowała mnie niespodziewana podpora. Spojrzałem za siebie, wprost w czarną gębę Zbycha.

– Stoisz mi gipsem na odcisku – wycedził Zbych.

Odstąpiłem na bok i na wszelki wypadek ukryłem się za jego plecami.

– A ty zdejmuj to kretyńskie przebranie i pakujcie się wszyscy do samochodu, bo nie ma czasu. Kierowca już przyszedł!

Strażak sięgnął do pasków, które podtrzymywały gumową maskę i w następnym momencie ukazała się twarz Gnusia.

– Więc mówisz, że nie chcesz ofiarować potrzebującym żadnego organu? – zwrócił się do mnie ze śmiechem. – Wstyd, stary! Trzeba brać przykład z bohaterskiego przyjaciela.

– Wypchaj się swoimi organami! – odburknąłem zły, że dałem się tak haniebnie zrobić w balona.

– A gdzie ten trzeci bałwan? – zapytał Zbych.

– Pałąk? Już leży w środku – Gnuś wskazał na związanego strażaka, który zdołał zsunąć nieco maskę i bluzgał teraz ze swojego miejsca na podłodze stekiem ohydnych wyzwisk.

– To wsiadajcie i jedziemy.

– Dokąd? – zapytałem.

– Jak to dokąd? Do szpitala, oczywiście – wyjaśnił Zbych.

– Ale po co? Ja właśnie przed chwilą zwiałem, żeby nie jechać do szpitala!

– Nie masz za grosz talentu do strategicznego myślenia – skarcił mnie Gnuś. – Przecież to najlepsze co mogło się nam przydarzyć! Nie będziemy musieli osobiście odstawiać cię do domu, ryzykując konfrontację ze starymi. Sami po ciebie przyjadą do szpitala!

– Przecież mówiłeś, że prześwietlają i w ogóle…

– Normalnie tak. Ale dzisiaj mamy do czynienia z sytuacją wyjątkową. Przed nami pojechały już trzy karetki z zaczadzonymi. W tym

chaosie nikt nie zwróci na twój gips najmniejszej uwagi. Zobaczysz, wszystko pójdzie jak po maśle. Moja w tym głowa, a więc wsiadaj!

Chcąc nie chcąc, zacząłem się gramolić do środka.

– Po co ci to? – zapytał Zbych. Zorientowałem się, że wyciągnął mi z tylnej kieszeni spodni plastikowe sitko, o którym zupełnie zapomniałem.

– Oddaj to twojemu sąsiadowi. Zgubił kiedy mijaliśmy się na schodach i najwyraźniej za bardzo mu się śpieszyło, żeby wrócić. Pewnie ciążył mu słój.

Zbych zrobił niemądrą minę, więc w kilku słowach streściłem, co zaszło pod jego nieobecność. Słysząc jak wpadłem w ręce pani Żuchwil wzruszył tylko ramionami, jakby chciał powiedzieć „A widzisz? Ostrzegałem!” Zainteresowało go natomiast spotkanie na klatce schodowej.

– Mówisz, że facet dźwigał na górę pusty słój i że wypadło mu z płaszcza to sitko?

Skinąłem głową.

– Czy aby nie taki podstarzały, łysy, z żabim wyrazem twarzy i rozbieganymi oczkami?

– Ten sam – potwierdziłem. – Z żabią twarzą i ogólnie jakiś taki mętno–wodnisty.

Zbych zaklął pod nosem.

– Dawno temu to było?

– Niecałe czterdzieści minut.

– Słuchajcie. Muszę lecieć. Wygląda na to, że moja hodowla ryb padła łupem fanatyka!

Spojrzeliśmy zdumieni na Zbycha, który nerwowo obracał w palcach sitko.

– Znasz tego typa ze słojem? – zapytałem.

– Obawiam się, że tak. Wszystko wskazuje na to, że miałeś wątpliwą przyjemność napotkania prezesa Polipa, kierownika Radykalnej Frakcji Akwarystów, fundamentalnej grupy, która kilka miesięcy temu wyodrębniła się z Cichopęckiej Filii Ogólnopolskiego Koła Akwarystycznego, w skrócie „ĆFOKA”. Brutalne typy, nie liczące się z niczym gdy chodzi o zdobycie jakiejś rzadkiej odmiany. Włamania oraz napady z odmulaczem w ręku to ich specjalność.

– Bandyci wśród akwarystów? Nie słyszałem o czymś takim…

– Akwaryści to jeszcze nic! – machnął ręką Zbych. – Żebyście wiedzieli, co się wyrabia u filatelistów albo numizmatyków!

– Ale co ten Ukwiał ma do czynienia z tobą? – zapytałem.

– Polip – poprawił Zbych. – Prezes Polip od dawna miał na oku moje sumiki z Parany. Unikat na skalę krajową. Ponieważ kilkakrotnie odmówiłem mu ich sprzedaży, najwyraźniej postanowił zastosować metody radykalne.

– A gdyby ktoś był w domu? Na przykład ja?

– Tym gorzej! Zapewne sterroryzowałby cię pompką do napowietrzania wody, zakneblował gąbkowym wkładem do filtra wewnętrznego albo też zaraz na wstępie odurzył dawką wywaru z trującej ryby japońskiej. Z babką nie poszłoby mu tak łatwo. Jest przeszkolona i zawsze nosi przy sobie pałkę z zasuszonego ogórka. Działkowicze też nie przebierają w środkach.

– A ty się nie boisz tego akwarystycznego wariata? – zapytałem z podziwem.

– Ja też mam swoje sposoby… – wyjaśnił z tajemniczą miną Zbych, po czym uchyliwszy rąbka podkoszulka, pokazał nam podłużny przedmiot zatknięty za pasek. Na jednym końcu coś pobłyskiwało metalicznie.

– Co to? Sztylet?

– Skrobak do glonów z ostrzem z nierdzewnej stali.

– Nie myślałem, że aż tak… – wydukałem.

– Aż tak – smutnie pokiwał głową Zbych. – No to życzę wam dobrej zabawy w szpitalu. A ty… – zwrócił się do Gnusia – …spróbuj nie zameldować się w poniedziałek z pierwszą ratą honorarium!

– Spokojna głowa. Jeszcze cię zamuli moją kiszką.

Popatrzyliśmy jak oddala się przez boisko i znika za bramą.

– Ten Zbych to jednak porządny chłop – powiedział Gnuś. – Chociaż kawał drania. Żebyś widział z jakim poświęceniem ratował harcerzy z piwnicy! A prawda, ty nic nie wiesz! Wskakuj, opowiem ci po drodze.

 

W drodze do szpitala – Powiew wielkiego miasta – Pani Żuchwil w akcji – Ucieczka – Pożar w szkole – Fenomeny parapsychologiczne – O U–Bootach i półbutach – Murzyni w Cichopękach – Wykazuję symptomy postawy aspołecznej – Fanatycy wśród akwarystów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

polonia-serwis.de

1 rok 10 miesięcy temu

Jest nas już 5000 !!!