Serwis dla Polaków mieszkających w Niemczech

Rozdział siódmy

 

Rozdział VII

Wskoczyłem do ambulansu, jeżeli moje niezgrabne ruchy, w trakcie których niechcący nadepnąłem jednemu z pasażerów na stopę (na swoje szczęście był zbyt zaczadzony dymem, by zwrócić na to uwagę) można określić mianem wskoczenia. Gnuś wsiadł po mnie i zatrzasnął drzwi. Ulokowaliśmy się obok chłopca na rozkładanej leżance. 

– Rozwiążcie mnie zbóje! – bluzgnął Pałąk ze swego miejsca na podłodze. – Rozwiążcie mnie albo porachuję wam kości!

– Technicznie niewykonalne – Gnuś poklepał Pałąka po policzku, po czym bezceremonialnie naciągnął mu na twarz gumową maskę.

– No więc było tak – zaczął. – Woźny Wycieruch wpuścił nas bez mrugnięcia okiem i zaraz poszorowaliśmy do gabinetu. Już na korytarzu Pałąk powiedział, że kręci go w nosie, ale wiesz jak z nim jest. Potraktowaliśmy to jako objaw jego alergii na szkołę, tym bardziej, że najbardziej kręciło go kiedy mijaliśmy akurat pracownię kółka

polonistycznego, a jak ci wiadomo przedmiot ten odpowiedzialny jest u niego za wyjątkowo silne objawy odrzucająco–uczuleniowe.

– To prawda – przytaknąłem, patrząc ze współczuciem na zniewolonego Pałąka. – Kiedyś tak go odurzyła odpowiedź z Żeromskiego, że na treningu po lekcjach, podczas biegu na tysiąc metrów popadł w stan odrętwienia.

– Co ty mówisz? – zapytał Gnuś, który poza znaną wam krótkotrwałą pasją wioślarską z reguły stroni od wysiłku fizycznego i najczęściej wymiguje się na wszelkie możliwe sposoby z godzin WF–u, nie wspominając już o nadobowiązkowych zajęciach sportowych, odbywających się po południu. – Zdrętwiał przed startem i nie mógł biegać?

– Gorzej! Wystartował i zdrętwiał podczas biegu. Wszyscy dawno padli już na trawę, a on biegał i biegał dookoła boiska. Tyka skończył notować wyniki w zeszycie i miał się zbierać do szatni, kiedy ktoś zwrócił mu uwagę na Pałąka, który zdążył zaliczyć dobrych osiem okrążeń. Mieliśmy trochę ubawu, bo Tyka najpierw gwizdał, potem krzyczał, a na końcu puścił się za nim w pogoń. Ze dwie rundy biegł obok Pałąka i przekonywał go, że dawno już przekroczył metę. W połowie trzeciej stracił dech i musieliśmy go wachlować ręcznikami.

– A Pałąk?

– A Pałąk jak gdyby nigdy nic biegał dalej. Dopiero gdy jakoś skierowaliśmy go wspólnymi siłami do bramki na boisku, zaplątał się w siatkę i stanął.

– Niesamowite…

– Tyka też tak mówił. Powiedział nawet, że wystawi go na międzyszkolnych zawodach sportowych. Sęk w tym, że Pałąk potrafi biegać tylko w stanie odurzenia edukacyjnego. Inaczej zaraz po kilku krokach dostaje zadyszki i wzdęć.

– A co na to Tyka?

– Najpierw nie chciał wierzyć, ale po zademonstrowaniu dał się przekonać. Na czas zawodów chciał pożyczyć z biblioteki trzytomowe wydanie

– Czyjego bezpieczeństwa? Czyżby Tyka miał stracha, że Pałąk

zamiast zatrzymać się po sprincie na sześćdziesiąt metrów, popędzi dalej i wpadnie pod samochód?

– Nie. Na mecie czekaliby specjalni wyłapywacze. Chodziło raczej o bezpieczeństwo publiczności. Podczas treningu pchnięcia kulą, po uprzednim przyjęciu odpowiednio odurzającej dawki wierszy Marii Konopnickiej, Pałąk w stanie zamroczenia wykonał wprawdzie pchnięcie rekordowe. Lecz zamiast ciskać na wprost, cisnął gdzie popadło, a że popadło akurat w stronę ulicy, pani Zawiesina została ugodzona w maskę.

– Pani Zawiesina w maskę?!

– Dokładniej mówiąc samochód pani Zawiesiny. Skończyło się na tym, że Tyka musiał pokryć koszty wyklepania i jednogłośną decyzją rady pedagogicznej dostał zakaz przeprowadzania eksperymentów na uczniach.

– Czyli z zawodów nici?

– Nici.

– Szkoda – westchnął smętnie Gnuś. – I mówisz, że aż tak go odurza? – spytał patrząc łakomie na Pałąka.

– Odurza i odrętwia, szokuje, a nawet ogłusza. Nie chcę użyć słowa upaja, bo obawiam się, iż upojenie w przypadku Pałąka jest nie tyle efektem doznanej rozkoszy, ile raczej wewnętrznego wzdrygnięcia się.

– Zobaczymy – powiedział Gnuś i pochyliwszy się nad leżącym na podłodze, wyrecytował mu prosto w ucho natchnionym tonem:

W karetce – Sportowe talenty Pałąka – Kto się wzdryga przy klasyce – Opowieść Gnusia – Tresowane karaluchy i wstręt pani Świerzboń – Co można usłyszeć z rury – Pan Żłopek nabija w butelkę – Czy harcerze powinni palić fajkę pokoju – Rękoczyny – Dojeżdżamy na miejsce

Pereł nowelistyki polskiej okresu pozytywizmu i tuż przed startem zdopingować nim Pałąka. Dla lepszego efektu trzech pomocników miało czytać ze wszystkich tomów na raz. Medal w większości dyscyplin byłby murowany! Poza tymi, które wymagają wkładu myślowego i z których trzeba było zrezygnować ze względów bezpieczeństwa.Koło jezioraPałąk wyprężył się jak struna i twarz mu poczerwieniała pod maską.Pewna pani na Marsałkowskiej– Odbiło ci z tymi żabami? – przerwałem. – I nie możesz mówić normalnie?Stoi na stacji lokomotywa,Po dwóch wersach Pałąk dostał konwulsji i trzeba go było przycisnąć do podłogi, żeby sobie przypadkiem nie uszkodził głowy o butle z tlenem. Rzuciliśmy się na niego całym ciężarem. Kilka razy kopnął nogami, w końcu legł bezwładnie z wytrzeszczonymi oczyma za zaparowanymi szkiełkami maski.Napaść na sekretarza Stowarzyszenia Winiarzy, nie czytaliście?

Z wieczora

Chłopcy w koło biegały

I na żaby czuwały:

Skoro która wypływała,

Kamieniem w łeb dostawała.

Jedna z nich, śmielszej natury,

Wystawiwszy łeb do góry,

Rzekła: „Chłopcy przestańcie, bo źle się bawicie!

Dla was to jest igraszką, nam chodzi o życie”.

– Widzisz? – rozłożyłem ręce. – Wzdryga się.

– Wzdryga się, jak Boga kocham! – uradował się Gnuś. – Ciekawe czy teraz też się wzdrygnie – chrząknął parę razy, po czym wyseplenił:

kupowała synkę z groskiem

w towazystwie swego męza, ponurego draba;

wychodzą ze sklepu, pani w sloch,

w ksyk i w lament: – Męzu, och, och!

Popats, popats, jaka strasna zaba!

Mąz był wyzsy uzędnik, psetarł mgłę w okulaze

I mówi: – Zecywiście coś skace po trotuaze!

– Nie mogę – Gnuś rozłożył ręce. – To jest wiersz dla sepleniących.

– W życiu o czymś podobnym nie słyszałem. Kto wpadł na taki idiotyczny pomysł? Ty?

– Nie. Konstanty Ildefons Gałczyński.

– Kto?

– Trzeba było uważać na polskim. To jest klasyka poezji dwudziestolecia międzywojennego.

– Ten poprzedni to niby też klasyka?

– Też – potwierdził Gnuś. – Tylko wcześniejsza. Ignacy Krasicki. Zresztą najlepszym dowodem jest to, że Pałąk aż posiniał.

Gnuś miał rację. Pałąk nie sinieje przy byle czym. Musi być klasyka.

– Dajmy mu już spokój – zaproponowałem.

– Poczekaj, jeszcze wypróbujemy coś z innej paki:

Ciężka, ogromna i pot z niej spływa…

– Widzisz coś narobił? – powiedziałem z wyrzutem do Gnusia. – Może mu zaszkodzi?

– E, chyba nie – uspokoił Gnuś. – Jak by nie było, jedziemy do szpitala. Tam się nim zajmą. Przynajmniej przez jakiś czas nie będzie się rzucał. Obawiam się, czy aby cała ta akcja ratunkowa w kłębach dymu nie padła mu się na mózg.

– Zauważyłem – kiwnąłem głową i spojrzałem z ukosa na Gnusia. Jeśli chodzi o mnie, też miałem pewne podejrzenia. – Powiedz lepiej wreszcie, co się właściwie wydarzyło. Skąd macie te maski?

– Pożyczyliśmy.

– Od strażaków? Pozwolili wam?

– Oni tego mają dużo – odparł Gnuś wymijająco. – Posłuchaj lepiej jak było dalej. No więc Pałąka zaczęło kręcić w nosie, a my myśleliśmy, że to tylko alergia. Ale gdy dotarliśmy do gabinetu mnie też zakręciło. Zbych zaraz zaczął się z nas obydwu nabijać, że niby jesteśmy mięczaki i co on robi w naszym towarzystwie i w ogóle. Nabijał się tak dopóki jemu samemu oczy nie zaszły łzami i nie kichnął aż szyby zadrżały. Właśnie wtedy nadbiegł woźny Wycieruch z wrzaskiem, że w harcówce się pali! Faktycznie, kiedy byliśmy zajęci grzebaniem w sprzęcie medycznym korytarz zasnuł się sinymi kłębami dymu. Chciałem pootwierać okna, ale Zbych mi zaraz zabronił mówiąc, że w ten sposób narobię przeciągu i dostarczę tlenu do ognia. Sęk w tym, że nigdzie nie było widać żadnego pożaru. Dymiło się za to z szatni, tam gdzie jest wejście do starych piwnic. Zamiast wietrzyć, nałożyliśmy sobie na twarze namoczone pod kranem ścierki, bo jeszcze wtedy nie mieliśmy masek. Trochę pomogło, chociaż nie za bardzo. Woźny w ogóle nie chciał żadnej ochrony. Nic dziwnego, przy tych wszystkich papierosach, które codziennie wypala musiał się czuć w swoim żywiole. Zbiegliśmy na dół i okazało się, że wejście do piwnic jest kompletnie zasnute dymem. „Wynośmy się stąd i wezwijmy straż” – zawołał Zbych, a woźny na to, blady jak usmarowana kredą tablica, że na dole, w harcówce jest cały zastęp harcerzy! Nie wiem jak inni, ale mnie w każdym razie zatkało, nie tyle od dymu, co ze strachu. Zbycha i Pałąka chyba również, bo przez chwilę stali tylko z wytrzeszczonymi oczami. Zrobiło się cicho i wtedy z głębi piwnic doszedł nas słaby kaszel. Wycieruch nie czekając na nas, rzucił się w dym i został natychmiast wchłonięty. Mówię ci, stary, jak gdyby skoczył do stawu z mętną wodą! Plums, i śladu po nim nie zostało. Zbych chciał go zatrzymać, ale był zbyt wolny. Kilka sekund potem usłyszeliśmy głuche uderzenie, jęk i jakiś ciężar zwalił się na ziemię. Nie trzeba było specjalnej fantazji, aby sobie wyobrazić, że to pewnie

dotarcie do piwnic od frontu było niemożliwe…woźny, biegnąc na oślep spadł ze schodów. Kilka razy krzyknęliśmy coś bezsensownego w rodzaju „Wszystko w porządku?”, ale chyba nikt z nas na serio nie liczył na odpowiedź. A jednak odpowiedź przyszła, tyle że inna niż się spodziewaliśmy. Gdzieś z daleka dobiegły nas przerywane kaszlem wołania o pomoc. Naliczyliśmy co najmniej pięć głosów. Najgorsze było, że darli się jeden przez drugiego i trudno było cokolwiek zrozumieć. „Nie wszyscy naraz!” – krzyknął Zbych. Nic nie wskórał, bo do nawoływania dołączyli się nowi i w zadymionej piwnicy zrobiło się nagle głośno jak w podpalonym ulu. Na dodatek, zagłuszając całą resztę, jakiś idiota zaczął przy pomocy trąbki sygnalizować SOS. Wtedy przyszedł mi do głowy genialny pomysł! Skoro

– Można było wejść przez okna, które wychodzą na ulicę! – wykrzyknąłem, przypominając sobie kłęby dymu wydobywające się z otworów tuż nad chodnikiem.

– Myślałem i o tym – potwierdził Gnuś. – Ale one są zaspawane stalowymi prętami po tym jak ktoś wykradł arkusze ocen z sekretariatu. Podobno wtedy złodzieje wtargnęli do szkoły właśnie przez niedomknięte okna piwniczne.

– No to jak weszliście?

– Przypomnij sobie wypadek pana Fafluna.

– Wejście do schronu przeciwlotniczego! – zawołałem. – Nie wiedziałem, że można się z niego przedostać do piwnic!

– Oczywiście, że można. Tyle tylko, że schron ma stalowe drzwi zamykane od środka na potężną zasuwę i nie da się przejść w odwrotnym kierunku, od piwnic do schronu. Mówił mi kiedyś gruby Anton. Ten facet to prawdziwy spec w dziedzinie schronów i kryjówek na terenie szkoły, nie wspominając już o najbliższej okolicy. Jeśli twierdził, że przejście jest, to musiało być.

– I było?

– A jak myślisz? – zapytał dumnie Gnuś. – Wysłaliśmy Pałąka, żeby dzwonił po straż, a sami ze Zbychem popędziliśmy do sali gimnastycznej. Otworzyliśmy klapę na scenie i po drabince zeszliśmy na dół.

– Po ciemku?

– Zbych poświecił zapalniczką.

– A dym?

– Ani śladu, bracie. Taki schron to solidna konstrukcja, hermetycznie izolowany. Mieliśmy tylko trochę kłopotu z otworzeniem tych przeklętych drzwi. Najpierw trzeba było odgarnąć jakieś stare paczki

i rulony zbutwiałych map z pracowni geograficznej. Gdy się z tym wreszcie uporaliśmy, ani ja ani Zbych nie mogliśmy przestawić dźwigni zwalniającej zamek. Próbowaliśmy po kolei, a potem we dwóch na raz, ale ani drgnęła. Udało się dopiero po solidnym uderzeniu popiersiem.

– Popiersiem?!

– Popiersiem Pitagorasa, które leżało w kącie. Naparliśmy nim na dźwignię jak taranem i puściła ze zgrzytem. Pitagoras stracił przy tym ucho. Pal go sześć do kwadratu! Facet nigdy nie budził mojej sympatii. Zaraz po otworzeniu drzwi do schronu wtoczyło się dwóch ledwie żywych harcerzy. Jeden z nich to był ten blondyn z piątej klasy, który rok temu wsadził petardę do hodowli mrówek w sali biologicznej. Poznałem go tylko po wyszczerzonych zębach, bo włosy miał czarne jak smoła.

– To Fredek – odezwał się chłopak siedzący naprzeciwko mnie. – On ma niechęć do insektów, bo u niego w domu są karaluchy.

– I nie może sobie z nimi poradzić? – skrzywiłem się z obrzydzeniem.

– Może, ale mu wujek nie pozwala.

– Dlaczego nie pozwala?

– Bo jego wujek jest etmo…, etnomo…, entomologiem i mówi, że wytępienie karaluchów zachwiałoby łańcuchem.

– Łańcuchem?! Co ty za bzdury opowiadasz?

– Nie opowiadam żadnych bzdur! – oburzył się. – Wujek Fredka mówi, że karaluchy to niezastąpione ogniwo w łańcuchu przyrody, odpowiedzialne za krążenie materii i w ogóle pożyteczne. Poza tym bardzo inteligentne.

– E! Tu już chyba ten cały wujek zrobił twojego Fredka w trąbę.

– Kiedy naprawdę karaluchy są inteligentne! Sam widziałem. Fredek ma jednego, który jest specjalnie wytresowany.

– Przychodzi do nogi na gwizdnięcie i daje łapę? – zakpiłem.

– No, tego nie wiem – zmieszał się chłopak. – Ale swym pojawieniem się wywołuje odruchy u pani Świerzboń.

– Jakie znowu odruchy?

– Głównie odruchy wsteczne przewodu pokarmowego. Krótko mówiąc, pani Świerzboń robi się na jego widok niedobrze i opuszcza.

– Co puszcza? – nie dosłyszał Gnuś.

– Powiedziałem: opuszcza. Opuszcza klasę, bo się jej robi niedobrze na widok tego karalucha.

– E, tam – machnął ręką Gnuś. – Pani Świerzboń robi się też niedobrze na widok Pałąka, co wcale nie musi świadczyć o jego inteligencji.

– Ale ten tresowany karaluch ma zastosowanie strategiczne w sytuacjach nagłego niebezpieczeństwa. Wkracza do akcji wyłącznie gdy pani Świerzboń wyczyta z dziennika nazwisko Fredka i chce mu zadać kilka druzgocących pytań przy tablicy.

– Jeśli powiesz, że karaluch mu podpowiada, strzelę cię w ucho! – zagroziłem.

– No co ty? Oczywiście, że nie podpowiada. Wystarczy, że w odpowiednim momencie pokaże się na kołnierzu albo na rękawie. Fredek trzyma go w niedomkniętym pudełku po zapałkach i wstając z ławki puka tylko trzy razy w wieczko. Karaluch natychmiast ukazuje się w widocznym miejscu, pani Świerzboń dostaje ataku histerii i sprawa załatwiona. Teraz nie potrzeba już nawet karalucha, bo pani Świerzboń brzydzi się spojrzeć na samego Fredka. Posadziła go w ostatniej ławce i zasłania fikusem.

– Fikusem?!

– Fikusem w doniczce, który stoi na jej biurku. Widzieliście chyba?

Skinęliśmy głowami.

– Zaraz, zaraz… – powiedział Gnuś – Przecież mówiłeś przed chwilą, że ten Fredek ma wstręt do karaluchów?

– Miał, ale się do nich przekonał. Szczególnie po tym jak wypędziły pana Żłopka.

– Kogo wypędziły ze żłobka?!

– Nie ze żłobka tylko pana Żłopka z mieszkania Fredka. Pan Żłopek to sąsiad nadużywający…

– Sąsiad nadużywający? Nie słyszałem o czymś takim – przerwałem.

– Naprawdę? – zdumiał się zaczadzony harcerz. – To znaczy, że masz wielkie szczęście albo jesteś mało bystry. Sąsiedzi nadużywający stanowią bowiem w Cichopękach gatunek wyjątkowo rozpowszechniony.

– No, no, mały! – ostrzegłem. – Moja bystrość niech cię lepiej nie interesuje!

– Chodzi mu oczywiście o nadużycie napojów odurzających, zwanych inaczej wyskokowymi – wyjaśnił uspokajającym głosem Gnuś.

– A, to inna sprawa. Faktycznie, spotkałem się z tym zjawiskiem

– przyznałem, przypomniawszy sobie pana Warchonia z parteru, który w dziedzinie napitków wyskokowych regularnie dopuszcza się zdecydowanych nadużyć.

– Właśnie chciałem powiedzieć, ale mi przerwałeś. No więc pan Żłopek to sąsiad nadużywający, który w dodatku nagminnie myli drzwi będąc w stanie nietrzeźwości, a znajduje się w nim niestety dość regularnie.

– Co to znaczy, myli drzwi?

– Zwyczajnie. Zamiast do swojego mieszkania, wchodzi do mieszkań innych lokatorów, a jakoś tak już jest, że najczęściej traf pada właśnie na mieszkanie Fredka.

– To dlaczego nie zamyka ich na zamek?

– Oczywiście, że zamyka, po kilku podobnych wypadkach wujek Fredka wstawił nawet specjalne zasuwy antywłamaniowe, ale to nic nie daje. Pan Żłopek jest z zawodu otwieraczem i siłą rzeczy żaden zamek, choćby najbardziej skomplikowany mu się nie oprze.

– Jak to otwieraczem?

– Ojej! – zniecierpliwił się harcerz. – Otwieraczem, czyli specjalistą od otwierania. Nigdy o czymś takim nie słyszałeś?

– Czy ten pan Żłopek nie jest aby zwykłym włamywaczem? – spytałem niepewnie.

– Czymś w tym rodzaju, ale włamywaczem legalnym i wcale nie zwykłym tylko wysoce wyspecjalizowanym. Zajmuje się awaryjnym otwieraniem zatrzaśniętych zamków, zepsutych kłódek, zardzewiałych skobli, skrytek na dworcu autobusowym, od których zgubiono klucze, starych sejfów i wszystkiego co się da. Nie uwierzylibyście ile ma zamówień. Sam miałem okazję sprawdzić jego umiejętności na własnej skórze.

– Na własnej skórze? – zdębieliśmy.

– Tak się tylko mówi! – wyjaśnił harcerz. – Rok temu na wiosnę chciałem wyjąć rower z piwnicy i okazało się, że nie mogę, bo poprzednią jesienią przypiąłem go do rury przy pomocy stalowej linki z zamkiem szyfrowym.

– Skoro sam go przypiąłeś to w czym problem?

– No bo, y… zamek zardzewiał – zmieszał się.

– Bujasz, stary. Te zamki są robione z nierdzewnej stali i w dodatku niklowanej. Sam mam podobny. Po prostu zapomniałeś szyfru.

– No trochę zapomniałem – przyznał ze wstydem.

– I nie mogłeś otworzyć na słuch? Tak jak na filmach?

– Próbowałem. Ale na filmach chyba mają lepsze uszy. Wiadomo, takie studia filmowe są specjalnie wyciszone i podczas nagrań zawsze zapala się napis „Nie rozmawiać!”, a przez naszą piwnicę przechodzi główna rura kanalizacyjna i albo ktoś co chwila spuszcza w sedesie wodę albo gwiżdże…

– Gwiżdże w sedes? Dziwnych masz sąsiadów…

– Nie w sedes! Wystarczy, że gwiżdże hymny pochwalne przy goleniu jak organista pan Wyświst albo piorąc w zlewozmywaku nuci Prząśniczkę jak żona dozorcy. Przez to wszystko rury wpadają w rezonans i potrafią przenosić dźwięki na bardzo duże odległości, co siłą rzeczy uniemożliwia wszelkie precyzyjne zabiegi z wykorzystaniem organu słuchu.

– To prawda – wtrącił Gnuś. – Podobno kiedyś w Warszawie grupa kąpiących się w Wiśle maturzystów podsłuchała niechcący u wylotu kanalizacji pytania egzaminacyjne, które akurat były omawiane w Ministerstwie Oświaty.

– Co ty? – spojrzałem na Gnusia z powątpiewaniem. – Chcesz powiedzieć, że komisja omawiała te pytania w toalecie?

– Czy ja wiem? Może po prostu ktoś zostawił niedomknięte drzwi, zresztą kto ich tam wie. Brat grubego Antona przed maturą też jeździł do Warszawy i cały dzień spędził w ubikacji na dworcu centralnym z uchem przy sedesie. Wrócił z całym plikiem kartek gęsto zapisanych podsłuchanymi pytaniami, których nikomu nie chciał pokazać.

– Jakoś mu te pytania nie pomogły – zakpiłem.

– Tłumaczył się, że przez pomyłkę podsłuchał treść egzaminów na studia polonistyki i przygotował wiedzę na wyższym poziomie.

– Bzdura! – powiedziałem. – Brat grubego Antona jest tępy jak zderzak kolejowy i między innymi dlatego nie zdał matury, że wymienił etap czarnoleski w twórczości Adama Mickiewicza. Słyszałem od Czopka, który akurat podczas ustnych matur pełnił karny dyżur w sekretariacie i roznosił kawę dla komisji. Podobno pani Świerzboń przez chwilę odebrało mowę i brat Antona aż pokraśniał z dumy, bo myślał, że to w obliczu zdumiewającej trafności jego odpowiedzi. Gdy Czopek miał wychodzić z pustymi szklankami pani Świerzboń właśnie odzyskała panowanie nad organami głosowymi i raczej brutalnie wyprowadzała go z błędu. W rezultacie Anton starszy opuścił pokój egzaminacyjny razem z Czopkiem. Gdyby zamiast jeździć do Warszawy i przesiadywać w ubikacji z uchem przy sedesie czekając na wieści z Ministerstwa Oświaty zajął się choć przez chwilę nauką, pewnie by zdał.

– Nie mówię, że nie – Gnuś uniósł obie ręce w geście kapitulacji. – Ale fakt, że z rurami nigdy nic nie wiadomo.

– Dokładnie – podchwycił harcerz. – I dlatego nie udało mi się otworzyć zamka przy rowerze. Próbowałem tak długo, że aż straciłem w końcu poczucie czasu. Wcale nie wiedziałem, że się ściemniło na zewnątrz. Kiedy minęła pora kolacji rodzice zawiadomili policję. Podobno sam komendant Gruchała obdzwonił wszystkie szpitale zanim przyszło mu do głowy, żeby sprawdzić w piwnicy czy rzeczywiście zabrałem rower.

– I wtedy cię znalazł?

– I wtedy mnie znalazł. Tymczasem zrobiła się jedenasta wieczorem i w domu dostałem niezły wycisk, bo wszyscy myśleli, że wpadłem pod samochód i kierowca porzucił moje ciało w rowie. Czy to moja wina, że dorośli mają takie bezsensowne fantazje? Jak mogłem wpaść na rowerze pod samochód skoro nie dał się odpiąć od tej przeklętej rury w piwnicy?

– Daj już spokój z tą twoją rurą i powiedz co chcesz powiedzieć albo nie zawracaj nam głowy! – zdenerwowałem się.

– A co chciałem powiedzieć?

– Mówiłeś akurat o panu Chłeptaczu, czy jak mu tam… – wtrącił Gnuś.

– Żłopku, nie żadnym Chłeptaczu – przypomniał sobie harcerz. – No więc następnego dnia w szkole Fredek dowiedział się o tych kłopotach z rowerem i obiecał pomoc. Po południu zameldował się na podwórku przed moim domem w towarzystwie pana Żłopka. Ponieważ w związku z histerią, w jaką mimo woli wpędziłem rodziców zostałem objęty zakazem opuszczania pokoju, nie mogłem im towarzyszyć osobiście. Przez okno wytłumaczyłem tylko jak trafić do naszej piwnicy i zaraz potem straciłem ich z oczu. Chciałem nawet zrzucić klucz do drzwi, ale Fredek tylko machnął lekceważąco ręką, chyba się domyślacie dlaczego?

– Bo słynny pan Żłopek i tak dał sobie radę?

– No właśnie, jeszcze jak sobie dał! Mimo moich wskazówek najpierw niechcący trafili nie do tej piwnicy co trzeba. Pech chciał, że była to akurat piwnica pana Zakwasa, sekretarza Cichopęckiego Stowarzyszenia Winiarzy Amatorów „Popęd”, który zgodnie z dumną nazwą swego związku masowo pędzi wino w gąsiorach. Ma nimi zastawione całe mieszkanie, garaż i niestety również piwnicę. Mówię niestety, bo wyobrażacie sobie chyba, co to znaczy w połączeniu

z obecnością pana Żłopka, który jak wspominałem należy do gatunku sąsiadów nadużywających?

– Chcesz powiedzieć, że dobrał się do tych gąsiorów?

– Żeby tylko się dobrał! Urządził w piwnicy pana Zakwasa istną masakrę, której ofiarą na dodatek padł sam pan Zakwas zwabiony brzękiem szkła i odgłosami mlaskania. Ale po kolei. Zorientowawszy się w pomyłce, Fredek zdołał najpierw namówić sąsiada, aby zostawił gąsiory na potem i w pierwszej kolejności zajął się moim rowerem. Ociągając się, pan Żłopek ostatecznie dał się zaprowadzić przed właściwą piwnicę, bez kłopotu uporał się z kłódką i niecierpliwie spozierając kątem oka na błyszczące w blasku żarówki gąsiory, które kusiły go z drugiego końca korytarza, szybko rozszyfrował zamek przy rowerze.

– Tak po prostu? Nie na słuch?

– Jak mógł rozszyfrować na słuch skoro przez cały czas głośno oblizywał wargi na myśl o czekającej go gratce? Fredek mówił potem, że w jednej chwili pan Żłopek kucał stękając przy rurze, a już w następnej pędził w kierunku piwnicy pana Zakwasa z zamkiem szyfrowym podrygującym w kieszeni kurtki. Osiągnąwszy cel, bezceremonialnie zabrał się do konsumpcji. Ponieważ robił to w sposób wzbogacony akustycznie, zwabił wyczulonego na odgłosy brzękania gąsiorami pana Zakwasa, który widząc co się święci natychmiast rzucił się w obronie swej własności. Krok bardzo nieroztropny, ponieważ w następnej chwili został brutalnie nabity w butelkę.

– Nabity w butelkę?

– Nabity w butelkę i to co gorsza w dosłownym znaczeniu tego zwrotu. Rozsierdzony pan Żłopek umieścił go mianowicie w jednym z pojemniejszych gąsiorów, które stały w kącie piwnicy.

– Jak to umieścił? – zapytałem. – Przecież taki gąsior ma bardzo cienką szyjkę…

Harcerz wzruszył ramionami.

– Do dzisiaj nikt tego nie rozumie.

– Już wiem! – wtrącił Gnuś. – Kiedyś na chemii robiliśmy doświadczenie z wsadzaniem jajka do butelki po mleku. Najpierw trzeba było nalać do środka trochę denaturatu, podpalić i położyć ugotowane na twardo jajko na wylocie szyjki. W butelce robiło się podciśnienie i wsysało jajko do środka. Proste.

– Myślisz, że pana Zakwasa też wessało podciśnienie? – spojrzałem powątpiewająco na harcerza.

– Mówię wam, że nikt nie wie. Gdy zaczęła się awantura w piwnicy, Fredek natychmiast czmychnął na podwórze i schował się za śmietnikiem. Z powodu hałasu i wyzwisk ktoś musiał zawiadomić policję, bo po upływie kilku minut podjechał radiowóz i dwóch funkcjonariuszy zeszło na dół. Zaraz potem jeden wyprowadził skutego pana Żłopka, a drugi, cały spocony, wyniósł pana Zakwasa w gąsiorze. Nawet pisali o tym w „Odgłosie Cichopęków”:

– Chyba coś pamiętam… – podrapał się w głowę Gnuś.

– I co się dalej stało?

– Co się miało stać. Gąsior zbił się zaraz na parkingu komisariatu, gdy jeden z policjantów upuścił go na asfalt i lekko skołowany sekretarz Zakwas pojechał na badania kontrolne do szpitala, a pana Żłopka po przesłuchaniu wypuszczono na wolność. Zamykanie go gdziekolwiek i tak nie miałoby żadnego sensu. Od tej pory zaczął jeszcze bardziej nadużywać no i jak mówiłem myli drzwi. Pewnej nocy, jakiś tydzień po aferze z panem Zakwasem, wemknął się w stanie odurzenia do mieszkania Fredka i zaległ w przedpokoju. Nikt go nie słyszał i dlatego nie wiadomo dokładnie, co się stało. Wiem tylko, że koło północy Fredek i jego wujek zostali wyrwani ze snu przeraźliwym wołaniem o pomoc. Zapaliwszy światło, zastali pana Żłopka w otoczeniu gromady karaluchów, które w pocie czoła, czy jak kto woli czułek, zajęte były wciąganiem nieszczęśliwca pod szafę. Szło to niezbyt sprawnie z uwagi na rozmiary zdobyczy, lecz mimo to zacięte insekty zdołały przetransportować łakomy kąsek w okolice swej kryjówki i uporały się nawet z nogami.

– Jak to? Zjadły mu nogi?! – wykrzyknąłem.

– No, nie… Chyba miały zamiar, ale jeszcze nie zjadły. Tylko zdążyły mu te nogi wciągnąć pod szafę i tutaj ugrzęzły. Zaczęły szarpać, co doprowadziło zapewne do tego, że pan Żłopek, odzyskawszy przytomność na skutek manewrów, którym poddane zostało jego bezwładne ciało, natychmiast wszczął alarm. Wobec pojawienia się posiłków w osobach Fredka z wujkiem, karaluchy odstąpiły od nadarzającej się im gratki kulinarnej i wycofały się w bezpieczne miejsce przy akompaniamencie odgłosów zrozumiałych tylko dla karaluchów, choć prawdopodobnie dość nieparlamentarnych. Oswobodzony pan Żłopek wydobył lekko napoczęte nogi spod szafy, a potem nie dziękując swym zbawcom pośpiesznie opuścił mieszkanie, przewracając po drodze stojak na parasole i zderzając się boleśnie z lustrem w przedpo

koju. Zdarzenie musiało mieć na niego istotny wpływ, bo chociaż nadużywa w równym – jeżeli nie większym – stopniu jak przedtem, progu Fredkowego mieszkania nigdy już nie przekroczył. Innych sąsiadów, owszem. Podobno ostatnio emerytowana nauczycielka francuskiego, która mieszka w kawalerce na poddaszu, znalazła pana Żłopka we własnej wannie, a bezzębny Graba z parteru, były mistrz Cichopęków w boksie, natknął się na niego kontrolując zawartość worka na suche skórki od chleba, które gromadzi na zimę dla ptaków.

– I przez to ten twój Fredek zapałał taką nagłą miłością do karaluchów?

– No właśnie – przytaknął harcerz. – Pan Żłopek jest wprawdzie niezwykle uzdolniony w swej dziedzinie fachowej, czyli otwieractwie, ale nie zmienia to faktu, iż z natury charakteryzuje się dość niehigieniczną, powiedziałbym wręcz odpychającą powierzchownością i w porównaniu z jego obecnością karaluchy są towarzystwem jak najbardziej do zniesienia. Więc Fredek w końcu wypalił z nimi fajkę pokoju i wszedł w stan symbiozy.

– Też mi harcerz! – zakpiłem. – Wypala fajki z robakami i jeszcze wchodzi w jakieś podejrzane stany!

– Ale ty jesteś ciemny! – zdenerwował się chłopak. – Fajkę pokoju wypala się metaforycznie, czyli na niby, tylko Indianie palili ją kiedyś naprawdę, a stan symbiozy to inaczej współpraca oparta na wzajemnej zależności. Przywra cię na biologii nie uczyła?

Tego już było za wiele! Najpierw szczeniak plecie jakieś bajabongo o rurach kanalizacyjnych i karaluchach, a teraz na dodatek bezczelnie mnie obraża. Zerwałem się z ławki. Na nieszczęście, w całej złości zapomniałem, że znajdujemy się w ambulansie i wyrżnąłem głową o dach. Bezczelny harcerz parsknął śmiechem. To przebrało miarkę. Z nieartykułowanym okrzykiem bojowym rzuciłem się w jego stronę.

– Ratunku! – zawołał, zorientowawszy się w powadze mych zamiarów i przywarł z nadzieją do pozostałych członków drużyny. Ci jednak byli nadal zbyt zaczadzeni, aby brać aktywny udział w zajściu i odsunęli się pod ścianę. Drań chciał się ukryć za aparaturę do sztucznego oddychania, nie zdążył jednak. Skoczyłem mu na plecy i razem upadliśmy na drzwi karetki, które otworzyły się pod naszym naporem. „O, rany! Wypadniemy!” – zdążyłem jeszcze pomyśleć i w następnym momencie rzeczywiście wypadliśmy… wprost w objęcia zdumionej pielęgniarki. Ambulans stał na parkingu przed głównym wejściem do szpitala.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

polonia-serwis.de

1 rok 10 miesięcy temu

Jest nas już 5000 !!!