Serwis dla Polaków mieszkających w Niemczech

Rozdział piąty

 

Rozdział V

Czy wspominałem już wcześniej o perkusiście Jacku Waleniu z naszej kamienicy? To ten, który mieszka nade mną, a dokładniej w pionie nad mieszkaniem emerytów Cicheckich, sąsiadujących z nami drzwi w drzwi. Właściwie została już tylko wdowa Cichecka. Jej mąż, były inżynier, zmarł w tajemniczych okolicznościach. Pan Cichecki pracował kiedyś w międzynarodowym koncernie gazowym i w związku z tym dłuższy czas spędził w Chinach, budując rurociągi oraz szyby wiertnicze. Tam właśnie zafascynowała go kultura mnichów buddyjskich, do tego stopnia, że dla relaksu sam zaczął uprawiać medytację. Przywiózł do Cichopęków mnóstwo egzotycznych posążków, kadzideł i innych instrumentów rytualnych, którymi przystroił swój gabinet, a całą kamienicę doszczętnie zakadził. Miał z tego powodu trochę nieprzyjemności, szczególnie gdy pewnego dnia dozorczyni, podrażniona dymami wydostającymi się spod progu mieszkania pastwa Cicheckich, kichnęła tak potężnie, że aż poślizgnęła się na mokrej ścierce do zmywania schodów i wybiła 

szości mieszkańców było podbite oko pana Warchonia z parteru, który z braku latarki szukał po omacku i nadział się w ciemności na rurę kanalizacyjną.sobie zęby o poręcz. Wypadek ten nie wpłynął wprawdzie zbytnio na jej urodę, ale na pewno zaszkodził jej portmonetce. Wszystko przez to, że wybite zęby były złotymi koronami. Niestety nigdy nie udało się ich odnaleźć. Dozorczyni twierdziła, że spadły do piwnicy, lecz jedynym rezultatem kilkugodzinnych poszukiwań z udziałem więk

Poza tym godnym pożałowania incydentem wszyscy zatkali nosy i starali się tolerować poczynania sąsiada, gdyż pan Cichecki był bardzo sympatyczny i z racji swej specjalności zawsze chętnie pomagał przy rozmaitych awariach. W dodatku jego zapas kadzideł szczęśliwie szybko się wyczerpał. Ponieważ w tym czasie był już na emeryturze i nie wyjeżdżał budować gazociągów w Chinach, nie mógł zaopatrzyć się w nowe. Kamienica powoli wywietrzała, a wszyscy odetchnęli z ulgą, pełnymi piersiami i bez tamponów z waty w nosie.

Sielanka nie trwała jednak długo. Na jesieni, około dwóch tygodni przed śmiercią pana Cicheckiego, który nie przewidując zbliżającej się siedmiomilowymi krokami katastrofy najspokojniej w świecie uprawiał sobie swą codzienną porcję ćwiczeń medytacyjnych (to znaczy siedział na środku dużego pokoju ze splecionymi nogami, pogrążony w rozmyślaniach na tematy duchowe), przed naszą kamienicę zajechała z fasonem ciężarówka przedsiębiorstwa przewozowego i wysiadł z niej Jacek Waleń. Nie byłby to jeszcze powód do niepokoju, gdyby nie fakt, iż w ślad za nim dwóch osiłków wydobyło z czeluści samochodu opakowane w szary papier podejrzane przedmioty, przypominające kształtem wielkie kotły. O tym, że kotły były w istocie elementami składowymi perkusji dowiedzieliśmy się tego samego wieczoru, kiedy nowy lokator z werwą przystąpił do popisów muzycznych. Większość sąsiadów potraktowała nocne grzmocenie z przymrużeniem oka (czy też ucha), wychodząc z założenia, że Jacek Waleń kontroluje tylko, czy sprzęt nie uległ uszkodzeniu podczas przeprowadzki. Gdy jednak kontrola przeciągnęła się także na drugi, trzeci, czwarty i piąty wieczór, kilkuosobowy komitet protestacyjny, odziany w piżamy i naprędce narzucone na plecy szlafroki udał się pod drzwi na trzecim piętrze. Udał się i utknął przed trudnym do rozgryzienia orzechem: jak zwrócić na siebie uwagę perkusisty, który najwyraźniej przeżywa akurat moment artystycznego uniesienia. Pukać, powiecie? Dzwonić? A może wystrzelić z pistoletu? Jeśli chodzi

o ostatnią możliwość, to równie dobrze można od razu wypalić sobie w głowę. Drzwi i tak pozostaną zamknięte. Wprawdzie nikt z moich sąsiadów w głowę sobie nie strzelił, ale podejrzewam, że byli temu desperackiemu posunięciu bliżsi niż kiedykolwiek wcześniej. Ani pukanie, ani dzwonienie, ani też dobijanie się pięściami nie przerwało choćby na moment popisów Jacka Walenia. Po kwadransie delegacja, chcąc nie chcąc, zstąpiła do łóżek, gdzie każdy z osobna i na własny sposób próbował zatkać sobie haniebnie pokalane uszy.

Prawie katastrofą zakończyła się ingerencja straży pożarnej, wezwanej następnej nocy. Ponieważ próby dotarcia do mieszkania od frontu ponownie zakończyły się niepowodzeniem, dzielni strażacy rozstawili drabinę, która bez kłopotu sięgnęła trzeciego piętra. Komendant Węgielski osobiście wdrapał się do otwartego na oścież okna perkusisty. Gdy sięgał już prawie parapetu, z wewnątrz rozległo się mrożące krew w żyłach uderzenie talerzy. We wszystkich oknach zadrżały szyby. Co gorsza, zadrżał też stalowy hełm ochronny pana Węgielskiego. W ślad za hełmem zaczęła drżeć drabina, a potem cały samochód strażacki. Słyszałem kiedyś, że tupiący rytmicznie oddział żołnierzy byłby teoretycznie w stanie wprawić w niebezpieczne wibracje najsolidniej skonstruowany most. Może wydaje się to mało prawdopodobne, ale też nigdy bym wcześniej nie uwierzył, że można przy pomocy perkusji strącić kogoś z drabiny. Do tego na szczęście nie doszło, bo przytomni strażacy natychmiast ściągnęli swego komendanta na ziemię, ale jak słyszałem od Romka Węgielskiego, który chodzi ze mną do szkoły, jego ojcu wypadły tej nocy prawie wszystkie plomby. Poza tym dostał chronicznej migreny i coś mu się przesunęło w kręgosłupie.

Policji też nie poszło lepiej. Przybyły radiowozem młody kapral w nowiutkim mundurze wkroczył sprężystym krokiem na klatkę schodową i podobno dotarł nawet w okolice drugiego piętra. Niezłe osiągnięcie jak na nowicjusza. Tu jednak, na schodach, powitała go seria druzgocących łomotów, od których natychmiast urwały mu się wszystkie guziki na brzuchu, błyszczący wcześniej daszek czapki zmatowiał, a aluminiowy orzełek odwrócił się nogami do góry, podwinąwszy uprzednio skrzydełka. Poza tym oczywiście niewiele wskórał. Wetknął tylko do skrzynki pocztowej Jacka Walenia wypisany drżącą ręką mandat za zakłócanie ciszy nocnej i tyle go widzieliśmy. Więcej nie przyjechała już ani straż pożarna, ani policja. Gdy ktoś z sąsiadów podawał nasz adres dzwoniąc na posterunek albo do remizy, zawsze

okazywało się, że wszystkie radiowozy są akurat nieosiągalne drogą radiową, a strażacy gaszą właśnie rozprzestrzeniający się pożar siana w jednej z okolicznych wsi.

Przybyli również Świadkowie Jehowy, a po nich nawet proboszcz naszej parafii. Tych pierwszych widziałem osobiście: dwie elegancko ubrane panie umykające w popłochu przed echem Waleniowej perkusji. Czy pojawiły się z własnej woli, czy też zostały specjalnie sprowadzone, tego już nie wiem. Wiem natomiast, że proboszcza, jako ostateczną deskę ratunku, poprosiła o wizytę dozorczyni. Mimo nadziei pokładanych w interwencji duszpasterza, godzinne zaklinanie na wycieraczce najwyraźniej nie przyniosło żadnego rezultatu, poza tym, że od pamiętnej wizyty ksiądz niedosłyszy i w konfesjonale trzeba mówić głośno. To pożałowania godne upośledzenie ma poważne konsekwencje, a mianowicie znaczący spadek liczby spowiedzi. Większość wiernych po prostu wstydzi się wykrzykiwać swe grzechy wobec zgromadzonych w kościele znajomych.

Jak widzicie, Jacek Waleń ma na sumieniu nie tylko pozbawionych snu sąsiadów, ale również kilka dusz, które pośrednio w wyniku jego nocnych brewerii będą miały poważne problemy stanąwszy ostatecznie przed obliczem Stwórcy. Obawiam się, iż na jego koncie figuruje też szanowany przez wszystkich pan Cichecki, wielbiciel spokoju i medytacji. Nieszczęśliwego staruszka pożegnaliśmy wkrótce po wprowadzeniu się uciążliwego sąsiada i – jak twierdzi ogół mieszkańców – nie bez jego winy. Otóż owej feralnej soboty, zaraz po śniadaniu, emerytowany inżynier przystąpił właśnie do swych codziennych medytacji, gdy piętro wyżej niespodziewanie rozbrzmiały dźwięki perkusji. Mówię niespodziewanie, ponieważ do tej pory Jacek Waleń trzymał się ściśle ustalonego harmonogramu: mieszkańców terroryzował nocą, poranki spędzał w wannie, dnie przesypiał w stanie zbliżonym do powypadkowej utraty świadomości, a popołudniami wymykał się do położonego na peryferiach Cichopęków motelu „Don Bongo”, gdzie przygrywał w barze do obiadu i kolacji. Swoją drogą ciekawe jak trawienie gości znosiło ów muzyczny akompaniament. Chyba nigdy się nie dowiem, bo w motelu nocują głównie kierowcy długodystansowych ciężarówek, którzy ewentualnych efektów ubocznych spożywania pokarmu w rytmie perkusji pozbywają się dopiero na poboczu szosy gdzieś poza granicami miasta. Około dziesiątej Jacek Waleń ustępował miejsca grupie saksofonistów i udawał się do domu, gdzie sąsiedzi szykowali już rozmaite, mniej lub bardziej przemyślne

zatyczki do uszu (nawiasem mówiąc czynność tyleż nieestetyczna co mało skuteczna, a wręcz niebezpieczna jeśli wziąć pod uwagę przykład córki pana Warchonia, której laryngolog przez godzinę wydłubywał kiedyś z małżowiny resztki balonowej gumy do żucia). Około pół do jedenastej na trzecim piętrze rozlegało się złowróżbne trzaśnięcie drzwi, a niecały kwadrans później rozpoczynały się nad naszymi głowami conocne ćwiczenia, trwające punktualnie do piątej rano.

Toteż nic dziwnego, iż nieszczęsny emeryt doznał szoku, gdy znienawidzone łomoty rozbrzmiały w samym środku dnia. Tragicznym zbiegiem okoliczności odbyło się to w najmniej stosownym momencie, kiedy pan Cichecki pogrążony był akurat w stanie duchowego obnażenia. O ile dać wiarę zapewnieniom buddyjskich mnichów, medytacja ma na celu otwarcie ciała na kojące wpływy natury. Najwyraźniej w zacisznych Himalajach nikt nie przewidział jednak niebezpieczeństw związanych z egzystencją fanatycznych perkusistów. Efekt tego karygodnego zaniedbania okazał się tragiczny. Wystarczyło jedno przeraźliwe uderzenie, by Bogu ducha winny emeryt niczym rażony gromem i z wytrzeszczonymi oczyma padł nieprzytomny na dywan. Przybyły lekarz stwierdził już tylko zgon, jako najbardziej prawdopodobną przyczynę podając nie wykryte w porę schorzenie serca. Myślicie, że ktoś potraktował tę diagnozę poważnie? Zdaniem mieszkańców śmierć powszechnie lubianego sąsiada miała zupełnie innego winowajcę. Schorzenie? W pewnym sensie tak. Tyle, że raczej natury socjalnej. Złośliwy nowotwór, który zagnieździł się na trzecim piętrze. Wstrząsał posadami. Kruszył tynki. I teraz na domiar złego zaczął zbierać okrutne żniwo, którego pierwszym kłosem stał się pan Cichecki.

Zmartwiony muzyk tłumaczył z początku, iż feralne uderzenie było niezamierzonym dziełem przypadku, dokładniej mówiąc potknięcia się o porzucony w bezładzie kapeć. Szybko rozpoznał jednak bezowocność swych wyjaśnień i roztropnie zaczął schodzić wszystkim z drogi. Może zobaczył w oczach sąsiadów ten sam morderczy błysk, który i ja w następnych dniach z niepokojem obserwowałem w przepełnionych nienawiścią spojrzeniach, wędrujących ukradkiem ku oknom Waleniowego mieszkania. W dodatku po kamienicy zaczęły krążyć wpierw nieśmiałe, potem coraz bardziej natarczywe głosy, nawołujące do publicznego pogromu (jeżeli nie samego perkusisty, to przynajmniej jego przeklętego instrumentu). Sytuacja była naprawdę krytyczna. Jedna jedyna iskra wystarczyłaby, aby wysadzić

w powietrze przysłowiową beczkę prochu, jaką po tragicznym zajściu z udziałem pana Cicheckiego stał się nasz dom. Prędzej czy później Jacek Waleń, jeśli nawet nie zostałby gromadnie zlinczowany, to najprawdopodobniej znalazłby się na bruku w towarzystwie zdruzgotanej perkusji.

Na szczęście wkrótce nastąpiło wydarzenie, które całkowicie odmieniło stosunki sąsiedzkie. Co najważniejsze, w jego wyniku uciążliwy muzyk z pozycji wroga numer jeden awansował do roli obiektu powszechnego podziwu, uwielbienia i wdzięczności. Tak, właśnie wdzięczności. Ale o tym opowiem przy najbliższej okazji. Jak widzę historia znowu wymknęła mi się spod kontroli, a przecież perkusistę Walenia wspomniałem tylko z po to, żeby wyjaśnić dlaczego jak gdyby nigdy nic spałem sobie na krześle w mieszkaniu Zbycha, podczas gdy ktoś coraz natarczywiej dobijał się do drzwi wejściowych. Nie, wcale nie z powodu słabego słuchu. Na jego stan szczęśliwie nie mogę narzekać. Zresztą dosyć już niedosłyszących w tej opowieści. Po prostu mój organizm z biegiem czasu zaadaptował się do nocnych improwizacji na perkusji, czyli rozwinął umiejętność daleko idącego lekceważenia wszelkich monotonnych stukotów i bębnień. Dotyczy to niestety również dźwięków emitowanych przez nauczycieli, które na ewentualnej skali monotonności zajmowałyby prawdopodobnie ekstremalną pozycję, oznaczoną dla ostrzeżenia grubą czerwoną farbą. Szczególnie wyspecjalizowałem się w lekceważeniu wywodów naszego matematyka, przez co kilkakrotnie musiałem karnie pocić się przy tablicy nad sprowadzeniem do wspólnego mianownika wyjątkowo mało skłonnych do kooperacji ułamków, które mimo moich usilnych starań definitywnie nie chciały mieć ze sobą nic wspólnego. I jak tu wytłumaczyć, że to nie ja jestem winien, tylko mój nietypowo zaadoptowany organizm?

Gdy wreszcie otworzyłem oczy, drewniana framuga trzeszczała pod nawałem uderzeń. Ktokolwiek był na korytarzu, musiał najwyraźniej od dłuższego czasu bezskutecznie próbować zwrócić na siebie uwagę, rozpoczynając zapewne od kulturalnego pukania, następnie stopniowo nasilając swe wysiłki wprost proporcjonalnie do czasu bezowocnie spędzonego na wycieraczce. Jak długo to trwało, nie wiem. Gdy tuż przed zaśnięciem spojrzałem przypadkowo w okno, słońce prażyło wprost przez szybę. Pamiętam doskonale, że podświetlony jego promieniami kurz, który jako uboczny produkt naszego gipsowania masowo unosił się w powietrzu, przypominał plankton

w zaniedbanym akwarium. Teraz natomiast w pokoju panował przyjemny chłód. Długie cienie wypełzły ze swych mrocznych kryjówek i leniwie przeciągały na ścianach zdrętwiałe plecy.

Kolejna seria łomotów w drzwi postawiła mnie ostatecznie na nogi. Chciałem powiedzieć: na nogę. Zupełnie zapomniałem o nowo nabytym opatrunku, który natychmiast i nad wyraz ochoczo przypomniał o sobie sam, a uczynił to dość brutalnie gruchnąwszy o podłogę. Zwykły gips pewnie rozpadłby się od uderzenia w drobny mak i całą aferę miałbym z głowy, nie bez ulgi zresztą. Ale jak już wiecie, tkwiłem zanurzony po kolano w cementowym bloku, który zdążył nabrać konsystencji granitowej skały. W rezultacie zadrżały tylko kryształy w kredensie, nie wspominając o moich zębach.

– Już idę! – krzyknąłem w stronę korytarza i podpierając się o meble, pokuśtykałem w kierunku wejścia. Ani na myśl mi nie przyszło ostrzeżenie Zbycha, abym za żadne skarby nie wpuszczał nikogo do mieszkania, szczególnie zaś przyjaciółek jego babki. Być może ta część zawartości mojego nadwyrężonego wypadkami dnia mózgu wciąż jeszcze znajdowała się na kawałku ziemi niczyjej, rozpościerającym się pomiędzy snem a jawą. Jedyne o czym pomyślałem, to że sam Zbych zatrzasnął drzwi, zapomniawszy zabrać ze sobą klucze i teraz piekli się na klatce schodowej. Bo i był też najwyższy czas! Sądząc po tym, że słońce zdążyło się schować za sąsiedni blok, przespałem dobrą godzinę. W tym czasie można było dojść do szkoły i z powrotem podskakując na jednej nodze, w dodatku tyłem.

Jakież więc było moje zdumienie, gdy przekręciwszy zamek ujrzałem na korytarzu nie znajome twarze moich kumpli, lecz zupełnie mi obcą jejmość w kwiecistej sukience i z wielkimi okularami w rogowej oprawce na nosie. Odruchowo cofnąłem się w głąb mieszkania. Klatkę schodową rozświetlało tylko małe zabrudzone okienko na półpiętrze, które w dodatku przysłaniały rosnące na zewnątrz stare kasztany. Panował na niej wieczny półmrok i patrząc z przedpokoju, stojąca przed drzwiami sylwetka do złudzenia przypominała fotografię z artykułu o badaniu mumii egipskich promieniami Rentgena, który z nudów przeglądałem niedawno w jakimś czasopiśmie. Te same zasuszone rysy, ta sama skóra, pomarszczona jak na zapomnianej w głębi tornistra pomarańczy, wystające kości policzkowe i spiczasty nos. Może tylko okulary się nie zgadzały, ale poza tym zupełnie jakbym stał twarzą w twarz z ożywioną w niepojęty sposób zawartością starożytnego sarkofagu. Mógłbym wręcz przysiąc, że poczułem wątły

zapach zbutwiałych bandaży, chociaż gdy zastanawiam się nad tym teraz, w spokoju i na trzeźwo, dochodzę do wniosku, że był on raczej efektem typowych wyziewów piwnicznych, a może nawet wyłącznym produktem mojej własnej wyobraźni. Wyobraźnia, moi drodzy, to bardzo podstępna rzecz, szczególnie gdy nieroztropnie dopuścić ją do głosu na mrocznych klatkach schodowych. W mig wyskakuje ze swej kryjówki jak pajac z pudełka i zanim zdążycie ją wetknąć z powrotem, naplecie wam do ucha najgorszych bzdur, które mają tę brzydką cechę, że bzdurami okazują się dopiero później. W danej sytuacji brzmią natomiast zupełnie przekonywująco. W moim przypadku podstępna wyobraźnia natychmiast wykorzystała nadarzającą się okazję do swawolnych harców i zaserwowała mi scenę ze starego, czarno–białego filmu, którego fragment widziałem kiedyś w telewizji. Wielka, zrujnowana sala we wnętrzu piramidy. Po kamiennych ścianach skaczą płomienie lampki oliwnej, załamując się tu i ówdzie na powykrzywianych twarzach wapiennych posągów. Brodaty archeolog pochyla się nad ciemnym wnętrzem bogato zdobionego grobowca, dłonią odgarnia warstwy kurzu z białej postaci na jego dnie, aż tu nagle…

Lodowate szpony zacisnęły się na mojej szczęce, zmuszając ją do otwarcia na całą szerokość!

– Aaaa! – zawołałem najgłośniej jak tylko mogłem, co nie było znowu tak specjalnie głośno, bo ze strachu zatkało mi dech.

Mumiopodobna jejmość w rogowych okularach zgarbiła się nade mną i zajrzała mi z nieukrywanym interesem w głąb jamy ustnej.

– Czy ty aby nie masz przodozgryzu, dziąsełko moje? – zapytała zachrypniętym głosem.

Próbowałem wciągnąć mój zgryz możliwie do tyłu, ale choćbym nie wiem jak się starał, tkwił on wciąż uparcie w stalowym objęciu kościstych palców, które jak się domyśliłem, musiały należeć do osławionej pani Żuchwil.

– Chodź no mój drogi do światła i otwórz szeroko buzię – powiedziała pani Żuchwil, popychając mnie w głąb mieszkania. Przestąpiła próg i tu natrafiła stopą na moją usztywnioną nogę.

– A cóż to ma być? – zapytała zdumiona, lewą dłonią unosząc okulary na czoło.

– Yyps – wybełkotałam, z ustami rozwartymi jak u nadzianej na hak ryby.

Pani Żuchwil dopiero teraz zorientowała się, że wciąż unieruchamia

moją szczękę i cofnęła atletyczne ramię. Jak na osobę w podeszłym wieku miała istnie stalowy chwyt, zapewne wytrenowany w trakcie wieloletniej praktyki w usuwaniu spróchniałych zębów. Z ulgą roztarłem obolałe policzki, szczęśliwy, że ewentualne wady zgryzu zeszły, przynajmniej chwilowo, na drugi plan. O, jak bardzo przedwczesna miała się okazać moja radość.

– To jest gips, proszę pani – wyjaśniłem. – Ja właśnie muszę jechać natychmiast do szpitala na kontrolę i tylko czekam na kolegów…

– Do szpitala mówisz? – pani Żuchwil spojrzała z respektem na moją zabetonowaną nogę.

– Do szpitala – pokiwałem smutnie głową. – Wszystko wskazuje na to, że niestety wystąpiły nieprzewidziane powikłania.

– Powikłania?

– Inaczej mówiąc komplikacje pozabiegowe. Najwyraźniej kość nie zrasta się prawidłowo i przez to… – zawahałem się na moment, bo do głowy nie przychodziło mi nic, co mogłoby być konsekwencją źle zrastającej się kości – …i przez to nietypowo swędzi – dokończyłem wreszcie.

– To się świetnie składa!

– Świetnie? – zaniepokojony zamrugałem powiekami.

– Wręcz doskonale, robaczku. Ja właśnie, widzisz, przyszłam zapytać czy pani Mahoniowej nie potrzeba żadnych pigułek…

– Pani Mahoniowej nie ma w domu – przerwałem. – Pojechała na zebranie działkowiczów, żeby odebrać puchar na kompost. To znaczy

– …żadnych pigułek ze szpitala, bo ja tam zaraz jadę i ty przy okazji pojedziesz ze mną.

Ale się wpakowałem! Trzeba było siedzieć cicho, jak Zbych przykazał i nie otwierać drzwi. I jak ja się teraz wymigam? Licho nadało tę babę!

– To bardzo uprzejmie z pani strony – wybąkałem. – Ale mnie odprowadzi starszy kolega. On tu zaraz powinien być. Pani go zna, to Zbyszek, wnuk pani Mahoniowej.

Miałem nadzieję, że osoba Zbycha wzbudzi zaufanie emerytowanej dentystki. W efekcie pogrążyłem się jeszcze głębiej, bo gdy tylko wspomniałem jego imię, pani Żuchwil z irytacją uniosła brwi.

– Ten gałgan?

– Ależ proszę pani! – zawołałem z udawanym oburzeniem, chociaż w głębi duszy zgadzałem się stuprocentowo z wygłoszoną opinią.

– Zbyszek jest powszechnie szanowanym prezesem klasowego koła Cichopęckiego Czerwonego Krzyża, a w dodatku lubianym przez wszystkich kolegą i…, i w ogóle.

O mały włos nie przeholowałem w przyozdabianiu Zbycha w kolorowe piórka i nie powiedziałem „prymusem”. Szczęśliwie w ostatnim momencie ugryzłem się w język. Zbych, widzicie, ma niechęć do nauki wypisaną na twarzy i wmawianie komukolwiek, kto chociaż raz widział go na oczy, że ma do czynienia z typem piątkowym, mogłoby co najwyżej uchodzić za niezbyt udany żart. Tym bardziej, że osławiona dentystka bynajmniej nie robiła wrażenia osoby naiwnej lub o rozumowaniu przytępionym zaawansowanym wiekiem. Wręcz przeciwnie, zdawała się wyjątkowo trzeźwo stąpać po ziemi. Żeby tylko stąpać! Raczej poruszała się jak czołg, bezlitośnie druzgocąc i obracając w gruz wszystko na swej drodze. Przerażony rozpościerającą się przede mną panoramą zniszczenia skuliłem się odruchowo i przywarłem plecami do chropowatego muru, czując jak stalowa lufa napierającego pojazdu coraz silniej wierci mi dziurę w brzuchu.

– Ty chyba kpisz sobie za mnie, robaczku?!

Otworzyłem oczy i ze zdumieniem stwierdziłem, że wciąż jestem w przedpokoju Zbychowego mieszkania, a ostry przedmiot uciskający mi żołądek to w rzeczywistości palec pani Żuchwil, która wpatrywała się we mnie złowróżbnym wzrokiem. Jej metalicznie błyszczące źrenice kręciły się bezustannie jak dwa czarne wiertła stomatologicznej maszyny do borowania.

– Ten człekokształtny małpolud bez cienia rozsądku miałby odpowiadać za twoje bezcenne zdrowie? – moja oprawczyni rozłożyła ramiona na znak najwyższego uniesienia. – Czy zdajesz sobie sprawę z tego, jak ważna jest pielęgnacja kości?

Mruknąłem coś niewyraźnie. Wstyd mi było przyznać, że nie miałem jakoś dotychczas okazji zadumać się nad rolą kości, ani tych wypielęgnowanych, ani też zaniedbanych.

– Kości, mój drogi… – ciągnęła tymczasem pani Żuchwil natchnionym głosem – …są przedłużeniem zębów! Są rusztowaniem unoszącym nasze drogocenne zgryzy i pozwalającym im spełniać przewidzianą przez naturę rolę żucia! Tak jak bezzębne dziąsła mogą sobie co najwyżej bezradnie pomlaskać, niezdolne do rozgryzienia twardej rzeczywistości, tak i nasze ciała, pozbawione swego fundamentu, oklapłyby niczym pomięte spodnie od piżamy, w których pękła życiodajna gumka i które w poniżeniu plączą się nikomu niepotrzebne wokół stóp!

Bez kości bylibyśmy bewzładnymi odwłokami, wijącymi się bezsilnie pośród wszystkich tych przyziemnych paskudztw, które po deszczu tuzinami wylegają ze swych nędznych nor! To one przynoszą chlubę naszemu gatunkowi czyniąc z nas inteligentnych gryzoni! Kości, uważaj, kości są szkieletem!

Wypowiedziawszy ostatnie zdanie, jak na mój gust niezbyt odkrywcze, ale w każdym razie w patetyczny sposób przypieczętowujące nagły wybuch oratorski, pani Żuchwil dla dodania swym słowom odpowiedniego wydźwięku, zamarła w wyniosłej pozie na środku przedpokoju. Nie śmiałem się poruszyć, by broń Boże nie przerwać uroczystej ciszy. Gdy jednak minęło dobre pół minuty i w dodatku podgipsowe swędzenie na nowo dało mi się we znaki, chrząknąłem znacząco. Emerytowana dentystka oderwała zamglone oczy od sufitu i zwróciła się ponownie w moją stronę:

– Widzisz zatem, że za nic na świecie nie mogę pozwolić, abyś w twoim poważnym stanie wpadł w ręce nieokrzesanego troglodyty! Bóg wie, co zdążył już z tobą zrobić!

„Ależ nic, proszę pani” – pomyślałem. – „Oprócz tego, że osobiście mnie zagipsował, a raczej zabetonował.” Zaraz też wyobraziłem sobie osłupiałą minę pani Żuchwil, gdybym powiedział to na głos i mimo dramatyczności całej sytuacji ogarnęła mnie trudna do opanowania ochota wybuchnięcia śmiechem. W pierwszej chwili chciałem sobie zatkać dłonią usta, ale zaraz potem pomyślałem, iż podobny gest mógłby zostać fałszywie zinterpretowany jako oznaka bólu zębów, a wolałem by ewentualne wady mojego zgryzu pozostały możliwie najdłużej tam gdzie były, to znaczy w zapomnieniu. Dlatego też zamiast zasłaniać sobie twarz ręką, pochyliłem się do przodu aż moja broda dotknęła klatki piersiowej. Nachalny śmiech nadal pchał się na zewnątrz, tym razem przez nos, ku mojemu przerażeniu wydałem nawet kilka nieestetycznych odgłosów przypominających smarkanie. W ostatnim akcie ratunku napiąłem wszystkie mięśnie i przykucnąłem na wykładzinie z plecami wciąż opartymi o ścianę przedpokoju. Pani Żuchwil obserwowała to wszystko z przerażeniem.

– Ty naprawdę masz powikłania, mój drogi!

– Na… naprawdę – potwierdziłem opanowawszy się trochę i kantem dłoni otarłem z policzków łzy. – Chyba muszę się położyć, proszę pani.

Odwróciłem się w kierunku pokoju Zbycha i już miałem odejść, gdy znane mi kościste szpony ponownie zacisnęły się na moim ramieniu.

– Nie ma mowy! Natychmiast jedziemy do szpitala. To nie żarty, robaczku! – i zanim zdążyłem się zorientować, pani Żuchwil wypchnęła mnie na schody. W ostatnim akcie desperacji uchwyciłem się klamki. Na nic. Drzwi mieszkania zatrzasnęły się tylko z hukiem, a zaraz potem moje wilgotne od potu palce ześlizgnęły się zdradziecko i bez większego oporu z gładkiego aluminium. Złapałem z kolei oburącz za poręcz. Również ona nie była wiele warta jako punkt zaczepienia. Po prostu trzymany wprawnym chwytem, zostałem porwany w głąb mrocznej klatki schodowej ciągnąc za sobą kurczowo zaciśnięte ręce, które w kontakcie z wytartą plastikową okładziną poręczy wydawały nieprzyjemny dla ucha pisk.

Dotarliśmy w ten sposób prawie na parter, gdy wtem z dołu dało się słyszeć trzaśnięcie bramy. Zaraz potem na schodach zadudniły wspinające się z mozołem kroki i zza zakrętu wynurzył się najpierw ogromnych rozmiarów szklany słój, a zaraz potem obejmujący go rozpostartymi ramionami łysawy osobnik w zbyt długim, pomiętym płaszczu z postawionym na sztorc kołnierzem. Na pierwszy rzut oka przypominał szpiega albo tajnego detektywa ze starych kryminałów amerykańskich, na których wszyscy łypią ukradkiem spod kapeluszy i mówią nie wyjmując cygar z ust. Wrażenie psuło jedynie dźwigane przez niego z wyraźnym wysiłkiem naczynie, samo w sobie godne uwagi ze względu na imponujące parametry tudzież pojemność. O podobnym słoju marzyłem bezskutecznie jeszcze kilka lat temu, kiedy zapanowała moda na zabawy w kosmonautów. Wiadomo, nikt nie wyrusza w nieprzyjazną przestrzeń międzyplanetarną bez odpowiedniego nakrycia głowy. W naszym przypadku rolę takową spełniały zazwyczaj improwizowane hełmy, skonstruowane naprędce ze starych kartonowych pudełek z wyciętym otworem zaklejonym przezroczystą folią. O tym, że w zdradliwej próżni kosmicznej nie gwarantowały one należytego stopnia bezpieczeństwa, przekonał się najlepiej syn piekarza z sąsiedniej ulicy, Maciek Buła, który pewnego razu został celnie ugodzony „meteorytem” w sam wizjer, w wyniku czego przy akompaniamencie istnie nieziemskiego wycia ewakuował się bezzwłocznie do domu, z pomiętym pudłem po sokowirówce na głowie i zakrwawionym nosem.

Obiektem ogólnego podziwu był wówczas dumny właściciel oryginalnego hełmofonu – pękaty chłopak, na którego wszyscy wołali Bąbel. Hełmofon, jak twierdził, dostał w prezencie od brata czołgisty. Gdy założył jeszcze do tego przyciemniane narciarskie gogle, wy

glądał jak prawdziwy łowca sputników. Jego kariera zakończyła się jednak dosyć szybko. Któregoś popołudnia w rejony naszej galaktyki zawitał zdenerwowany brat Bąbla, kapral wojsk pancernych, któremu spod czapki wystawały zwoje przybrudzonego bandaża. Nie licząc się wcale ze stanem bezwładności, wyciągnął bohaterskiego astronautę za nogę z kapsuły lądowniczej (dla niepoznaki skrzętnie zakamuflowanej jako blaszany pojemnik na śmiecie) odebrał mu hełmofon i na odchodne zdzielił go w obnażone ucho. Pozbawiony w tak radykalny sposób swego rynsztunku pechowy kosmonauta wyznał nam potem ze wstydem, że hełmofon wykradł potajemnie z walizki brata, gdy ten gościł na kilkudniowej przepustce w domu. W efekcie Bąbel starszy spędził cały następny tydzień na poligonie, obijając gołą głową o dach i ściany czołgu, bo zapas hełmofonów zastępczych akurat się wyczerpał.

Ile dałbym wtedy za taki słój, na tyle duży, aby dał się zaadaptować do odpowiedzialnej roli futurystycznego kasku! Kiedyś podebrałem nawet z kuchni szklaną miskę na owoce. Miała idealny, okrągły kształt i – jak mi się wydawało – wystarczająco szeroką dziurę. Niestety pomyliłem się w kalkulacjach. Nieznacznie wprawdzie, lecz wystarczająco, aby miska utknęła mi na wysokości brwi. Wtedy właśnie rodzice zaznajomili się bliżej z doktorem Dłubakiem, chirurgiem, o którym już pisałem. Potem trochę żałowałem, że doktor Dłubak jest taki pozbawiony fantazji. Skoro miska i tak tkwiła już do połowy na mojej głowie, mógł równie dobrze wcisnąć ją głębiej, zamiast zdejmować. Wyobrażacie sobie jaką furorę zrobiłbym na podwórzu? Wszyscy zzielenieliby z zazdrości, na czele z zarozumiałym Tadziem Stękaczem, który od czasu zakończenia panowania hełmofonu Bąbla starał się brylować kloszem starej lampy. Szerszy koniec dawał się bez kłopotu nałożyć aż po szyję, podczas gdy górna obręcz spoczywała na czole. Niestety, mimo skądinąd niezłego pomysłu, przebranie to wzbudzało raczej powszechną wesołość niż zamierzony podziw i ostatecznie przyniosło posiadaczowi niezbyt chwalebne przezwisko Żarówa. Złośliwi wtrącali nawet, że chodzi o żarówę przepaloną, bo w przypadku Stękacza nikt nigdy nie widział chociażby najmniejszego blasku inteligencji. Jak nietrudno się domyślić, skończyło się na tabunowych pogoniach za pomysłowym astronautą pod hasłem „Wykręcamy Żarówę!”, uprawianych z takim entuzjazmem wśród podwórkowego bractwa, że sezonowo zdominowały wręcz zabawy w loty kosmiczne – przynajmniej do czasu, gdy Stękacz został wreszcie dostatecznie nagwintowany oraz wykręcony.

Spojrzałem z rozrzewnieniem na łysego osobnika w płaszczu, który na widok pani Żuchwil i mnie, zatrzymał się z jedną stopą na półpiętrze, a drugą na przedostatnim stopniu. Po chwili wahania wykonał nagły ruch, jak gdyby chciał obrócić się na pięcie i pomaszerować z powrotem na dół. Podczas tego skomplikowanego manewru stracił na kilka sekund równowagę. Trzymane przez niego naczynie brzęknęło ostrzegawczo o ścianę. Widząc beznadziejność sytuacji, uśmiechnął się przepraszająco i przywarł plecami do kaloryfera, ustępując nam z drogi.

Pani Żuchwil, przecisnąwszy się pomiędzy słojem a poręczą, mimochodem rzuciła rutynowe spojrzenie na jego wargi, lekko rozchylone w przyspieszonym wspinaczką oddechu. Zapewne w celu dokonania dogłębniejszych oględzin zgryzu pochyliła się nawet do przodu, w odpowiedzi na co łysawy osobnik natychmiast ukrył twarz za trzymanym kurczowo słojem, którego szkło upodobniło jego rysy do napojonej wodą mineralną ropuchy.

Akurat w tym momencie palce ześlizgnęły mi się z poręczy. Gdybym nie podparł się o powierzchnię schodów, niechybnie rozkwasiłbym sobie nos o podest. Potencjalny pacjent natychmiast wykorzystał nadarzającą się okazję i obejmując swój ładunek, wielkimi susami popędził w górę. Kiedy mnie mijał, z kieszeni płaszcza wypadło mu sitko na długiej plastikowej rączce, trochę większa wersja tych, jakie używa się czasem do parzenia herbaty albo odcedzania mętów z zupy. Pewnie nawet nie zdążył się zorientować, bo ani na chwilę nie przystanął by podnieść zgubę.

– Proszą pana! – zawołałem. W odpowiedzi doszedł mnie tylko oddalający się tupot.

Podniosłem sitko ze schodów i niezdecydowany obejrzałem je ze wszystkich stron. Wydzielało nieprzyjemną woń mułu rzecznego zmieszanego z gnijącą rzęsą. Pomyślałem, że pewnie było często używane do przyrządzania różnych paskudnych nalewek ziołowych, znanych mi z licznych pobytów u ciotki Felicji.

– Dziwny typ. Na pewno miał paradontozę – powiedziała pani Żuchwil, wciąż wpatrzona tęsknym wzrokiem w ślad za zbiegiem.

Oczami wyobraźni ujrzałem małego czerwonego diabełka z widłami w opalonej ogniem dłoni, który zasiadł po turecku na jej lewym barku i kuszącymi słowami zachęcał, by natychmiast rzuciła się w pościg za możliwością ulżenia swej niezaspokojonej pasji stomatologicznej. Zdumiałem się nieco, gdy niespodziewanie obrócił swą

rogatą główkę w moją stronę i wykonał uspokajający gest na znak, że wszystko idzie jak trzeba i niedługo powinienem być wolny. Ale wcale nie szło, bo obok dostrzegłem równie niedużego, złotowłosego aniołka z lirą, wyśpiewującego w okolicach prawego ucha pani Żuchwil smętne ballady o obowiązku wobec nieletniego kaleki. Co jakiś czas spozierał na mnie ukradkiem i złośliwie puszczał oko. Raz nawet, w przerwie między jednym uderzeniem w struny a drugim, przytknął sobie pulchny kciuk do różowego nosa i zafalował skierowanymi w górę palcami. Najwyraźniej drań kpił sobie za mnie w bezczelny sposób! Zamachnąłem się sitkiem. Ja mu dam nieletniego kalekę! Niech nie pcha swego świętobliwego nosa w sprawy, które go nie dotyczą! Wredny aniołek zwinnie uniknął uderzenia, przefrunął na drugą stronę i z zaskoczenia zdzielił diabełka lirą między rogi. Ten zaś jedną ręką złapał się za guza na czole, podczas gdy drugą z rozmachem cisnął widłami w intruza. Z braku stabilnego punktu oparcia rzut był niecelny. Aniołek zarechotał obrzydliwie i złożywszy skrzydełka wzdłuż rozwianej sukienki, zaatakował bezbronnego przeciwnika lotem nurkowym. Diabełek chciał umknąć za dekolt pani Żuchwil, lecz zanim osiągnął kryjówkę, zaplątał się we własny ogon. Zamachał kilkakrotnie pokrytymi szczeciną małymi ramionami, a gdy wyglądało na to, że odzyskuje równowagę, tuż nad głową przeleciał mu z wyciem zestrzelonego bombowca aniołek. Urwana struna liry okręciła się wokół jednego rogu. Diabełek poślizgnął się na syntetycznej tkaninie sukienki, wierzgnął bezradnie kopytkami, po czym z siarczystym przekleństwem na sczerniałych od smoły wargach runął na ziemię, gdzie rozprysnął się niczym czerwona bańka mydlana. Jęknąłem rozczarowany. Uporawszy się z konkurencją, agresywny aniołek wybrzdąkał na lekko pogruchotanym instrumencie kilka ostatnich żałosnych tonów, mających obudzić w pani Żuchwil opiekuńcze instynkty wobec mojej osoby, by wreszcie z piskliwym chichotem dać nura w mrok klatki schodowej. Zanim zniknął pokazał mi jeszcze język. Zawrzałem ze złości!

Tymczasem pani Żuchwil, powróciwszy ostatecznie do rzeczywistości (czy to w wyniku anielskiej kampanii propagandowej, czy też mojego zamaszystego machnięcia sitkiem, którego trajektoria o mało nie zetknęła się z jej uchem), spojrzała na mnie wyjątkowo opiekuńczym wzrokiem, od którego przeszyły mnie lodowate kolce. W ostatniej chwili wetknąłem koniec rączki plastikowego sitka do tylnej kieszeni spodni.

– Jak się czujesz, dziąsełko moje?

– Fatalnie – odparłem możliwie mizernym głosem. – Chyba nie dam rady dojść do przystanku autobusowego.

– Ależ mój drogi! Przecież ja ciebie zawiozę samochodem. Ani przez myśl by mi nie przeszło narażać cię na podróż środkami komunikacji publicznej. Ktoś mógłby ci przecież nadepnąć na nogę!

„Albo ja komuś!” – pomyślałem zrezygnowany i pokuśtykałem w dół, podtrzymywany krzepkim objęciem kościstego ramienia.

Jacek Waleń – Terror akustyczny w kamienicy – Nieudane interwencje – Smutny przypadek emeryta Cicheckiego – Oko w oko z mumią – Kilka uwag na temat kości – Osobnik ze słojem – Kto lata w kosmos z gołą głową – Pani Żuchwil w rozterce.

za kompost.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

polonia-serwis.de

2 tygodni 1 dzień temu

polonia-serwis.de shared a link.