Serwis dla Polaków mieszkających w Niemczech

Rozdział pierwszy

 

Rozdział I

Pewnie was zdziwi kiedy powiem, że nie chciałem wyjeżdżać. Nie chciałem, i już. Cóż z tego, że koniec roku szkolnego, że wakacje, lato i w ogóle. Wszyscy wyjeżdżają? No to co. Niech jadą. Niech się pchają hurmem ma Mazury, sapiąc z gorąca zdobywają Giewont albo szczękają zębami w Bałtyku. Ja wolałem zostać w starych, przytulnych Cichopękach. 

Przyznaję, Cichopęki nie są wymarzoną miejscowością letniskową. Nie ma u nas ani szacownych zabytków, ani jezior, z braku morza nie wspominając już o piaszczystych plażach. Są tylko lasy i Parszywka, w której nawet od czasu do czasu ktoś się topi. Amatorzy wspinaczki także byliby rozczarowani, bo jedynym obiektem, który dumnie góruje nad naszym lokalnym horyzontem jest rozsypujący się komin opuszczonej fabryki eternitu. Poza tym najczęściej pada deszcz, a jeśli akurat nie pada, to tylko dlatego, że w radiu zapowiedzieli chwilowe przejaśnienia. Ale my, to znaczy cichopęcka ferajna, wiemy najlepiej, że nie ma bardziej klawego miejsca pod słońcem.

I właśnie dlatego za nic na świecie nie chciałem wyjeżdżać.

W wakacje każdy powinien robić to, na co ma ochotę. Nie mam racji? Naturalnie, że mam. Tylko spróbujcie wytłumaczyć to moim rodzicom. Oczywiście próbowałem sam. Pierwszy raz poruszyłem ów drażliwy temat jakiś tydzień przed planowanym wyjazdem. Może powinienem był zrobić to wcześniej, ale obawiając się reakcji na moją propozycję, zwlekałem do ostatniego momentu. Przyszedł jednak czas, w którym dalsze odkładanie pozbawione było sensu. Miałem do wyboru dwie możliwości: albo ze spuszczoną głową poddać się okrutnemu losowi, albo też działać. Wybrałem działanie, zresztą bez większych nadziei na powodzenie.

Siedzieliśmy akurat przy kolacji, kiedy rodzice znowu zaczęli swoje „Jak to dobrze, że niedługo masz przerwę w nauce, Rysiu” i „Cieszysz się, Rysiu?” i „Ciocia Felicja będzie wniebowzięta” i „Wiadrowo o tej porze jest tak piękne” i tak dalej. Jeśli interesuje was moje skromne zdanie, powiem z ochotą, co naprawdę myślę o cioci Felicji i jej pięknym Wiadrowie. Mam tylko przedtem jeden warunek: przynajmniej wy nie nazywajcie mnie Rysiem. Moje pełne imię brzmi Ryszard i każę wam wyjątkową wdzięczność jeśli będziecie je stosować w tej właśnie należytej formie. Nie jestem z niego specjalnie dumny, ale z pewnością jest lepsze od tego przeklętego Rysia, z którym jestem mniej więcej równie zaprzyjaźniony jak z odciskiem na pięcie. Jeżeli się zgadzacie, wracam do cioci Feli, u której spędzałem poprzednie wakacje, i poprzednie, i te przedtem też, i w ogóle chyba każde przed tymi przedtem, jak tylko daleko mogę sięgnąć pamięcią. Co gorsza, wszystko wskazywało na to, iż podobny los spotka mnie również tego roku. A jednak mimo nieprzychylnej prognozy postanowiłem zaryzykować. Ostatecznie nie miałem wiele do stracenia, bo do głowy nie przychodziło mi nic gorszego od dwóch miesięcy w Wiadrowie. Poza tym, jak mówią, los sprzyja odważnym. Odwagi wprawdzie trochę mi brakowało, ale w końcu jakoś zdołałem obudzić w sobie resztki walecznej krwi przodków i sięgając akurat po masło spytałem niby nigdy nic:

– Może zostanę?

Nikt mi nie odpowiedział, nikt nawet nie raczył spojrzeć w moją stronę. Rodzice byli zbyt pochłonięci perspektywą zbliżającej się podróży, aby zwracać uwagę na to, co działo się w otaczającym ich świecie, a przynajmniej przy stole. Pochyleni nad długą listą omawiali właśnie wymagający skompletowania ekwipunek. Zupełnie jakbyśmy jechali na bezludną wyspę, co może nie byłoby ostatecznie takie złe.

Romcio, mój młodszy brat, wykorzystał natychmiast nadarzającą się okazję i wlawszy sobie majonez za kołnierz, siedział dumny na swoim miejscu oczekując ewentualnych pochwał.

Chrząknąłem znacząco i powtórzyłem, wciąż nieśmiałym lecz nieco donośniejszym głosem:

– Może zostanę?!

Tym razem poskutkowało. Tata oderwał oczy od kartki papieru. Rozejrzał się nieprzytomnie po kuchni, a nie mogąc zlokalizować źródła irytujących go dźwięków, zwrócił się w końcu w moją stronę:

– Mówiłeś coś, Rysiu?

– Pytałem, czy mogę zostać w Cichopękach.

– Naturalnie – odpowiedział i wrócił do przerwanego zajęcia.

Westchnąłem. Jak ja to kocham, kiedy bierze się mnie poważnie. Przechyliwszy się przez blat stołu, pociągnąłem Tatę za rękaw. Spojrzał na mnie z miną archeologa, który w egipskim sarkofagu znalazł właśnie papierek po miętowej gumie do żucia.

– Pytałem, czy mogę zostać w Cichopękach – powtórzyłem z naciskiem.

– Jak to zostać?

– Po prostu – wyjaśniłem cierpliwie. – Zostać. Inaczej mówiąc, nie jechać, ale tkwić w pozycji wyjściowej czyli tu. Statycznie i bez zbędnej zmiany lokalizacji przestrzennej.

Tata otworzył usta i przełknął. Wyglądało na to, że próbuje przetrawić moją nieco zawiłą definicję pozostania na miejscu. Widocznie mu to nie wyszło, bo potrząsnął głową i poprawił sobie okulary – gest wskazujący na wyjątkowe zakłopotanie. Zakłopotani dorośli wyglądają zawsze niezmiernie komicznie. Postanowiłem oszczędzić mu przykrej sytuacji. Zamknąłem oczy, nabrałem powietrza do płuc i nie licząc się z konsekwencjami, wydeklamowałem bohatersko:

– Nie chcę jechać do Wiadrowa. Chcę jeden, jedyny raz spędzić wakacje w domu!

Gdyby nagle spod stołu wyskoczył pajac na jednokołowym rowerku i przyprawił rodzicom czerwone nosy z gumy, nie zrobiłby z pewnością większego wrażenia. W kuchni zapanowała grobowa cisza. Nawet Romcio przerwał faszerowanie swych uszu marynowanymi grzybkami i wpatrywał się we mnie rozszerzonymi ze zdumienia oczyma. Wpatrywała się również Mama. Jej surowe spojrzenie umocniło mnie tylko w przekonaniu, iż mój desperacki zryw z góry skazany był na niepowodzenie. Niepowodzenie to mało powiedziane.

Faktycznie szykowała się gigantyczna klęska. Czołem Atlantydo! Giń w przepastnych głębinach oceanu.

– Zostać w domu? – zapytała Mama przechylając lekko głowę na bok, jakby nie dosłyszała mego pytania.

Skinąłem twierdząco, zbyt wystraszony by wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk. Mama zwróciła oczy w stronę Taty, który jak się zdawało wciąż był psychicznie znokautowany. Niezdolny do podjęcia wymaganych działań myślowych, rozłożył tylko bezradnie ręce i spojrzał w sufit, jakby obiecywał sobie znaleźć tam wskazówkę wyjścia z niezręcznej sytuacji spowodowanej mym karygodnym wyczynem. Bo karygodny był on w rzeczy samej. Jak by na to nie patrzeć, powyższym śmiałym oświadczeniem wprowadziłem zamęt w sam środek przedwyjazdowej rutyny, stałem się powodem zgrzytu w naoliwionej maszynerii wakacyjnych planów, ością w doskonale przyrządzonej rybie, gwoździem w wypastowanym lakierku… Ale to jeszcze nic. Najgorsze było, że ośmieliłem się dokonać bezwstydnego zamachu na ustaloną od lat tradycję rodzinną. Sprzeciwić się wizycie u ciotki Felicji było u nas przewinieniem równym wysadzeniu w powietrze historycznej katedry. Bunt wzywający o pomstę do nieba! Przyznaję, że pod stołem zmiękły mi nogi. Na szczęście siedziałem na solidnym krześle.

– Czy można wiedzieć, co jest powodem tej szokującej decyzji? – zapytał wreszcie Tata. Czułem, że z trudem opanowuje drżenie głosu.

Cóż miałem mu odpowiedzieć? Od czego zacząć? Czy może od tego, że moi najlepsi kumple, Gnuś i Pałąk, zostawali w Cichopękach? Gnuś po prostu nie dysponował odpowiednimi środkami finansowymi, które pozwoliłyby na jakikolwiek dalszy wyjazd. Pałąk natomiast musiał się przygotowywać do grożącej mu coraz realniej sierpniowej poprawki z polskiego. Też pomysł! Rodzice nigdy nie darzyli ani Pałąka, ani tym bardziej Gnusia zbytnią sympatią, a wręcz określali ich krzywdzącym mianem hołoty. Gdybym zatem wyjawił, iż harce z hołotą przedkładam ponad towarzystwo ciotki Felicji, wpakowałbym się tylko w jeszcze gorsze tarapaty. Zdradzić więc, że mam po dziurki w nosie wakacji w Wiadrowie, a na samą myśl o ciotce Feli dostaję gęsiej skórki? Jeszcze lepiej! Dziękuję bardzo. Wolałem zwiesić głowę i milczeć.

Ciocia Fela stała się moją ciotką przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności, który uczynił ją siostrą mojej Mamy. Niestety nie miałem najmniejszego wpływu na wybór familijnego personelu, jako że

przyszedłszy na świat zastałem wszystkie stanowiska bliższych lub dalszych krewnych już obsadzone, a na jednym z nich właśnie rozpartą ciotkę Felicję. Możecie pomyśleć, że jestem okrutnym niewdzięcznikiem, ale gdyby było to możliwe, natychmiast wymówiłbym cioci Feli posadę w naszej rodzinie, przynajmniej po to, aby nie spędzać kolejnych wakacji w jej gospodarstwie w Wiadrowie. Zresztą w gruncie rzeczy nie mam nic przeciwko samej miejscowości. Jest zupełnie niebrzydka, w porównaniu z szarymi Cichopękami nawet naprawdę ładna, pełna obrośniętych malwami domów z czerwonej cegły, powykrzywianych sosen i innych takich krajobrazowo-malowniczych elementów. Poza tym do morza jest tylko kilometr, a do lasu jeszcze bliżej. Chłopaki z Wiadrowa też są w porządku, chociaż naszej ferajnie oczywiście do pięt nie dorastają. Pomysłów na zabawę trochę im brakuje, ale ostatecznie trzeba ze zrozumieniem pokiwać głową. Nie mają w końcu takich warunków jak my by puszczać wodze fantazji. Wiadomo, prowincja. Wszyscy się znają i spróbuj coś zmalować, a już tego samego wieczoru pół wsi z sołtysem na czele melduje się na ganku i pokazuje na ciebie oskarżycielskimi palcami.

Tak więc w gruncie rzeczy wyjazd do Wiadrowa byłby jeszcze do wytrzymania. Powtarzam: byłby. Ale Wiadrowo to nie tylko las i morze, nie tylko wiejska sielanka i takie tam staromodne sprawy. Wiadrowo to przede wszystkim ciocia Fela, która wisi nad wszystkim jak pękata czarna chmura.

Myślicie, że przesadzam? Z waszej perspektywy moja niechęć do ciotki wydaje się pewnie mało przekonywująca, wręcz śmieszna. Z Pałąka także wszyscy się naśmiewali kiedy twierdził, że przed wejściem do klasy trzęsą mu się ręce i dostaje nerwowej wysypki. Aż któregoś razu zaatakowały go takie dreszcze, że dyrektor osobiście wezwał karetkę pogotowia. Wysypka też w pewnym sensie go dopadła – wysypały mu się co prawda nie krosty na twarzy, ale papierosy z kieszeni. Pewnie pod wpływem ogólnego rozedrgania i wibracji. Na szczęście w powszechnym zamieszaniu umknęło to uwadze ciał pedagogicznych, które zaintrygowane hałasem nadciągnęły od strony pokoju nauczycielskiego. Może zwędził je w porę drugoroczny Zbych, prezes klasowego koła CCK, czyli Cichopęckiego Czerwonego Krzyża? Przypominam sobie jak pochylał się nad Pałąkiem, niby pod pozorem zrobienia mu masażu serca, co już samo w sobie wydało mi się nietypowe, ponieważ Zbych nigdy przedtem nie palił się do udzielania komukolwiek pierwszej pomocy. Twierdzi, że godność

specjalisty jego rangi pozwala mu wkraczać do akcji wyłącznie w przypadkach beznadziejnych i wymagających wyższych kwalifikacji pielęgniarskich. Kwalifikacje Zbycha polegają na elektrowstrząsach. Nosi przy sobie zawsze napędzane korbką podręczne dynamo zaopatrzone w dwa kolorowe kable i z ochotą reanimuje wszystkich, których na podstawie sobie tylko znanych reguł klasyfikuje jako przypadki beznadziejne.

Tak więc rozsypane papierosy w niejasny sposób usunęły się w porę z pola widzenia ciał pedagogicznych, oszczędzając Pałąkowi dodatkowych przykrości. Przybyły lekarz dość szybko i (ku niekrytemu rozczarowaniu szkolnej gawiedzi) bez elektrowstrząsów przywrócił Pałąka do stanu jako takiej używalności, po czym ogłosił, że chory znajduje się w stanie ostrej zapaści alergicznej. Wspominał wprawdzie o pyłkach, kurzu i innych wchodzących w rachubę czynnikach, ale my wszyscy – to jest kumple Pałąka – wiedzieliśmy natychmiast, co było przyczyną niedomagania naszego przyjaciela. Pałąk miał alergię na szkołę. Lekarz musiał także coś podejrzewać, zalecił bowiem tygodniowe zwolnienie z zajęć, co też ofiara przyjęła kolejną – tym razem wyraźnie radosną – serią drgawek.

Potwierdzeniem naszych przypuszczeń były odwiedziny w domu Pałąka kilka dni po wspomnianym wydarzeniu. Otworzył nam drzwi w niedopiętej na brzuchu pasiastej piżamce, zmieniony nie do poznania. Dreszcze ustąpiły jak ręką odjął. Był rozpromieniony i nawet przytył parę kilogramów. Radość jego była jednak natury krótkotrwałej. Po powrocie do szkoły nauczyciele wzięli go natychmiast do takiego galopu, że gdzieś między przepytywaniem z chemii, a klasówką z polskiego zgubił wszystkie symptomy alergii razem z drżeniem rąk i wysypką.

Historię tę opowiadam wyłącznie po to, aby zasugerować wam ewentualne wyjaśnienie mojego braku entuzjazmu wobec wizji spędzenia kolejnych wakacji w towarzystwie ciotki Feli. Obawiam się po prostu, że mam na nią najprawdziwszą w świecie alergię. Mówiąc inaczej, jestem na ciotkę uczulony. Dotychczas nie mogę się wprawdzie uskarżać na jakiekolwiek ataki konwulsji, ale kiedy pomyślę o całym mrożącym krew w żyłach rytuale powitalnym, inaugurującym zwykle nasz pobyt w Wiadrowie, cierpną mi plecy.

Jak głosi przedwojenne wydanie lekarskiego poradnika

reakcji alergicznych. Może być też wprawdzie wywołane kilkoma innymi chorobami, w tym co najmniej trzema nieuleczalnymi, wersja uczuleniowa wydaje mi się jednak najbardziej wiarygodna. Bo wyobraźcie sobie następującą scenę i zobaczymy czy w duchu nie przyznacie mi racji, iż pociąga ona za sobą równie niemiłe odruchy jak skrobanie paznokciami po suchej tablicy: wjeżdżamy na zakurzone podwórze, zakręcamy przed starą studnią i ledwie samochód zdoła się zatrzymać obok ganku, a już szarżuje w naszym kierunku ciocia Fela. Czasem nie szarżuje tak od razu, bo nie słyszy naszego przybycia. Wtedy trzeba zatrąbić. Najpierw w oknie poruszy się haftowana firanka, potem otworzą się z hukiem drzwi i na zewnątrz wypadnie… kto? Bingo! Naturalnie ta sama ciocia Fela, pędząc niczym dźgnięty szpikulcem hipopotam. I dalejże obcałowywać: Mamę ze łzami w oczach i głośnym cmoknięciem, Tatę bez łez, ale też z cmoknięciem, Romcia z przesadną ostrożnością (z Romciem trzeba się obchodzić jak z kremowym ciastkiem, zwłaszcza gdy się należy do kategorii wagi superciężkiej), no i na końcu – o zgrozo – mnie.

Ze mną jest zresztą zawsze najwięcej zamieszania. Po całej wstępnej serii obowiązkowych cmoknięć przychodzi ugniatanie wraz z wałkowaniem. Na kilka chwil znika się w obfitych objęciach. Gdy już braknie tchu i pozbawiona tlenu świadomość rozpływa się niczym dno w zmąconej kałuży, ciocia Fela rozwiera wreszcie ramiona by zręcznym chwytem za policzek wydobyć podduszoną ofiarę z głębin kwiecistej sukienki na światło dzienne. Następnie przychodzi czas na grożące wstrząsem mózgu czochranie oraz ogólnocielesne obmacywanie. Wszystko to przy akompaniamencie kompromitujących uwag pod adresem mojej Bogu ducha winnej budowy fizycznej: „Ale ten nasz Rysio bladziutki i chudziutki i taki wystraszony. Jaka mizerna buzia. Jakie cienkie rączki. To karygodne! Co oni z wami w tej szkole robią?”

Cóż mam odpowiedzieć? W szkole jak to w szkole, ciociu. Nawet

okazjonalne podlewanie kwiatków. „Ależ ten chłopiec jest kompletnie zestresowany!” – zauważył na mój widok. – „Jak to dobrze, że wkrótce będzie mógł nareszcie odpocząć od książek.”

Z pewnością doktor Dłubak jest dobrym lekarzem, chociaż tylko chirurgiem plastycznym. W końcu faktycznie byłem zestresowany. Mylił się jednak, i to zasadniczo, co do powodu mojego pożałowania godnego stanu. Odpocząć od książek?! Gdyby zobaczył worek lektur, które zabrałem wtedy nad morze, opadła by mu szczęka. Wszystkie one miały mi właśnie pomóc odpocząć od cioci Feli i odzyskać nadwątloną w wyniku zmartwienia kondycję fizyczną.

Ciotce Felicji nigdy bym się oczywiście nie zwierzył, że to właśnie jej skromna persona jest głównym powodem mego nadwątlonego zdrowia, choćby mnie nie wiem jak język świerzbił. Nikt bowiem nie zaprzeczy, że z natury jestem chłopcem dobrze ułożonym i kulturalnym. No może ktoś taki by się w końcu znalazł, ale to już inna historia. Na razie wracam do wspomnianych książek.

Zapytacie, czy to nie strata czasu przesiadywać z nosem w zadrukowanym papierze, podczas gdy wokół rozpościerają się lasy, woda i inne tego typu atrakcje, które wymiętoszonego mieszczucha z Cichopęków powinny wprawić w stan najwyższej radości? Święta racja, lecz nie znacie jeszcze reszty prawdy o naszej gospodyni. Wspomniałem już chyba, iż w opinii Mamy, ciocia Felicja ma być podobno wniebowzięta na mój widok. Powiem wam w najgłębszej tajemnicy: podejrzewam, że ciotkę Felę wniebowzięło już dawno. Szkoda tylko, że do tej pory nie znalazła drogi powrotnej na ziemię i buja sobie beztrosko gdzieś w międzyplanetarnych przestworzach. Na dodatek jest ona – jak z pogardą mówi Gnuś – fanatycznym pożeraczem zieleniny, to znaczy odżywia się wyłącznie pokarmem, który ma liście. Mniejsze lub większe, ta kwestia nie gra roli, grunt żeby były.

Nie jest to bynajmniej zasadniczy powód mej niechęci do ciotki Felicji, chociaż Gnuś byłby na pewno innego zdania. Ale trzeba oczywiście wziąć poprawkę na to, że Gnuś jest pod względem spożywania warzyw wyjątkowo drażliwy. Wynika to z faktu, iż jego rodzice posiadają wędzarnię oraz pawilon mięsny. Obydwie szacowne niegdyś placówki stoją dziś na granicy bankructwa, a to z powodu głośnej na całe Cichopęki afery higienicznej, której przyczyną był zresztą sam Gnuś. Zapałał on kiedyś nierozważnie głębokimi uczuciami do starszej od nas o rok Eli Wągier, wioślarki CZESIA, to jest Cichopęckiego Zrzeszenia Sportowców Amatorów. Zapisał się nawet na treningi,

niby to pod pozorem zdobywania tężyzny fizycznej. W kajaku nigdy go wprawdzie nie widziano, przesiadywał za to regularnie nad rzeką, wpatrzony w popisy Eli Wągier. Z wpatrywania tego wynikło w końcu to, że ku swej nieopisanej radości, Gnuś został zaproszony do państwa Wągrów na oficjalny obiad i przedstawiony rodzicom Eli jako jej kolega z klubu. Tu jednak zaczęła się katastrofa. Gnuś jest istnym specjalistą od katastrof. Poza tym, jak już wiecie, jest on również zażartym wrogiem zieleniny. Niestety, obydwie właściwości dały o sobie znać tego feralnego dnia.

Zaraz na wstępie, ledwie przekroczywszy próg mieszkania, zamiast kwiatów wręczył pani Wągrowej kilo cielęciny zwędzone ukradkiem ze sklepu ojca. Matka Eli była nieco zdumiona, oryginalny podarunek jednak przyjęła. Podczas posiłku Gnuś bez uprzedniej kontroli spałaszował nieroztropnie dwa mielone kotlety, pierożki z mięsem i szaszłyk na patyku. Do deseru nigdy nie doszło, okazało się bowiem, że pierożki z mięsem były w istocie pierożkami z kapustą, a w dodatku szaszłyk był przekładany cebulą. Dowiedziawszy się o tym z ust pani Wągrowej, nie mającej o antyjarzynowej manii swego młodego gościa bladego pojęcia, Gnuś dostał napadu czkawki i musiał w trybie przyspieszonym udać się do toalety. Stamtąd zawstydzony uciekł przez okno, a ponieważ toaleta znajdowała się na pierwszym piętrze, o mały włos nie skręcił karku.

Na domiar złego, przyniesioną w zastępstwie kwiatów cielęcinę charakteryzował ponoć zaawansowany stan ogólnego powierzchownego zapleśnienia. Jak głosi plotka, po rozpakowaniu emitować nawet miała nieapetyczne wonie, które wywołały natarczywe odruchy wymiotne u pani Wągrowej. Z braku dostępu do zamkniętej przez Gnusia od wewnątrz toalety, odruchy wymiotne pani Wągrowej zmuszone były znaleźć ujście w miejscu zaimprowizowanym, to jest w doniczce z palmą. Jednym słowem totalna afera.

Pech chciał, że ojciec Eli był zaprzyjaźniony z inspektorem Badziewiarzem, odpowiedzialnym za stan higieniczny, tudzież sanitarny cichopęckich punktów sprzedaży artykułów spożywczych. Inspektor Badziewiarz, postrach okolicznych sklepikarzy, za namową pana Wągra dwa dni po tragicznym w skutkach obiedzie złożył nieoczekiwaną wizytę w wędzarni należącej do ojca Gnusia. W rezultacie zasłużona ta placówka została zamknięta aż do usunięcia – jak pisało w publicznym ogłoszeniu – „poważnych niedociągnięć sanitarnych”. W tajemnicy przed Gnusiem wyznam wam, iż nie

była to decyzja niesprawiedliwa. Powiem nawet więcej: określenie „poważne niedociągnięcia” uważam za wyjątkowo delikatny sposób określenia faktycznego stanu higienicznego wędzarni. Jak by nie było, usuwanie owych niedociągnięć, czyli najzwyklejsze w świecie gruntowne sprzątanie, trwało dwa tygodnie. Niestety, w tych czasie kontrolę nad cichopęckim rynkiem mięsnym przejęła konkurencyjna rodzina Flajszerów, do tej pory specjalizująca się jedynie w wąskiej gałęzi parówkowej. Stała klientela zaczęła omijać sklep należący do Gnusia seniora i konsekwentnie omija do dzisiaj, mimo zakrojonej na szeroką skalę kampanii reklamowej. I pomyśleć, że wszystko przez jedną nadpleśniałą cielęcinę. Gnusiowi w każdym razie nieźle się dostało. Trudno się dziwić, że w jego opinii każdy wegetarianin tylko czyha na okazję, aby ze stoiska z wędlinami zrobić kwiaciarnię, a na miejscu wędzarni urządzić hodowlę pieczarek.

Jeśli chodzi o mnie, nie mam nic przeciwko osobistym gustom kulinarnym. Kłopot polega jednakże na tym, iż ciocię Felę cechują zaostrzające się z roku na rok skłonności do nawracania mięsożerców. Dopóki przejawiało się to wręczaniem wszystkim krewnym i znajomym publikacji typu

Do Cichopęków wróciłem tak zielony, że Gnuś nie chciał za mną przez tydzień rozmawiać. Za to zaraz na początku roku szkolnego dostałem zasłużoną piątkę z wygłoszonego na lekcji biologii referatu na temat fotosyntezy, czyli praktykowanej przez rośliny techniki pozyskiwania energii z promieni słonecznych. Przywra – nasza nauczycielka – nie kryła swego zdumienia w obliczu zaprezentowanej

przeze mnie wiedzy. Zawsze mówiłem, że sucha teoria na nic się nie przydaje. Nie ma to jak własne doświadczenie.

Wracajmy do mojej kuchennej rozmowy z rodzicami. Nie mam zresztą na ten przykry temat zbyt wiele do dodania. To znaczy do dodania byłoby jeszcze dużo, lecz chcę wam oszczędzić opisu niesmacznych scen, mogących zgorszyć każdego kulturalnego czytelnika. Dość jeśli powiem, że tego wieczoru przewinęła się przez nasze mieszkanie istna burza, w porywach przybierająca postać trąby powietrznej. Grzmiało i dudniło na całą kamienicę, aż dziw bierze, że sąsiedzi nie powiadomili policji. Pewnie tylko dlatego, że za zasługą perkusisty Jacka Walenia z trzeciego piętra wszyscy są albo zahartowani akustycznie, albo zwyczajnie mniej lub bardziej przygłusi. Gdyby nie przyglądający się wszystkiemu Romcio, który z wrażenia zakrztusił się kawałkiem jabłka i wymagał pilnych zabiegów reanimacyjnych, nie wiem czy dzisiaj czytalibyście te zapiski. Kwadrans po przejściu nawałnicy znalazłem się w moim pokoju dowiedziawszy się uprzednio, że jestem pozwalającym sobie na zbyt wiele bezczelnym pętakiem. Jeśli chodzi o powód całej awantury, to plan wspólnego wyjazdu – co zresztą nietrudno wydedukować – nie uległ najmniejszej zmianie. Już wkrótce miało się jednak okazać, że mój osobisty anioł stróż najwyraźniej podzielał mą niechęć do ciotki Felicji i postanowił w radykalny sposób zadbać o nasze wspólne pozostanie w Cichopękach.

Dlaczego nie chciałem wyjeżdżać z Cichopęków – Wprowadzam zamęt w tradycję rodzinną – Ciotka Felicja – Złe skutki romansów Gnusia – Kto lubi łuskany bób – Awantura przy kolacji

Medyk domowy, który był niegdyś własnością mojej babki, i który wygrzebałem niedawno w piwnicy, cierpnięcie pleców zalicza się do typowych oni są po odpowiednich zabiegach oswajających zupełnie do wytrzymania. Czego bym im nie zarzucił, na pewno nie jest winą nauczycieli, że tydzień przed rozpoczęciem wakacji nie mogę zwykle ani zmrużyć oka, ani też przełknąć porządnego kęsa. Stres, moi drodzy, autentyczny stres. Nie wierzycie? Taką diagnozę postawił doktor Dłubak, mieszkający po sąsiedzku chirurg plastyczny, którego rodzice rok temu przed wyjazdem do (oczywiście) Wiadrowa zaprosili do nas na kolację, żeby podziękować za obiecany dozór mieszkania oraz Z kapustą przez życie lub Na troski – fasola albo Droga do szczęścia wiedzie przez groszek, wszystko było do zniesienia. Ciocia Fela spozierała wprawdzie z obrzydzeniem na nas, spożywających soczystego hamburgera albo pizzę nadziewaną obficie plasterkami szynki i czasami nie mogła powstrzymać tej czy innej krytycznej uwagi, ale chcąc nie chcąc tolerowała obecność artykułów mięsnych w swojej kuchni. Dwa lata temu wszystko się zmieniło. Ciotka zaraz na wstępie oświadczyła, że wskaże nam prawidłowy szlak wiodący do zdrowego żywienia, co też uczyniwszy obróciła swe złowróżbne słowa w czyn i zaserwowała na powitanie miskę gotowanego bobu. Łuskaliśmy przez cały wieczór. Łuskaliśmy też następnego dnia i jeżeli dobrze pamiętam, całe wakacje upłynęły głównie na łuskaniu. Pod koniec drugiego miesiąca bobowej diety zacząłem ukradkiem oglądać wieczorami stopy, czy aby nie zapuszczam korzonków.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

polonia-serwis.de

1 rok 8 miesięcy temu

Jest nas już 5000 !!!