Serwis dla Polaków mieszkających w Niemczech

Rozdział drugi

 

Rozdział II

Awantura w kuchni odbyła się w piątek wieczorem. W sobotę rano wymknąłem się ukradkiem z domu i pomaszerowałem do sklepu mięsnego. Gnuś jak zwykle krzątał się na zapleczu z zakrwawionym toporkiem w ręku. W wyniku znanej wam już afery sanitarnej zobowiązał się odrobić szkody, które zadał firmie i od tej pory większość wolnego czasu spędza porcjując kiełbasę. 

– Nic z tego – powiedziałem, nie witając się.

– Nie możesz zostać? – Gnuś odłożył toporek i przetarł ręce w kiedyś zapewne biały fartuch, który spowijał go od stóp do głów i jeszcze w dodatku ciągnął się po ziemi.

Poza niskim wzrostem Gnuś charakteryzuje się raczej trudnym do opisania wyglądem. Wyobraźcie sobie wszystkich ludzi na ulicy zmiksowanych w jedną postać i macie obraz Gnusia. Zupełnie pospolity, zwykły i nie rzucający się w oczy. Taki jest Gnuś. A to, że nazywamy go Gnusiem, zawdzięcza pamiętnej lekcji polskiego,

ciętnie wyrobiony językowo. Te właśnie zdolności oratorskie Gnuś natychmiast puścił w ruch gdy powiedziałem, że z mojego pozostania podczas której pani Świerzboń publicznie określiła go mianem chłopca gnuśnego i leniwego. Od tej pory wszyscy zapomnieli o Marku i ochrzcili go Gnusiem. To zresztą nieprawda, jakoby Gnuś był gnuśny i leniwy. W rzeczywistości jest bardzo oczytany i zna się na rzeczy. Oczytanie zawdzięcza nawiasem mówiąc swej posadzie w sklepie rodziców. W wolnych chwilach, pozbawiony innych rozrywek Gnuś sięga po składowane w kącie stare gazety, które służą do zawijania mięsa. Sięga i z nudów czyta. Od czasu gdy zaczął tak sięgać, zagina wszystkich swą wiedzą polityczną, sportową i w ogóle w szerokim znaczeniu. Zazwyczaj wiedza Gnusia jest wprawdzie przeterminowana, bo gazety są sprzed tygodnia albo i jeszcze starsze, ale nie robi mu to różnicy ponieważ, jak twierdzi, percepcja zdarzeń z perspektywy upływającego czasu wpływa pozytywnie na dogłębną refleksję. Naprawdę tak mówi, jeżeli nic nie przekręciłem. Widzicie teraz, że dzięki makulaturze jest nie tylko oczytany, ale też i nieprzew Cichopękach najprawdopodobniej będą nici.

– Sytuacja przybiera stopniowo dramatyczny obrót – stwierdził ze smutkiem, a potem, jakby na przekór temu, co przed chwilą o nim napisałem, zaklął siarczyście i zgoła nie gazetowo.

Pokiwałem głową, chociaż w moim przekonaniu sytuacja nie przybierała żadnego obrotu. Raczej tkwiła uparcie w jednym miejscu, niczym kalosz w błocie.

– Nic się nie da zrobić?

Tym razem wykonałem głową ruch przeciwny do kiwania, to znaczy pokręciłem przecząco. Gnuś westchnął.

– Wykorzystałeś wszystkie środki perswazji?

– Wszystkie, na jakie mnie stać – odparłem.

– Eh, ty z twoją perswazją – lekceważąco machnął ręką.

Już miałem powiedzieć, że chciałbym go widzieć na moim miejscu, ale w porę ugryzłem się w język. Mam pewne obawy czy praca w sklepie mięsnym i ciągły kontakt z krwią nie mają aby negatywnego wpływu na usposobienie mojego przyjaciela. Gnuś tymczasem podrapał się w czuprynę.

– Chyba muszę wkroczyć osobiście.

Zadrżałem. Osobiste wkraczanie Gnusia nie wróżyło nic dobrego. Jak już chyba wspominałem, jest on istnym magnesem ściągającym wszelakie katastrofy. Wolałem zatem by Gnuś trzymał się w tle.

Jednak z drugiej strony wisiała nade mną wizja ciotki Felicji i wakacji w Wiadrowie…

– Wkroczyć?

– Wkroczyć. Inaczej mówiąc, zastosować metody radykalne.

– Jak bardzo radykalne? – zapytałem, spoglądając nerwowo na porzucony w kącie toporek.

– Zależy – odparł mrużąc tajemniczo oczy. – Najpierw musimy się naradzić w szerszym gronie – dodał i zręcznym ruchem ściągnął przez głowę poplamiony fartuch.

Tylnymi drzwiami wydostaliśmy się na ulicę i podreptaliśmy w kierunku mostu na Parszywce w celu rozszerzenia naszego grona o osobę Pałąka. Pałąk mieszka wraz z dziadkiem, krową i dwudziestoma kotami za rzeką, w miejscu gdzie właściwie kończą się już Cichopęki, a zaczynają łąki, rozpościerające się aż do wsi Warząchew. Z okna pokoju Pałąka, szczególnie kiedy trawa jest wysoka i wieje wiatr, łąki te przypominają wzburzony ocean, z którego tylko raz po raz wyłania się wieża odległego kościoła. Zupełnie jak w tym znanym wierszu o azjatyckich stepach, którego nauczenie się na pamięć zatruło mi kilka wieczorów.

Kiedy byliśmy mniejsi i po głowach pałętały nam się jeszcze takie szczeniackie zabawy, usadawialiśmy się czasami na ganku i udawaliśmy, że jesteśmy załogą hiszpańskiego galeonu, który w drodze do Ameryki utknął pośród wodorostów morza Sargassowego. Najczęściej kończyło się na sprzeczce Gnusia z Pałąkiem o to, kto z nich ma być Kolumbem. Podczas gdy kłótnia eskalowała do najzwyklejszej bójki i obydwaj niedoszli odkrywcy okładając się wzajemnie pięściami padali na podłogę, ja przejmowałem ster i ruszałem na własną rękę przez falujące odmęty ku nieznanym lądom.

Niekiedy udawało się nam zawrzeć kompromis. Na szczęście przewidująca historia w połączeniu z geografią, która pokryła trzy czwarte powierzchni ziemi wodą, zadbały o to, aby nikt nie uskarżał się na niedostatek legendarnych wilków morskich. Mieliśmy więc do wyboru cały poczet zdobywców. Obok rozchwytywanego Kolumba figurowały w nim takie osobistości jak Magellan albo kapitan Cook. Rola tego ostatniego zwykle przypadała w udziale mojej skromnej osobie, ponieważ został on skonsumowany przez ludożerców i nikt się jakoś specjalnie nie palił, aby pójść w jego ślady. Tak zatem zdarzało się, iż stawaliśmy ramię w ramię oparci dumnie o drewnianą poręcz, komenderując statkami, które zmierzały w zgoła odmienne strony świata.

Podczas gdy Gnuś przysłaniał dłonią oczy wypatrując brzegów upragnionego El Salvadoru, a Pałąk zmagał się ze zdradzieckimi prądami wokół przylądka Horn, ja brałem kurs na Polinezję i porośnięte palmami kokosowymi malownicze atole. Ostatecznie zresztą kierunek nie był istotny, bo przed każdym z nas rozpościerał się ten sam zielony bezkres, za którym kryła się dawno już odkryta Warząchew.

Tego ranka widok łąk nie wywołał w nas tęsknoty za żeglugą w egzotyczne kraje. Może dlatego, że zmoczona nocnym deszczem trawa wcale nie robiła wrażenia wyniosłego oceanu. Raczej wyglądała jak wyrwany do odpowiedzi uczeń, który nie ma bladego pojęcia o czym jest aktualnie mowa w klasie, bowiem w momencie gdy padło jego nazwisko pogrążony był akurat w nie cierpiących zwłoki interesach z sąsiadem z ławki.

Gnuś szedł z rękami w kieszeniach i zadumany kopał od czasu do czasu leżące na drodze kawałki żużlu. Myśl, że prawdopodobnie układa właśnie genialny plan, który doprowadziłby do mojego pozostania w Cichopękach, napawała mnie pewną otuchą. Przyznaję jednak, że była to otucha wątła, gdyż nie wydawało mi się, aby w obliczu zapadłej decyzji wyjazdu do Wiadrowa nawet najgenialniejsze plany Gnusia mogły być cokolwiek warte.

Pałąka w domu nie zastaliśmy. Za to na progu o mały włos nie stratował nas rozgorączkowany staruszek w gumiakach, rozchełstanej koszuli i z widłami w ręku.

– W samą porę przyszliśta, chłopaki – wykrzyknął mijając nas w biegu.

– Wiecie dziadku gdzie jest Pał…, to znaczy Jasiek? – zapytał Gnuś.

Jasiek to właśnie Pałąk, a raczej jego oficjalne imię, o którym i tak wszyscy dawno już zapomnieli, podobnie jak o tym, że Gnuś to w rzeczywistości Marek. Pałąkiem został bynajmniej nie z racji swego wzrostu, ani też zgiętej postury, chociaż faktycznie jest z nas najwyższy, a nawet trochę się garbi. Mimo to zarówno jego wysokość jak i pochylona sylwetka mieszczą się w granicach normy i nikomu nie przyszło dotąd do głowy uczynić je powodem jakiegokolwiek przezwiska. Pod względem wyglądu zewnętrznego Pałąk jest taki sam jak Gnuś i jak całe Cichopęki, a mianowicie zwyczajny, pospolity, taki jak trzeba. Jest to jednak zwyczajność podstępna i powierzchowna, służąca do maskowania prawdziwego oblicza. Pałąk to istny mistrz w tej dyscyplinie i trzeba przyznać, że skrywanie oblicza doprowa

dził do perfekcji. Jego skrytość, szczególnie w sprawach dotyczących materiału szkolnego, spotyka się niestety z notorycznym niezrozumieniem ze strony nauczycieli. Doszło w rezultacie do tego, iż stał się klasowym liderem w kolekcjonowaniu jedynek oraz dwój, których niemiły, pałąkowaty kształt znany jest zapewne każdemu z was. Stąd ów zasłużony przydomek, wymawiany przez szkolne bractwo z pełnym szacunkiem dla jego posiadacza, czyli samego Pałąka.

Dziadek, nie odpowiedziawszy na pytanie Gnusia, popędził w kierunku stodoły. Ruszyliśmy za nim. Tuż obok bramy obrócił się na pięcie i wykrzyknął w naszą stronę:

– Chytajta grabie abo co i pomóżta łapać!

– Łapać Jaśka?! – zdumiał się Gnuś.

– Jaśka tysz, cholernika jednego! – odparł dziadek. – Ale wpierw łaciatą!

Zrozumieliśmy tylko tyle, że w gospodarstwie miały miejsce bliżej niejasne zajścia, w które zamieszani byli dziadek, krowa i najwyraźniej Pałąk. Ten ostatni zdawał się grać we wszystkim kluczową, acz niekoniecznie zaszczytną rolę. Na powagę sprawy wskazywał fakt, iż wspomniane wcześniej dwadzieścia kotów profilaktycznie dało dyla czyli ulotniło się z zasięgu dziadkowych wideł. Spojrzeliśmy na siebie. Gnuś wzruszył ramionami, złapał opartą o ścianę szuflę do węgla i pognał w ślad za rozgorączkowanym staruszkiem. Rozejrzałem się dokoła. Grabi nigdzie nie było. Po ziemi poniewierał się tylko zardzewiały rondel na długiej rączce. Gnuś gwizdnął na mnie zniecierpliwiony. Nie mając nic lepszego do wyboru, zdecydowałem się w końcu na ten rodzaj broni i z mieszanymi uczuciami popędziłem za resztą towarzystwa.

Tymczasem dziadek dobiegł już do skraju łąki. Tu zagrała w nim krew starego partyzanta, dla którego szczegółowa organizacja każdego manewru stoi na pierwszym miejscu. Zanim pogrążył się w trawie, energicznymi gestami rąk ustawił nas po swoich obu stronach, mnie po prawej, Gnusia po lewej. Dla dodania animuszu naszej trzyosobowej tyralierze zamachał groźnie widłami, po czym jak generał wysyłający swe wojska w bój, wskazał przed siebie. Ruszyliśmy do ataku, niezbyt zresztą świadomi celu, który miał nam w tym przyświecać. Nie stanowiło to chyba specjalnej przeszkody, ponieważ jak zdążyłem się zorientować z filmów wojennych, w masowych akcjach bojowych cel – najczęściej ściśle tajny – nie gra zazwyczaj szczególnej roli. W każdym razie na pewno nie z punktu widzenia

szeregowego piechura, który tak czy siak musi się przedzierać przez trawę. A w naszym przypadku nie była to trawa byle jaka. Istna plątanina sięgających powyżej głowy szuwarów. Dziadka, ani tym bardziej Gnusia, nie widziałem. Ich obecność wskazywał jedynie miarowy szmer rozgarnianych źdźbeł.

– Uważajta chłopaki, bo łaciata się wścikła! Jak by co, to zara w łeb walić abo za roga chytać! – poinstruował nasz samozwańczy prowodyr, który, sądząc po głosie, zdołał się wysforować znacznie do przodu.

Ostrzeżenie wydało mi się nieco śmieszne. Zupełnie jakby mówił nie o znanym ze swej łagodności stworzeniu mlecznym, ale o dzikiej bestii, czyhającej gdzieś pośród traw na nasze życie. Najwyraźniej starszego pana zaczynały nękać zwidy i mimowolnie wkroczyliśmy wprost z ulicy w jego prywatny świat fantazji, pełen prześladujących go wściekłych krów i Bóg wie czego jeszcze. No cóż. Za późno na odwrót. Westchnąłem i chcąc nie chcąc pomaszerowałem dalej, torując sobie drogę rondlem.

Obsiadłe kropelkami deszczu liście urządziły mi natychmiast istny prysznic. Po kilku minutach całe ubranie miałem kompletnie przesiąknięte. Spodnie kleiły się nieprzyjemnie do nóg, a nowe adidasy zaczynały podejrzanie przypominać dwie brudne gąbki. Przy każdym stąpnięciu strzykały na boki zmąconą wodą, wydając przy tym nieestetyczne odgłosy, jakie powstają zwykle podczas wykręcania ścierki do mycia podłóg. Zatrzymałem się, aby wytrząsnąć zza kołnierza oklejające mnie rozmokłe nasiona trawy. Żeby tego dziadka! Właśnie, gdzie jest dziadek? Gdzie Gnuś? Dopiero teraz dotarło do mnie, że od pewnego czasu wokół panowała niepokojąca cisza. Czyżbym skręcił gdzieś w bok i oddalił się od naszej gromadki? Mogłoby to mieć fatalne skutki, jako że łąki rozpościerały się na przestrzeni wielu kilometrów kwadratowych. Raz zgubiwszy drogę, można po nich błądzić w nieskończoność, klucząc i kręcąc się w miejscu. Najgorzej, że nie przychodziło mi do głowy nic, co spełniłoby rolę jakiegokolwiek punktu odniesienia. Na słońce liczyć nie mogłem, bo dzień był wyjątkowo ponury. Po szarym niebie z majestatem przewalały się opite do granic wytrzymałości chmury. Próbowałem podskoczyć, aby sponad wierzchołków traw zlokalizować dach gospodarstwa Pałąka albo dzwonnicę w Warząchwi. Niestety nie zobaczyłem nic poza falującym leniwie bezkresnym morzem liści. Poczułem się nieswojo.

– Halo!? – zawołałem.

Nic. Nikt mi nie odpowiedział. Byłem sam. Zgubiony w trawie. Pozostawiony na łaskę losu. Możecie się śmiać, ale trochę się rozkleiłem.

– Gnuś?!! – krzyknąłem z całych sił.

Znowu cisza. Nie. Niezupełnie. Z boku doszedł mych uszu znajomy szmer. Ktoś nadchodził z prawej. Ciężkie kroki dudniły po wilgotnej ziemi. Czyżbym aż tak pomylił kierunki? Dziadek szedł przecież po mojej lewej, zatem albo obróciłem się niepostrzeżenie o sto osiemdziesiąt stopni, albo… Albo zbliżający się w moją stronę szelest wcale nie był wynikiem dziadkowych gumiaków!

Zamarłem. Teraz, gdy dźwięk był znacznie głośniejszy, nie miałem już wątpliwości, że to nikt z naszej grupy. Ktoś lub coś obcego pędziło ku mnie sapiąc i bezlitośnie łamiąc kruche łodygi traw. Zanim zdążyłem mocniej ścisnąć w dłoni rączkę rondla, z zielonej toni wypadła czarno–biała błyskawica. Podrzucony silnym uderzeniem, wystrzeliłem do góry jak z katapulty. Gdy spadłem na ziemię, krowa – bo jak zapewne słusznie się domyślacie, ona to właśnie stratowała mnie w swym szalonym galopie – popędziła już przed siebie. Wylądowałem na podwiniętej nodze. Coś trzasnęło i poczułem świdrujący ból w kostce. To dopiero klops! Nie dosyć, że zgubiłem się wśród bezkresnych łąk, to jeszcze w dodatku straciłem możliwość poruszania się o własnych siłach. Na domiar złego ponownie zbliżał się znany mi już złowróżbny szelest, który wskazywał na to, że oszalała bestia zawróciła i postanowiła zaatakować po raz drugi. Pewnie zdecydowała się żywcem wdeptać me nędzne resztki w torf! Mocniej objąłem stylisko rondla. Będę się bronił do końca! Jeśli już koniecznie mam polec, nie będzie to przynajmniej polegnięcie ze łzami w oczach i zawołaniem o litość na ustach, ale śmierć bohaterska, na tak zwanym polu chwały, z zapałem bitewnym w sercu i rondlem w ręku! Tymczasem sapanie i tupot kopyt były już tuż tuż. Zamachnąłem się i w chwili gdy z trawy wyłoniła się biała głowa z całej siły wyrżnąłem w nią denkiem rondla.

Było to uderzenie druzgocące, spotęgowane strachem i świadomością nadciągającego końca żywota. Napastnik zatrzymał się niemalże w miejscu, przez ułamek sekundy chwiał się na odmawiających posłuszeństwa nogach – o dziwo odzianych w poprzecierane robocze spodnie – a następnie runął z trzaskiem na ziemię. Dopiero teraz zorientowałem się, że u mych stóp spoczywa nie krowa, ale dziadek Pałąka! Porażony morderczym ciosem staruszek leżał bez

ruchu z twarzą wtuloną w liście niskopiennego szczawiu. Obok jego bezwładnej ręki chwiały się wbite w miękki torf widły. Na wydeptaną polankę wpadł pędem Gnuś. Nie zauważywszy w porę rozciągniętego na ziemi ciała, potknął się i ubódł mnie kozłem w brzuch. Moja okaleczona noga zaprotestowała z oburzeniem.

– Rany! Krowa dorwała dziadka! – zawołał gramoląc się na czworaka. Pomyślałem czy rzeczywiście nie zrzucić całej winy na krowę, ale sumienie mi nie pozwoliło.

– Niestety to nie krowa tylko ja – wyznałem.

– Ty?

– Godny pożałowania wypadek. Myślałem, że łaciata ponawia atak.

Gnuś spojrzał z respektem na wygięty rondel, który wciąż trzymałem w ręku, potem na dziadka.

– Myślisz, że go uszkodziłem? – zapytałem z obawą.

Nachylił się nad staruszkiem.

– Trzeba by go odwrócić na plecy.

Odwróciliśmy. Dziadek Pałąka zamglonymi oczyma wpatrywał się w ciągnące po niebie chmury. Na czole urósł mu gigantycznych rozmiarów guz. Poza tym zewnętrznie wydawał się kompletny. Chyba nawet oddychał, bo siwe wąsy poruszały się to w górę, to znów w dół.

– O ile nie umrze, powinien żyć – stwierdził fachowo Gnuś.

Jakoś nie bardzo mnie to uspokoiło.

– Może mu coś zaaplikujemy? – zaproponowałem. – Tak na wszelki wypadek.

Zanim jednak zdążyliśmy przedyskutować odpowiednią kurację, za naszymi plecami rozległo się konspiracyjne syknięcie. Podskoczyliśmy przestraszeni, to znaczy Gnuś podskoczył, a ja, z powodu bolącej nogi, przysiadłem. Z trawy wysunęła się ostrożnie znana nam dobrze twarz Pałąka. Rozejrzał się niepewnie na boki.

– Unieszkodliwiony? – kiwnął na dziadka.

– Chwilowo – powiedziałem wymijająco, mając nadzieję, że staruszek faktycznie wkrótce odzyska przytomność.

Uspokojony Pałąk wyszedł z ukrycia i otrzepał spodnie. Przekonawszy się, iż dziadek faktycznie jest niedysponowany, przykucnął między nami.

– Co to za brewerie, stary? – spytał Gnuś.

Pałąk otarł pot z czoła.

– Eh, szkoda gadać…

– Mamy prawo wiedzieć – wtrąciłem się. – Jak by nie było, ryzykowaliśmy życiem! I chyba wciąż ryzykujemy – dodałem rozglądając się niepewnie czy aby nie nadbiega znowu ta przeklęta krowa.

– Kiedy mówię wam… – zaczął Pałąk.

Gnuś potrząsnął mu znacząco przed nosem szuflą do węgla.

– Oj, z wami to gadać! – zasapał. – Zwyczajnie, urządziłem sobie takie te, no…

– Takie co?

Pałąk ze wstydem obejrzał sobie paznokcie.

– No, rodeo – wyszeptał.

– Co?!

– Rodeo! – powtórzył, spoglądając na nas wyzywająco. Jego wstyd zmieszany był teraz ze wściekłością. – Nie słyszeliście nigdy?!

Zaniemówiliśmy. Pierwszy odezwał się Gnuś:

– Rodeo z łaciatą?

Pałąk skinął głową.

– A co, może miałem ujeżdżać dziadka? – wskazał na leżące u naszych stóp ciało, które wciąż nie dawało jednoznacznych oznak życia.

– Nie wiedziałem, że łaciata wymaga ujeżdżania – wtrąciłem.

– Ona też nie wiedziała, w tym sęk – potwierdził Pałąk.

– Rozumiem, że zastosowałeś środki uświadamiające.

– Nie było innej możliwości – rozłożył ręce – Ale poskutkowało!

– Jak najbardziej – powiedziałem rozcierając bolącą kostkę.

Słowo po słowie wyciągnęliśmy z Pałąka całe zeznanie. Okazało się, iż padł on ofiarą wczorajszej emisji jakiegoś starego westernu, którego główny bohater na początku filmu zostaje ranny podczas pokazów ujeżdżania byków i przez kolejne dwie godziny, wyłączając reklamy, wraca do formy, by wreszcie w dramatycznej finałowej scenie zdobyć wymarzone trofeum. W rezultacie, w naszym przyjacielu obudziła się żyłka ujeżdżacza. Jak sam słusznie przyznał, jedynym wchodzącym w grę stworzeniem godnym poskromienia była należąca do dziadka krowa. Kłopot polegał jedynie na tym, że z natury łagodne stworzenie nie wymagało jakiegokolwiek poskramiania, bezwstydnie udaremniając tym samym ambitne plany Pałąka. Aby móc więc ujeździć krowę, należało ją najpierw rozruszać. Rozumowanie tyleż logiczne, co trudne do wprawienia w czyn. Próby rozruszania przy pomocy kłucia, dźgania, rozgrzewających okrzyków i gwizdania w ucho nie dały najmniejszego rezultatu. Podobnie zresztą ciągnięcie za rogi

i strzelanie nad głową z papierowych torebek. Równie bezowocne okazało się sypanie pieprzu pod ogon. Poczciwa łaciata wszystko to zniosła cierpliwie. Podczas gdy zdesperowany Pałąk miotał się i rzucał na jej grzbiecie, spokojnie przeżuwała codzienną porcję zieleniny. To ją też zgubiło.

Ponieważ powierzchowne oddziaływanie nie odniosło pożądanych rezultatów, Pałąk zdecydował się zadziałać dogłębnie. Ku swej radości przypomniał sobie o słoiku chińskich papryczek, które od ponad roku powinny stać w najdalszym kącie szafki nad zlewozmywakiem, nie znalazłszy do tej pory amatora zdolnego do ich skonsumowania. Inspekcja w kuchni wykazała, iż oznaczony nieczytelną etykietką słoik faktycznie nadal skrywał się za wekami z bliżej nieokreśloną zawartością. Po dodaniu większej ilości papryczek do pokarmu niczego nie przewidującego zwierzaka, niedoszły kowboj po raz ostatni z nadzieją wdrapał się na łaciaty grzbiet i czekał. Zresztą niedługo. Pierwsze efekty pojawiły się podobno już po kilku sekundach po tym, jak papryczki zostały skrzętnie przeżute. Krowa podniosła głowę, wybałuszyła oczy i otworzyła szeroko pysk, jak gdyby chciała zamuczeć. I rzeczywiście zamuczała, a raczej ryknęła nieziemsko, w tonacji dla krów zgoła nietypowej.

Reszta opowieści była mętna, ponieważ – jak przyznał nasz przyjaciel – wypadki potoczyły się zbyt szybko, by uporządkować je w formie fabularnej. Dość, że łaciata wybiła z ramy drzwi obory i wierzgając niczym opętana rzuciła się przed siebie, unosząc na swym grzbiecie obejmującego ją kurczowo za szyję Pałąka. O mały włos nie stratowawszy uprzednio przechadzającego się po gospodarstwie dziadka, oszalałe zwierzę wraz z niefortunnym jeźdźcem wpadło w trawę, znikając natychmiast z pola widzenia. Pałąk zresztą już wkrótce pożegnał się ze swoją pozycją. Nie mogąc wytrzymać smagających go po twarzy łodyg, z własnej woli (jak twierdzi) puścił się i spadł na ziemię. Na pożegnanie ugodzony został jeszcze kopytem w siedzenie. W tym czasie dziadek doszedł do siebie i rzucił się w pogoń klnąc na krowę, a jeszcze bardziej na Pałąka.

Akurat gdy opowieść zbliżała się do znanego wam pojawienia się posiłków w postaci mnie i Gnusia, bezwładny dotychczas staruszek niespodziewanie uniósł się na łokciach i powiódł matowymi oczyma po naszych twarzach.

– O rany, budzi się! – jęknął przerażony Pałąk i natychmiast chciał dać drapaka w trawę. Złapaliśmy go w porę za nogawki.

– Narozrabiałeś, to się teraz tłumacz! – syknąłem złowrogo.

Tłumaczenie okazało się jednak chwilowo zbędne, bowiem dziadek nie wykazywał żadnego zainteresowania otoczeniem. Spoczywając w pozycji półsiedzącej kołysał się tylko w rytmie trawy z niezbyt pasującym do jego sędziwego wieku uśmiechem na ustach i guzem na czole.

– Wszystko w porządku, proszę pana? – odezwał się z troską w głosie Gnuś, chociaż sam musiał chyba zdawać sobie sprawę z tego, że pytanie było co najmniej niewłaściwe. Najwyraźniej kontakt z rondlem, obok krótkotrwałej utraty świadomości, miał również poważne skutki uboczne. Gnuś spojrzał na nas grobowym wzrokiem, popukał się kilka razy palcem w głowę, a następnie szeroko otwartą dłonią zamachał sobie przed nosem. Znaczenie tej pantomimy było jasne.

– Co robimy? – wyszeptałem.

– Trzeba wezwać lekarza – odparł Gnuś.

– E, może samo przejdzie – bąknął pod nosem Pałąk.Prawdo-podobnie łobuz liczył na to, że zamroczenie okaże się nieodwracalne, co też umożliwiłoby mu uniknięcie kary za nakarmienie łaciatej chińskimi papryczkami. Wnuczek niedogolony!

– Nie gadaj głupstw! – skarciłem go. – Dziadek potrzebuje fachowej pomocy! Może mieć uszkodzenia wewnętrzne!

– No to już – ponaglił Gnuś. – Bierzcie seniora pod ręce i smarujcie do domu!

– A ty?

– A ja zaopiekuję się widłami. Nie chcemy przecież zostawiać tak cennego instrumentu na pastwę niepogody.

Nie chcąc tracić czasu na sprzeczkę, pochwyciliśmy dziadka. Pałąk, znający okolicę znacznie lepiej ode mnie, bez wahania wskazał kierunek, w którym miało się znajdować gospodarstwo. Jednak już przy pierwszym kroku dała o sobie znać moja okaleczona noga. Syknąłem z bólu.

– Co jest? – zapytał Gnuś.

– Krowa mnie uszkodziła. Obawiam się, że nie dam rady.

– Robisz to specjalnie!

– Słowo honoru, że nie – oburzyłem się. – Zobacz jak mi napuchło!

Gnuś nie miał ochoty podziwiać mych nabrzmiałych kończyn. Machnął tylko zrezygnowany ręką i wręczywszy mi widły, osobiście zabrał się wraz z Pałąkiem do holowania ofiary. Baz większych komplikacji dotarliśmy do domu. Nawet noga jakoś mi się rozruszała.

Starszy pan został zdeponowany na kanapie, a Pałąk i Gnuś zlani potem opadli na fotele.

– Dzwoń po pogotowie – poinstruował mnie Gnuś.

Znalazłem aparat i wykręciłem odpowiedni numer. Po pięciu lub sześciu sygnałach odezwał się groźny damski głos.

– Izba przyjęć.

– Halo? – zapytałem niepewnie.

– O co chodzi?

– O dziadka, który uderzył się głową w rondel, to znaczy rondlem w głowę i prawdę mówiąc nie „się”, tylko został uderzony. Tak tylko trochę. A wszystko z winy krowy, ale właściwie nawet nie krowy, proszę pani. Krowy tylko pośrednio. Zasadniczo to przez kolegę i papryczki.

– Kto mówi? Co to za wygłupy?!

– Kiedy ja się wcale nie wygłupiam – zaprotestowałem. – Zaraz pani wyjaśnię… – W tym momencie Gnuś wyrwał mi słuchawkę z ręki.

– Dawaj to! – syknął, a następnie zwrócił się do zirytowanej właścicielki groźnego głosu:

– Przepraszam panią, kolega jest w szoku. Chcę zgłosić pilny przypadek urazu głowy z powikłaniami. Słucham? Nie, to nie kolega doznał urazu. Chory jest w zaawansowanym wieku. Prosimy o ambulans. Aleja Obrońców Cichopęków 43. To ostatnie gospodarstwo po prawej stronie drogi. Dziękuję, czekamy.

Karetka przybyła po kwadransie. Ponieważ dziadek nadal nie odzyskał uprzedniej sprawności umysłowej, a w dodatku podczas powierzchownego badania fizjonomii chichotał i nawet próbował ugryźć sanitariusza w ucho, dyżurny lekarz zarządził dokładniejsze oględziny w szpitalu.

– Kto jest krewnym? – zwrócił się do nas. Wypchnęliśmy do przodu wystraszonego Pałąka.

– Proszę pokwitować i zgłosić się wieczorem po odbiór pacjenta lub ewentualne informacje – podsunął mu pod nos wymięty formularz. Pałąk pokwitował drżącą ręką. Lekarz zatrzasnąwszy teczkę kiwnął na sanitariusza i kierowcę karetki.

– Ładujemy pana.

Pogotowie wraz z dziadkiem odjechało w kierunku miasta. Przez chwilę staliśmy na poboczu, spoglądając za znikającymi za zakrętem tylnymi światłami ambulansu. Nagle Gnuś się rozpromienił.

– Słuchajcie! Przyszedł mi do głowy fantastyczny pomysł!

Popatrzyliśmy na niego zaniepokojeni. Do genialnych pomysłów Gnusia należało podchodzić z ostrożnością.

– Pokaż nogę! – kiwnął na mnie.

– No co ty, stary?

– Nie gadaj tylko pokazuj! Tę bolącą! – ponaglił zniecierpliwiony.

Podwinąłem lewą nogawkę i opuściłem skarpetę. Gnuś pochylił się i poruszał moim butem.

– Boli?

Pokręciłem głową.

– A teraz?

– Też nie.

Szarpnął za stopę tak mocno, że nieomal się przewróciłem.

– Zgłupiałeś?! – zawołałem.

– Ale bolało czy nie?

– Trochę. Już mi chyba przeszło.

– Szkoda – zasępił się Gnuś.

– Szkoda, że mi przeszło? – zdziwiłem się. Też mi przyjaciel. – No wiesz, dziękuję!

– Ależ ty nic nie kapujesz! – zdenerwował się. – Ze złamaną albo przynajmniej skręconą nogą nie musiałbyś wyjeżdżać z Cichopęków! Wiesz ile się goi taka odpowiednio złamana noga? Z miesiąc albo i dłużej. A ten tuman mówi, że mu przeszło!

Zrozumiałem i zrobiło mi się głupio. Przeklęta noga!

– Tak nie całkiem przeszło. Trochę jeszcze czuję… – bąknąłem.

– Trochę, trochę – gderał Gnuś. – Trochę to za mało. Dla takich są zimne okłady. W twoim przypadku potrzebny byłby fachowy gips, taki za kolano, żebyś się nie zmieścił do samochodu.

– Może mu złamiemy? – wtrącił się Pałąk, niby od niechcenia.

Gnuś spojrzał na mnie z nadzieją w oczach.

– Wypchaj się swoimi papryczkami!– powiedziałem.

Pałąk wzruszył ramionami i oddalił się obrażony. Gnuś podrapał się zasępiony w brodę.

– Zawsze możemy zasymulować.

– To znaczy pójść do szpitala i powiedzieć, że złamałem nogę? – zapytałem nie rozumiejąc, co dokładnie ma na myśli.

– E, do szpitala nie – pokręcił głową. – W szpitalu są bracie specjaliści, którzy się znają na takich numerach. Poza tym każdy kandydat do usztywnienia jest przedtem prześwietlany, więc zaraz by się wydało, że twoja noga się nie kwalifikuje. Ale myślę, że moglibyśmy pomi

nąć ten zbędny proceder. Wystarczy w zupełności jeśli zasymulujemy przed twoimi rodzicami.

– Oho! – zawołałem. – Żebyś się nie przeliczył. Starzy się poznają w mig. Nawet bez prześwietlania. W dziedzinie symulacji przeszli wieloletni trening.

Gnuś tylko machnął ręką.

– Tym razem się nie poznają.

– Niby dlaczego nie?

– Bo zadziałamy przekonywująco.

– Przekonywująco?

– Przekonywująco i profesjonalnie! Innym słowem, usztywnimy cię w imieniu lekarzy. Wiesz jak przekonywujący efekt wywołuje taki usztywniony delikwent?

– Chcesz mnie zagipsować?

Gnuś dumnie skinął głową.

– Zagipsować, tak. Ale nie ja. Mówiłem już, kwestia musi być rozwiązana metodami profesjonalnymi, czyli potrzebujemy pomocy fachowca.

– Nie myślisz chyba, że ktoś mnie tak po prostu zagipsuje?

– Myślę – potwierdził Gnuś. – Zagipsuje cię Zbych.

Przerośnięty Zbych z CCK! Ten sam Zbych, który zwędził Pałąkowi rozsypane w krytycznym momencie papierosy i który lubuje się w elektrowstrząsach. Zupełnie zapomniałem wam powiedzieć, że drugą jego pasją jest gipsowanie. Nigdy wprawdzie nie widziałam go w akcji, bo w końcu okazja do gipsowania nie zdarza się na co dzień, ale jeśli dać wiarę krążącym po szkole plotkom, jest w tej dziedzinie ponoć absolutnie bezkonkurencyjny. Ma za sobą nawet kilka odpowiednich praktyk w prawdziwej przychodni, gdzie w odróżnieniu od gabinetu szkolnego dostarczani połamańcy to stuprocentowo prawdziwe eksponaty, a nie tylko przedklasówkowi krętacze.

W normalnych warunkach wystarczałoby zatem udać się do niego z prośbą o odpowiedni zabieg i sprawa byłaby załatwiona, zresztą z korzyścią dla obu stron. Powtarzam: w normalnych warunkach. Te jednak, w połączeniu ze Zbychem, stanowią równie wykluczającą się parę jak podkute klapki. Cały klops polega na tym, że drugoroczny Zbych gipsuje bynajmniej nie z troski o cierpiących bliźnich lecz wyłącznie złośliwie, dla draki, czyli inaczej mówiąc tam, gdzie gipsowanie jest akurat najmniej wymagane, a nawet niepożądane. Z tego powodu, gdy Zbych ma akurat swój cotygodniowy dyżur jako pomocnik

w gabinecie lekarskim, w naszej szkole gwałtownie spada współczynnik wszelkich zachorowań. Wszystkim jak ręką odjął przechodzą bóle zębów, rozwolnienia, zatwardzenia, ataki migreny, słabości, czkawki, duchoty i inne masowo rozpowszechnione wśród uczniowskiej ferajny bolączki. Nawet ci naprawdę cierpiący zagryzają zęby i za wszelką cenę walczą o zachowanie pozorów nienagannego zdrowia.

Gnuś nie wydawał się specjalnie zatroskany mymi obawami co do niewykonywalności planu przewidującego aktywny udział Zbycha.

– Mam na niego haka! – powiedział.

– Jakiego haka? – zapytałem jednocześnie z Pałąkiem.

– Zobaczycie! – uśmiechnął się i złowrogo zatarł ręce.

Gnuś postanawia wkroczyć – Gdzie w Cichopękach szukać nieznanych lądów – Fatalna w skutkach pogoń za krową i jeszcze bardziej tragiczna pomyłka – Rodeo Pałąka – Jakie nogi kwalifikują się do gipsowania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

polonia-serwis.de

1 rok 8 miesięcy temu

Jest nas już 5000 !!!