Serwis dla Polaków mieszkających w Niemczech

Rozdział czwarty

 

Rozdział IV

Trzasnęły drzwi i zostałem sam. Próbowałem oglądać telewizję, ale w programie nie było nic ciekawego więc obróciłem uwagę na nowo nabyty gips. Jakoś trudno było mi myśleć o nim jako o zaprawie murarskiej, chyba głównie dlatego, że na pierwszy rzut oka wcale się nie różnił od wszystkich innych gipsów, które dotychczas miałem okazję oglądać. Przypominał mi pewną dramatyczną historię, która przydarzyła się panu Faflunowi, naszemu poprzedniemu nauczycielowi od polskiego, na jesieni zeszłego roku.Aniom z zielonego wzgórza i kiwnął ręką w stronę naszego terytorium, to jest rzędu pod ścianą. Możecie mi wierzyć, że go nie zawiedliśmy. Na pierwszy ogień poszli bracia Parchwicze. Zaraz po opuszczeniu miejsc wybuchła między nimi ożywiona dyskusja, która w okolicy mojej ławki przekształciła się w wymianę obelg, Balladach i romansach.Lalką a Barbi nie ma znowu tak istotnej różnicy. Rozsądny nauczyciel powinien przymknąć oko na tak drobne niedociągnięcie natury kosmetycznej i nagrodzić delikwenta wyższą oceną – zwłaszcza, że jak mówiłem odpowiadającym był Pałąk, który zwykle nie odróżnia Krzyżaków od Czterech pancernych. Dziadów, sceną zaopiekowała się pani Ociężlik. Pana Tadeusza, w której jeden Natenczas Wojski chwycił na taśmie przypiętyBobek najpierw wybałuszył oczy, które chyba nawet naprawdę zabłysnęły krwią, a potem ku przerażeniu wuja i niektórych zebranych oraz ku powszechnej uciesze większości, skręciwszy dłonie w trąbkę zadął na całą salę gimnastyczną. Możecie mi wierzyć, że wrażenie było większe niż gdyby wyrecytował bez zająknięcia całegoPana Tadeusza. Dziadów Adama Mickiewicza, których premiera miała się odbyć ostatniego dnia nauki przed Świętem Zmarłych. Z tego powodu cała nasza klasa została przymusowo zwerbowana do odegrania roli chóru. W sumie nic wielkiego. Musieliśmy stać w tle i w odpowiednim momencie wołać: „Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to

Pan Faflun z niespotykaną determinacją od pierwszej klasy starał się uchylić nam rąbka tajemnicy gramatyki oraz wpoić fascynację literaturą piękną. To właśnie pod jego czujnym okiem stawiałem w zeszycie moje pierwsze bohomazy (przy okazji wiecie już do kogo zgłaszać pretensje jeśli tu i ówdzie w poniższych zapiskach natkniecie się na radykalne odstępstwa od reguł ortograficznych). Niestety, przy całym poświęceniu sprawie edukacji młodzieży, techniki nauczania pana Fafluna najwyraźniej nie przyniosły dotychczas zadowalających

rezultatów. Dla większości szkolnego bractwa gramatyka pozostała równie tajemniczym zjawiskiem jak w pamiętnym dniu, kiedy ku nieskrywanej radości rodziców wydukali swe pierwsze konstrukcje językowe typu „Mama”, „Tata” lub ewentualnie „Baba”. Co się zaś tyczy literatury pięknej, muszę zdradzić ze wstydem, że w oczach moich szanownych kolegów i koleżanek jest ona mniej więcej równie fascynująca jak telewizyjna transmisja z gry w kręgle.

Widząc, iż kiepsko z naszą sympatią dla wieszczów, pan Faflun postanowił kiedyś zmienić strategię i otworzyć się na zainteresowania klasy. Pierwszym i ostatnim objawem tego nowatorskiego posunięcia była genialna skądinąd idea, aby na następnej lekcji każdy przedstawił swą ulubioną książkę. Pomysł ten od razu przypadł wszystkim do gustu. Nadal uważam, że był świetny. Co najważniejsze, w jego wyniku odbyła się najciekawsza lekcja polskiego w historii szkoły. Szkoda, że nie mogliście podziwiać naszych referatów! Najpierw było trochę śmiechu, bo przygłucha Grochna z ostatniej ławki myślała, że chodzi o zbiórkę makulatury i przytachała całą stertę zużytych kartonów po bananach. Mały Klopek nie przyniósł nic, bo poprzedniego dnia był akurat w toalecie kiedy pan Faflun omawiał szczegóły referatów, a jakoś zapomnieliśmy mu potem powiedzieć. Gruby Anton nie zjawił się w ogóle. Pewnie też źle zrozumiał o co chodzi i myślał, że to ostatni termin oddawania książek do biblioteki. Anton nie jest wprawdzie przygłuchy tak jak Grochna, ale większość czasu spędza w klasie tylko w sensie fizycznym. Naprawdę zaś – mimo swej pokaźnej tuszy – buja w obłokach, przez co może się czasem zdarzyć, że coś pokręci. Nie wierzę wprawdzie, żeby miał w posiadaniu jakiekolwiek książki z biblioteki (ani te, które dawno powinny być zwrócone, ani też żadne inne), ale Anton znika na wszelki wypadek zawsze, gdy mowa jest o nadchodzącym ostatnim terminie, nieważne jakim.

Pomijając te trzy czarne owce, cała klasa spisała się na medal. Nie obeszło się oczywiście bez odrobiny nudzenia, kiedy zaraz na początku do referatów zabrały się pierwsze ławki, w których siedzi same mdłe towarzystwo, psujące dobrymi ocenami reputację klasy. Na szczęście pan Faflun, ziewnąwszy kilka razy ukradkiem w rękaw, położył szybko kres

a tuż przed osiągnięciem połowy drogi do tablicy przeszła w rękoczyny. Powodem nieporozumienia był trudny do rozwiązania dylemat, biorący się stąd, że braci Parchwiczy jest dwóch, a ulubiona książka tylko jedna. W rezultacie przedmiot pożądania został rozerwany na dwie części. Jeden z braci Parchwiczy przewrócił się na podłogę z okładką w ręku, a drugi, ściskając w objęciach treść właściwą, rozkwasił sobie nos o baobab. Nie o prawdziwy naturalnie, tylko o zdjęcie z gazetki poświęconej ochronie lasów tropikalnych. Chyba zresztą fakt, że przedstawiało ono akurat baobab nie ma znaczenia, bo ściana, na której wisi gazetka byłaby równie twarda gdyby na zdjęciu był snopek siana. Pan Faflun wybiegł zza swego biurka i przy pomocy wyćwiczonego chwytu wytransportował obydwu za drzwi. Cel referatu nie został chyba osiągnięty, bo nawet się nie dowiedzieliśmy o jaką książkę właściwie poszło. Przypuszczam, że była niezmiernie interesująca, chociaż z drugiej strony bracia Parchwicze w podobny sposób załatwiają problemy związane ze wszystkimi przedmiotami wspólnej własności, nawet jeśli jest to tylko nadgniłe jabłko.

Gdy pan Faflun ciężkim krokiem wrócił do klasy, przy tablicy czekał już przytupując Czopek. Czopek zawdzięcza swe nieapetyczne przezwisko pracy rodziców, którzy prowadzą największą w Cichopękach aptekę. Gdy nasz szacowny polonista usadowił się wreszcie na krześle i przyzwalająco kiwnął dłonią, Czopek natychmiast wydobył z zanadrza stos błyszczących magazynów. Zanim udało się nam odczytać tytuły albo też przynajmniej rzucić okiem na okładki, pan Faflun, niczym rażony piorunem, zerwał się na równe nogi i wyszarpnąwszy z rąk zdumionego Czopka przedmiot referatu, czym prędzej ukrył pisma pod marynarką. Nie zdążył wyjaśnić powodu swego niecodziennego zachowania, bo w tym właśnie niestosownym momencie otworzyły się drzwi i do klasy wkroczyła pani Zawiesina, która nie tylko stara się nauczyć nas chemii, ale w dodatku spełnia funkcję zastępcy dyrektora. Za nią wmaszerowali z opuszczonymi głowami bracia Parchwicze. Najprawdopodobniej pani Zawiesina natknęła się na nich podczas jednego ze swych kontrolnych obchodów korytarzy i postanowiła zbadać dogłębnie przyczynę usunięcia obydwu z klasy. Jednak bardziej intrygujący od braci Parchwiczy okazał się pan Faflun.

– Przepraszam kolego… – zaczęła pani Zawiesina, przestąpiwszy próg. W tej samej chwili jej wzrok padł na pana Fafluna, który stał obok tablicy obejmując rękami brzuch.

– Czy pan się dobrze czuje?

– Jak najlepiej koleżanko – stęknął pan Faflun.

– Ależ pan jest cały spocony i w dodatku niezdrowo zaczerwieniony! Pan ma gorączkę?

Istotnie. Twarz pana Fafluna przybrała kolor dojrzałej dyni, a w świetle jarzeniówek zamigotały na jego czole kropelki potu.

– Kiedy zapewniam koleżankę… – wybąkał nasz polonista. Akurat wtedy wysunął mu się spod marynarki jeden z magazynów Czopka. Pan Faflun natychmiast odwrócił się tyłem. W wyniku nagłego poruszenia cała reszta czasopism z szelestem wyślizgnęła się jego objęciom i upadła na podłogę. Pani Zawiesina spojrzała pod nogi i zrobiła się jeszcze bardziej czerwona od pana Fafluna.

– Coś takiego! – zawołała.

Z ciekawością unieśliśmy się w ławkach.

– Siadać! Siadać! – krzyknęła pani Zawiesina. – Tu nie ma nic do oglądania!

W tym czasie pan Faflun uporał się z rozsypanymi po parkiecie pismami i ponownie wetknął sobie cały plik pod marynarkę. Pani Zawiesina cofnęła się od niego o krok.

– To oburzające! Pan demoralizuje młodzież! Jak pan może!?

– Ja właśnie skonfiskowałem… – bąknął pan Faflun, a potem wskazał na Czopka. – Temu łobuzowi skonfiskowałem!

Pani Zawiesina podążyła groźnym spojrzeniem za palcem pana Fafluna. Wszystkim nam ciarki przeszły po plecach, co dopiero Czopkowi, który ciągle stał przy tablicy.

– Czy to twoje?

Na podobne pytanie, sformułowane w dodatku nie wróżącym nic dobrego tonem, jest w szkole tylko jedna odpowiedź:

– Ależ skąd?! – uderzył się w piersi Czopek. – Nie moje!

Pani Zawiesina odwróciła się do wyjścia.

– Muszę o tym przykrym incydencie natychmiast powiadomić dyrektora! – rzuciła chłodno przez ramię.

– Koleżanko! Ależ ten łobuz kłamie jak z nut! Pani chyba nie wierzy… – Pan Faflun rzucił się za nią, wciąż obejmując kurczowo czasopisma Czopka i oboje oddalili się w głąb korytarza.

Na tym skończyły się nasze referaty, a przecież było jeszcze tyle ciekawych pozycji literackich do zaprezentowania. Mieliśmy nadzieję, że zdołamy nadrobić zaległości na kolejnej lekcji, ale nic z tego nie wyszło. Na drugi dzień główny pomysłodawca całego przedsięwzięcia, czyli pan Faflun w osobie własnej, z niewiadomego powodu stra

cił jakoś swój poprzedni entuzjazm do nowatorskich metod nauczania. To była chyba jedyna próba z ulubioną książką i już wkrótce po staremu zgłębialiśmy elementy folkloru w

Przyznaję, iż czasami panu Faflunowi udaje się osiągnąć śladowe sukcesy. Bo fakt, iż nawet Pałąk zdołał zapamiętać tytuł jednego z najważniejszych utworów Bolesława Prusa nie zdarza się na co dzień. Co prawda tylko mniej więcej, ale to już coś. Szkoda, że pan Faflun nie docenił wyjątkowego charakteru tego wydarzenia i wlepił Pałąkowi tradycyjną dwóję. Przecież ostatecznie między

Pewne ożywienie wywołała też swego czasu lektura legendy o świętym Aleksym, chociaż w wyniku ciężkostrawnego języka, dobrze zapowiadająca się akcja szybko straciła na uroku. Chodziło w skrócie o średniowiecznego męczennika, który znalazł sobie oryginalny sposób spędzania wolnego czasu. Z bliżej niejasnych powodów doszedł on do wniosku, iż szczególną draką będzie wylegiwanie się w miejscu, gdzie akurat okoliczna ludność wylewała brudne pomyje. Zajęcie to musiało być jego zdaniem wyjątkowo atrakcyjnym kawałem, bo z tego co pamiętam przeleżał tak kilkanaście lat, a wstać zgodził się jedynie pod warunkiem, że zostanie świętym. I chyba ostatecznie dobił swego skoro uczyliśmy się o nim u pana Fafluna.

Ale nie o tym chciałem opowiedzieć. Otóż obok bezowocnych zapędów edukacyjnych, nasz polonista prowadzi z równym zapałem teatr szkolny, a raczej prowadził, bo od czasu pożałowania godnego wypadku, który przydarzył mu się podczas próby generalnej

Pani Ociężlik to nauczycielka WF–u o kompetencjach obejmujących żeńską część szkolnego towarzystwa – w odróżnieniu od wspomnianego już przez Zbycha pana Tyczkiewicza, czyli Tyki, który odpowiedzialny jest za stan męskiej gibkości tudzież tężyzny. Jego nazwisko może być wam znane. To nie kto inny tylko właśnie brat pana Tyczkiewicza zdobył złoty medal w skoku wzwyż podczas ostatnich igrzysk olimpijskich. Dokładniej mówiąc medal został przyznany symbolicznie pod nieobecność samego zainteresowanego, ponieważ od momentu gdy odbił się od powierzchni stadionu, nikt go więcej nie widział. Przeszukano całą okolicę i nawet apelowano

przez radio do miejscowej ludności, aby skontrolowała dachy swych domów. Bez rezultatu. Rekordzista znikł jak przeciwieństwo kamienia w wodzie. Ostatnio prasa donosiła o niepotwierdzonych obserwacjach astronoma amatora z Gliwic, który ponoć widział niefortunnego sportowca w drodze powrotnej na Ziemię. Specjaliści twierdzą, że o ile informacje te okażą się prawdziwe i brat pana Tyczkiewicza nie spłonie w wyniku tarcia po wejściu w atmosferę, powinien w połowie grudnia wylądować w wodach południowego Pacyfiku, gdzie będzie go oczekiwał kilkuosobowy komitet olimpijski. Natomiast sam Tyka odnosi w krzewieniu kultury fizycznej wśród młodzieży równie mizerne rezultaty jak pan Faflun w dziedzinie polskiego, a najlepszym dowodem na to jest gruby Anton, który na komendę „Przewrót w przód!” mimo wieloletniego treningu regularnie wali czołem w podłogę.

Cały kłopot pana Fafluna polegał na tym, że jego zespół teatralny rekrutował się niemal wyłącznie z aktorek, z których tylko trzy przychodziły regularnie na próby. W dodatku dwie – zarozumiałe smarkule z młodszej klasy – były bliźniaczkami, przez co notorycznie myliły się podczas przedstawień, wprowadzając dodatkowy zamęt w i tak już dostatecznie powikłane greckie tragedie. Tak więc podporą całego teatru była znana wam już przygłucha Grochna, której niewątpliwą zaletą jest tubalny głos. Zdarzało się czasem, że zapominała tekstu i wtedy był kłopot, bo sufler musiał się drzeć na całe gardło, przez co widzowie praktycznie i tak już wiedzieli o co chodzi zanim dana kwestia została oficjalnie wydeklamowana. Na szczęście podobne incydenty miały miejsce stosunkowo rzadko i zazwyczaj Grochna bez większych zajść grzmiała ze sceny, budząc zachwyt publiczności. Jeśli zapytacie o moje zdanie, muszę wyznać, że głos Grochny bardziej kojarzył mi się podczas tych przedstawień z targiem śledziowym, aniżeli z tak szacowną instytucją jaką jest teatr, ale ostatecznie nie znam się na tajnikach sztuki oratorskiej. Pan Faflun na pewno wiedział co robił dobierając swoich aktorów. Pomylił się tylko raz, w przypadku Bobka.

Bobek był jedyną postacią męską w zespole aktorskim, a i to tylko dlatego, że w wyniku rodzinnego pokrewieństwa z panem Faflunem nie wypadało mu wymigiwać się z narzuconych obowiązków. Z drugiej strony i tak nie stanowił dużo pociechy, bo z winy marnej pamięci wchodził w rachubę wyłącznie przy obsadzie ról milczących. Raz tylko, na początku krótkotrwałej kariery aktorskiej, Bobek został wytypowany do wygłoszenia sceny z

z wplątanych w akcję facetów odgrywa melodię na rogu myśliwskim. Podczas prób wszystko szło stosunkowo dobrze. W dodatku pan Faflun obiecał siostrzeńcowi, iż w dniu przedstawienia będzie siedział w pierwszym rzędzie i jeśli zajdzie potrzeba, osobiście podpowie wymagany fragment tekstu. Potrzeba zaszła, jeszcze jak! Bobek całą noc powtarzał swoją rolę i rano wydawało mu się nawet, że coś niecoś pamięta. Co z tego, kiedy wszystko kompletnie wyparowało z jego głowy gdy stanął oko w oko z szemrającą widownią. Cała sala gimnastyczna – nabita po brzegi, bo przedstawienie było obowiązkowe dla wszystkich klas – jak jeden mąż spojrzała na Bobka, który wyszedł na scenę z tak natchnioną miną, że widzowie zamarli w oczekiwaniu porywającej recytacji. Bobek natomiast pęczniał i czerwieniał, niczym gladiator szykujący się do ostatecznego ciosu. Wysiłek ten musiał się udzielić widowni, bo wnet wszyscy napięli mięśnie i zmarszczyli czoła. W sali zapadła cisza, w której uszu zgromadzonych doszedł konspiracyjny szept pana Fafluna:

Swój róg bawoli, długi, cętkowany, kręty

Jak wąż boa, oburącz do ust go przycisnął,

Wzdął policzki jak banię, w oczach krwią zabłysnął,

Zasunął wpół powieki, wciągnął w głąb pół brzucha

I do płuc wysłał z niego cały zapas ducha,

I zagrał…

Znowu się zagalopowałem, a chodziło mi przecież tylko o to, że jedyny aktor pana Fafluna kwalifikował się wyłącznie do sztuk pantomimicznych. Z pewnością nie wystarczał do ambitnego planu wystawienia

będzie, co to będzie?” Jak widać mało skomplikowane zadanie. Pan Faflun pewnie też wychodził z tego założenia.

Połowa próby wypadła, o dziwo, zupełnie zadowalająco. Na skinięcie ręki wrzeszczeliśmy zgodnie „Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie?” Potem milkliśmy, ustępując miejsca przygłuchej Grochnie, która – o ile zdążyłem się zorientować – miała przywoływać duchy, naturalnie na niby.

Gdy pan Faflun po raz kolejny szykował się by dać nam umówiony sygnał, mały Klopek przecisnął się do pierwszego rzędu i zawołał:

– Proszę pana, ja muszę!

Nasz polonista opadł bezsilnie na stołek obok pianina.

– Znowu? Czy ty masz zapalenie pęcherza, chłopcze?

– Nie wiem, proszę pana. Po prostu muszę i już. Ja zawsze muszę, szczególnie w nocy.

– Nie rozumiem, co to ma do rzeczy? – zdziwił się pan Faflun, bo faktycznie, przez okna sali gimnastycznej sączyły się słabe wprawdzie i przysłonięte chmurami, ale jak by nie było promienie słoneczne.

– Bo kiedy oni tak, że niby ciemno i co to będzie, to ja zaraz muszę – poskarżył się Klopek, bezczelnie zwalając całą winę na nas i to chociaż sam przed chwilą darł się najgłośniej ze wszystkich.

– Zwariuję! – pan Faflun uniósł oczy do sufitu. – Idź już, ale wracaj zaraz! Przerwa!

Klopek popędził do toalety, a my rozeszliśmy się po scenie. Gruby Anton zaraz zaczął szarpać za sznurki od kurtyny.

– Zostaw to! – upomniał go pan Faflun.

Anton posłusznie schował ręce do kieszeni. W tym samym momencie rozległa się seria mrożących krew w żyłach dźwięków. To bracia Parchwicze dobrali się do pianina.

– Nie bębnijcie! A ty przestań ryczeć! – ostatnia uwaga była skierowana do Jurka Pyzy, który wył w rurę wentylacyjnej po jednej stronie sceny, podczas gdy grupa chłopaków przyciskała uszy do metalowej kratki w naprzeciwległej ścianie.

Klopek jakoś nie wracał, więc ponieważ zabroniono nam ciągnąć, bębnić i ryczeć, rozejrzeliśmy się za czymś godnym uwagi. Elementem takim okazała się tajemnicza klapa pośrodku sceny. Przylegała wprawdzie szczelnie do betonowej obudowy, ale na obu jej końcach były okrągłe otwory, w które dało się wcisnąć palce. Wspólnymi siłami odsunęliśmy ją na bok, odkrywając prostokątną dziurę o powierzchni metra kwadratowego. Powiało chłodem i stęchlizną.

– Wiecie co to jest? – zapytał gruby Anton.

Pokręciliśmy głowami.

– Kkkrypta? – zapytał ktoś, drżącym głosem.

– Głupi jesteś – skomentował Anton. – To jest schron. Nasza szkoła została wybudowana tuż przed wojną, a wtedy wszędzie robili schrony na wypadek nalotu.

Spojrzeliśmy na dokonane przed chwilą odkrycie z nową ciekawością. Dużo zresztą nie było widać, tylko kilka pordzewiałych stopni metalowej drabinki, której drugi koniec ginął w mroku. Ktoś zawołał pana Fafluna, żeby przyszedł i zobaczył, ale pan Faflun oddalił się do rekwizytorni. Gruby Anton zebrał ślinę i splunął w ciemną czeluść. Dopiero po upływie kilku sekund usłyszeliśmy stłumione klaśnięcie. Podłoga schronu musiała się znajdować dobrych kilka metrów pod nami. Jeden z braci Parchwiczy nachylił się na betonowym ocembrowaniem:

– Uhuu! – zawołał.

– Huuu – odpowiedziało mu echo.

Na to tylko czekaliśmy. Wszyscy zaczęli jeden przez drugiego wykrzykiwać i gwizdać w dziurę, a najgłośniej z nas Świstak, który nie ma przedniego zęba i jest przez to bezkonkurencyjny w strzykani śliną i gwizdaniu. Zabawę przerwało pojawienie się pana Fafluna.

– Cisza! Cisza!! – krzyczał na całą salę gimnastyczną nie zauważając, że w tej chwili sam jest głównym źródłem hałasu.

Pan Faflun był objuczony górą nadjedzonych przez mole kostiumów. Nie patrząc pod nogi, zmierzał ku nam w poprzek sceny.

– Proszę pana… – odezwał się mały Klopek, który tymczasem wrócił z toalety.

– Ani słowa! – krzyknął pan Faflun. – Dopiero wróciłeś! To niezdrowe, ile czasu można spędzać w ubikacji!?

– Ale proszę pana…

– Milcz! Jeśli jeszcze raz…

W tym momencie pan Faflun postawił nogę w miejscu, gdzie do niedawna znajdowała się klapa od schronu. Ponieważ klapy już nie było, a dokładniej mówiąc spoczywała obok, noga pogrążyła się w otworze pociągając za sobą resztę ciała. Zakotłowały się podrzucone w górę kostiumy. Zdołaliśmy tylko ujrzeć zdumione oko pana Fafluna, które oddalało się od nas i znikało w mroku. W następnej chwili rozległ się potworny łomot i z otworu buchnęła w nasze twarze chmura kurzu zmieszanego z sadzą. Nawet Grochna spojrzała znad kartki papieru ze swoim tekstem i przetkała palcem ucho.

– Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie? – jęknął gruby Anton.

Nikt mu nie odpowiedział. Większość przestraszonych aktorów dała drapaka do szatni. Tylko mały Klopek trzymając się za brzuch popędził w stronę toalet.

Jakoś nikt nie pomyślał o sprowadzeniu pomocy. W rezultacie wypadek pana Fafluna został odkryty dopiero przez woźnego Wycierucha, który jak zwykle po próbie szkolnego teatru przyszedł pozamiatać scenę. Staruszek nie byłby w stanie o własnych siłach wydobyć polonistę na światło dzienne. Na całe szczęście w graniczącym z salą gimnastyczną magazynie sprzętu sportowego pani Ociężlik segregowała akurat piłki lekarskie i zaintrygowana wołaniem pana Wycierucha, pospieszyła na ratunek.

Schron był naprawdę głęboki. Dobrze, że na dnie leżały stosy starych akt szkolnych. W przeciwnym razie pan Faflun mógłby się poważnie uszkodzić. Dzięki zbutwiałym skoroszytom upadek skończył się złamaną nogą i to w dodatku tylko dlatego, że po drodze zawinęła się o jeden ze stopni drabinki. O wszystkim dowiedzieliśmy się od Bobka. Samego pana Fafluna mogliśmy podziwiać dopiero po dwóch tygodniach, kiedy przyszedł odebrać z sekretariatu korespondencję. Gdy pojawił się na korytarzu nie poznaliśmy na początku, że to nasz polonista. Rozmawiał z dyrektorem zwrócony do nas tyłem. Podpierał się dwiema aluminiowymi kulami, a lewą nogę zdobiła mu gruba, śnieżnobiała skarpeta. Dopiero z bliska okazał się być panem Faflunem.

– Dzień dobry! – zawołał uradowany mały Klopek.

Pan Faflun odwrócił głowę. Na widok Klopka, Antona i całej reszty rozszerzyły mu się oczy i przytulił się do dyrektora, obejmując go za szyję. Jedna z kul przewróciła się z hałasem na podłogę.

– No, no… – zmieszany dyrektor poklepał polonistę po ramieniu, a na nas spojrzał tak groźnie, że natychmiast zmieniliśmy miejsce pobytu.

Od tej pory pan Faflun wciąż jest na zwolnieniu. Bobek mówił, że noga dawno już się zrosła. Jednak do pełnej sprawności ruchowej potrzebna jest jeszcze długa rehabilitacja. Poza tym nie jest wcale pewne czy jego wuj wróci do szkoły, naszej czy jakiejkolwiek innej. Podobno zbliża się już do wieku emerytalnego. Trochę szkoda. Szczególnie, że zastępstwo objęła surowa pani Świerzboń.

Gdy tak rozmyślałem, zaczęły mi się kleić oczy. Cały pokój zako

łysał się, a potem zawirował jak woda po kąpieli, wciągana z bulgotem do spływu w dnie wanny. Meble, telewizor, obrazy, akwarium, wszystko to zatoczyło wokół mnie kilka kółek, by ostatecznie zniknąć w czarnej dziurze, która nie wiadomo skąd pojawiła się na środku sufitu. Dziura ta nie była jednak odpływem wody w wannie, ale wejściem do schronu przeciwlotniczego. Ostatnią rzeczą jaką zobaczyłem zanim podzieliłem los reszty otaczającego mnie świata i pogrążyłem się we wszechobecnej ciemności było zdumione oko pana Fafluna, które ginęło w mroku…

Zostaję sam w mieszkaniu Zbycha – Techniki nauczania pana Fafluna – Nasze ulubione książki – Tajemnicze czasopisma Czopka – Teatr szkolny – Bobek dmie w róg – Przygotowania do premiery – Sekret klapy w scenie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

polonia-serwis.de

1 rok 10 miesięcy temu

Jest nas już 5000 !!!