Serwis dla Polaków mieszkających w Niemczech

SWOI CZUWAJCIE

26.08.2011
r. Glasgow Scotland

Sławomir
Tomasz Roch

rycerzniebieski@wp.pl

[…] W Warszawie wielu jednak
wierzyło w możliwość układów i rozmów pokojowych z
Chmielnickim. Wobec Kozaków chciano nadal grać rolę panów, ale
tym razem już panów łaskawych, a smutna rzeczywistość była
taka, że armia polska na wschodzie niemal nie istniała, gdy
tymczasem wódź kozacki rósł w siłę. Miał więc książę
moralne prawo pisać:
„Jeżeli
tedy Rzeczpospolita tak nadmierne rany od tych zbójów zadane […]
twardym snem pokryje, nic inszego  już sobie obiecywać nie może
tylko ostateczną klęskę i zgubę […] Remedium zatrzymania
swawoleństwa tego, ukazać przynajmniej nieprzyjacielowi
szablę….
[…]”
[Jan Widacki,  Kniaź Jarema, s. 117-118]

SWOI CZUWAJCIE

GDY HISTORIA ZATOCZY SIĘ KOŁEM – O ZASZŁOŚCIACH
DZIEJOWYCH LACHÓW VEL POLAKÓW I RUSINÓW VEL UKRAIŃCÓW

Z
historii obu narodów i dotychczasowego doświadczenia wynika, że w
interesie Ukrainy i Polski jest żyć w zgodzie. Jednakże zgoda musi
mieć swe oparcie we wzajemnym zaufaniu, stan zgody można osiągnąć
pod warunkiem usunięcia wszystkich elementów panującego, tak długo
braku zaufania i podejrzeń, co do nieszczerych intencji. Ale czy
można się dziwić ludziom, którzy zapoznawszy się wcześniej z
wielce haniebnymi metodami zwalczania żywiołu polskiego i
żydowskiego na Rusi, krzywią się na sam widok Bohdana
Chmielnickiego. A przecież ów hetman i wielu jemu podobnych na
Ukrainie, zaliczani są do grona największych bohaterów narodowych.
Ba, stawia się im okazałe pomniki, a rodzima literatura wynosi ich
pod niebiosa, stawiając za wzór dla nowych pokoleń Ukraińców. O
zgrozo! Jakie niekiedy myśli mogą się rodzić w niejednym, nie
wyrobionym, młodym sercu ukraińskim, wszak wielki batiuszka narodu
Bohdan Chmielnicki rezał Żydów i Lachów, aż się wióry sypały
(może nie własnoręcznie ale robiły to na potęgę jego wojska
kozackie, a On nie umiał albo nie chciał nad tym zapanować). A
sławny Szymon Petlura, dobrze znany w Polsce, jako sojusznik Józefa
Piłsudskiego na Ukrainie w 1920 r., czy wiedział co działo się na
głębokiej prowincji?! Czy umiał i chciał temu zapobiec? W obliczu
tak zawiłych problemów z przeszłości i wobec narastających
wyzwań współczesnych, pokusiłem się o mały sondaż.
Interesowały mnie szczególnie przykłady polsko-ruskiej współpracy,
chciałem poznać na ile Rusini byli naszymi przyjaciółmi, a na ile
takimi zwać się nie mogą. Badania te zakończyły się bardzo
interesującym wnioskiem, który jak sądzę jest bardzo bliski
prawdy. Ale o tym przeczytacie już państwo na następnych stronach.

WSI SPOKOJNA WSI WESOŁA

Opisana dalej historia rozgrywa się przed i w trakcie II wojny
światowej, a jej epilog to także dzień dzisiejszy. Do 1943 r.
Swojczów był niewielką wsią położoną około 15 km na północny
wschód od Włodzimierza Wołyńskiego, t.j. około 80 km od Zamościa
w Polsce. Osiedle, jak większość na Wołyniu niezbyt duże, po
połowie zamieszkane przez Polaków i Ukraińców, ale ważne z racji
obecności, łaskami słynącego wizerunku Matki Bożej Śnieżnej,
zwanej Swojczowską.  Rzymskokatolicka parafia swojczowska powstała
w latach 1606-1607, a więc w latach największych triumfów jazdy
polskiej. Tam, bardzo daleko na wschodzie, właśnie w roku 1607, pod
Kłuszynem, wielki hetman Stanisław Żółkiewski, poprowadził 7
tysięcy rycerzy polskich do wspaniałej szarży. Naprzeciw stało 35
tysięcy wojska, tyle liczyły połączone siły
moskiewsko-szwedzkie, pod dowództwem cara Wasyla Szujskiego. Polacy
byli w tamtych latach, czołówką europejskiego rycerstwa, a Polska
liczyła blisko milion km kw. powierzchni. Krótko potem zwycięski
wódz, odbył swój wjazd triumfalny do Moskwy, witany przez
prawosławnych bojarów moskiewskich. Kto mógł wtedy przypuszczać,
że już 200 lat później, nie będzie Polski na mapach świata,
ludziom żyło się dobrze i dostatnio. I choć złoty wiek kultury
polskiej, odchodził powoli do lamusa, a nieubłaganie zbliżał się
czas rokoszów szlacheckich i nieszczęsnego liberum veto, wciąż
fundowano Kościoły i inne pomniki polskiej kultury kresowej. Także
w Swojczowie dzięki hojności właścicielki tych dóbr,
kasztelanowej wołyńskiej, Ewy z Malina Łahodowskiej, zbudowano
drewniany Kościółek, który w 1787 r. podczaszy królewski Feliks
Czacki, zamienił na piękną i dużą, murowaną świątynię.  [1]
[Nasz Dziennik, 07. 09. 1998 r., Zagłada parafii Swojczów na
Wołyniu, s. 8-9]

Sama
świątynia to jeszcze nie wszystko, aby życie człowieka, a w końcu
i całej społeczności, nabrało głębokiego sensu. Aby dzień
opływał w mleko i miód, potrzebne jest błogosławieństwo samego
Boga, a to mieszkańcy Swojczowa i okolic mieli i to bardzo piękne,
a przy tym wymowne. Otóż z pokolenia na pokolenie z wiarą i czcią,
przekazywane były następujące legendy:
„Dawno, dawno temu wśród lasów,
znajdowała się wioska zamieszkała przez zasobnych i pracowitych
ludzi, na nich napadały często bandy, rabując i niszcząc
zabudowania. Ludność wiejska często wystawiała warty, pilnując i
broniąc dobytku. Warty miały swoje hasło, na zapytanie: „Stój!
Kto idzie?!”, zapytany odpowiadał swój, odzew brzmiał czuwaj.
Druga
legenda mówi, że wśród
wioski na dużym, starym drzewie lipie ukazała się Matka Boska z
dzieciątkiem Jezus na ręku, a przy niej Anioł z mieczem, który
jak podają ludzie, miał przemówić tymi oto słowami: ‘Swoi
czuwajcie, bo nie znacie dnia ani godziny!’.

Po pewnym czasie, ludzie wybudowali na tym miejscu drewniany
Kościółek,
w nim umieścili obraz
Matki Boskiej Swojczowskiej, a samą wioskę nazwano od hasła
‘Swoi-czuwajcie’ Swojczowem.”
.
[2]
[Petronela Władyga Rusiecka, Wspomnienia z Wołynia, s. 1]
Oczywiście wciąż pozostaje to
tylko legenda, jednak bardzo piękna, przy czym wydarzenia ostatniej
wojny światowej, upewniły mnie z synowską ufnością, że jak
najbardziej prawdziwa. Tak czy inaczej ludzie tym żyli i tam i dziś,
rozsypani po całej Polsce, pamiętając o swoich korzeniach,
zachowują żywą wiarę i pamięć o swojej kulturze.

I rzeczywiście, doprawdy trudno się dziwić! Kiedy bowiem słucha
się ich opowiadań, to niemal zawsze wyłania się obraz świata,
którego właściwie już nie znamy, a który jakże często,
własnymi rękami zniszczyliśmy, albo jeszcze do tej pory, pozwalamy
na ten proceder, tu i ówdzie. Jaki to jest więc, ten świat który
z kolei na naszych oczach, odchodzi do lamusa historii ? To świat
pełny miłości, pokoju i wzajemnego poszanowania wśród plonsów,
radości, pięknego śpiewu i pysznych korowajów. To świat
urodziwych dziewcząt i młodzieńców, bez przekleństw i tandetnego
chamstwa, świat wielodzietnych i wielopokoleniowych rodzin. To świat
pobożnych nauczycieli, patriotów bez dwóch zdań, oddanych Polsce
i wielkich społeczników. Te przykłady na pewno można jeszcze
pomnożyć, ale przecież trudno zawrzeć, treść całego
opracowania, w krótkim wstępie. Wszystko zaś razem, składało się
na bardzo atrakcyjną i zupełnie osobliwą kulturę, która mogła
się podobać i rzeczywiście pociągała i „wciąż pociąga”
za sobą wielu.

A
dziś, iluż z nas coraz częściej tęskni, za spokojnym dniem,
wolnym od strachu, złodziei i coraz bardziej chamskiej, niestety
przecież rodzimej młodzieży. Iluż z nas tęskni do uśmiechniętych
twarzy, szczerej radości i kresowej pieśni bowiem nawet i te
zamieniliśmy na pogoń za chlebem i na wygodny telewizor. To
wszystko było już tam, ba pięknie i harmonijnie funkcjonowało,
rodząc cudowne owoce. Jak piękne, warto posłuchać dla przykładu
pana Antoniego Sienkiewicza z Wołynia, oczywiście takich relacji
można by w tym miejscu przymnożyć i to nie tylko z okresu
międzywojennego 1918 – 1939 , ale z całych wieków naszego
współistnienia na Kresach. Darujmy sobie jednak tę przyjemność
bowiem nie to jest celem niniejszego opracowania, zainteresowanych
mogę jednak zapewnić, że tam na pięknej i zielonej Ukrainie, czas
płynął i wciąż płynie wolno. Możecie więc sądzę, jeszcze
dziś śmiało pojechać na głęboką wieś ukraińską i choć
świat poszedł daleko naprzód, to ludzie tam nie wiele się
zmienili i są niemal tacy sami: wierzący, dobrzy, pracowici,
usłużni. Ale gdyby: ni stąd, ni z owąd, przyszło do jakiejś
większej ruchawki, a pod ręką był Żyd, Lach czy Moskal, bogaty i
najlepiej bez broni… to proszę mi wybaczyć: Boże uchowaj!!

Oczywiście
jak na każdego prawdziwego chrześcijanina i mieszkańca Zamościa
przystało ufam, że tym razem byłoby już inaczej, ale właśnie ta
sama nadzieja zobowiązuje mnie do odpowiedzialności za siebie i
innych. To znaczy do mężnego stawania w prawdzie o sobie i innych,
do nieustannego czuwania nad sobą i tą rzeczywistością, do której
powołał mnie sam Bóg Najwyższy. Tak więc, co to właściwie
znaczy: być mężnym, każdy głupi wie, że hańbą jest być
tchórzem! I w  takim razie jak rozumieć słowo: „czuwam” , tu
posłuchajmy największego zdaje się, jak dotąd z rodu Polaków,
samego Ojca Świętego Jana Pawła II, który w sierpniu 1991 r. na
Jasnej Górze, tak wołał do młodych całego świata:
„Wy,
Młodzi, jesteście przyszłością i nadzieją tego świata.
Chrystus potrzebuje Was
,
pragnie bowiem, aby Ewangelia Zbawienia dotarła do wszystkich
zakątków ziemi. Bądźcie gotowi i chętni do spełniania tej misji
w duchu prawdziwego synostwa. […] Świat, który Was otacza,
nowożytna cywilizacja, ogromnie wiele przyczyniła się do tego, aby
odsunąć od świadomości człowieka do Boże Jestem. Stara się
bytować tak, jakby Boga nie było – to jej program. Jeżeli jednak
Boga nie ma, to czy ty, człowieku, naprawdę jesteś? Przybyliście
tutaj, Drodzy Przyjaciele, aby odnaleźć i potwierdzić do głębi
to własne ludzkie jestem wobec Boga. Patrzcie na krzyż, w którym
Boże Jestem znaczy Miłość. […] Co znaczy czuwam?

To znaczy, że staram się być człowiekiem sumienia. Że tego
sumienia nie zagłuszam i nie zniekształcam. Nazywam po imieniu
dobro i zło, a nie zamazuję. Wypracowuję w sobie dobro, a ze zła
staram się poprawić, przezwyciężyć je w sobie”

[3]
[Niedziela Młodych, Częstochowa 15. 08. 1991 r. s. 6]

Oto program każdego prawego człowieka, czy to
po tej, czy po tamtej stronie rzeki Bug. Jestem głęboko przekonany,
że jeśli tak będziemy żyć i na takim fundamencie będziemy
budować naszą wspólną przyszłość na ziemi i pod słońcem,
które daje nam Bóg, jeszcze na naszych oczach ziści się marzenie
naszych przodków. Nastanie czas wielkiej zgody i pojednania, przyjdą
nowi ludzie, a wraz z nimi nastanie rzeczywista nowa era w Europie
Środkowo – Wschodniej. Póki co, bardzo daleko nam jeszcze do tego
i jeśli nie chwycimy już dziś społem, wszyscy, jak jeden mąż za
różaniec, próżne nasze marzenia i wysiłki. Powiem więcej; jeśli
nie usłuchamy Madonny z Gietrzwałdu, Anioła z mieczem ze Swojczowa
i wielkiego proroka Bożego Jana Pawła II z Jasnej Góry, przyjdzie
na nas niechybnie taki czas, gdy wielu będzie znów szczerze wołać:
„padnijcie na nas góry,
przykryjcie nas pagórki”
. Dziś
jest jeszcze czas, dziś można jeszcze zbudować lepszą przyszłość,
ale
jak powiada wielki w swej mądrości
Kohelet:
„Wszystko
ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod
niebem
: jest czas rodzenia i
czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono
[…], czas miłowania i czas nienawiści, czas wojny i czas pokoju.
[…]”
[4]
[Księga Koheleta, 3,2 i 3,8]

Modlę się, aby mój naród i moja rodzina,
umiała dobrze i mądrze korzystać z tego dobra, które wypracowało
tak wiele pokoleń, skądinąd pobożnych Polaków, aby tego
dziedzictwa i tej swoistej kultury nie odrzuciła.
Właśnie
temu ma służyć także ta książka oraz poniższa relacja pana
Antoniego Sienkiewicza. Wsłuchajmy się w to serce bijące po polsku
i tak po „swojczowsku” .

ŚWIADECTWO KRESOWIANINA

Nazywam się Antoni Sienkiewicz mam 82 lata, mieszkam we wsi Moroczyn

56, gm. Hrubieszów, powiat Hrubieszów. Urodziłem się 20 lutego
1921 r. w kolonii Piński Most, gm. Werba, powiat Włodzimierz
Wołyński. Mój tato miał na imię Michał, a mama Józefa z domu
Świstowska. Moja rodzina była polską, miałem trzech braci i jedną
siostrę, najstarszy był Hipolit z 1910 r., druga była Leokadia z
1913 r., trzeci był Kazimierz z 1916 r., czwartym dzieckiem byłem
ja z 1921 r., najmłodszy był Eugeniusz z 1923 roku. Jako młody
chłopak miałem wielu kolegów, przeważnie Polaków, choć jeden
był Ukraińcem, nazywał się Piotr Romaniuk i pochodził z kolonii
Zarudle. Piński most to była mała kolonia polska, w której
mieszkało tylko 12 gospodarzy, ale nie w ilości siła. A jakości w
naszej kolonii nie brakowało bowiem kilku z nich, należało do
elitarnej organizacji, która nazywała się: „Krakusy”. Należało
tam dwóch moich rodzonych  braci: Hipolit i Kazimierz oraz Stanisław
Hypś i Józef Świstowski. Każdy z nich posiadał swojego konia,
swoją Lancę i szablę oraz inne potrzebne uposażenie.

Przed wojną nie raz, przeważnie w niedzielę, mogłem ich
podziwiać, właśnie tak jeżdżących i ćwiczących. Na polu
Stacha Hypsia była „ujeżdżalnia” i pamiętam dobrze, jak wielu
kolegów przyjeżdżało do nich, aby poćwiczyć, czasami nawet z
dość oddalonych miejsc. Dla przykładu z Marianpola przyjeżdżał
pan Rak, z Mikołajówki pan Stasilewicz, z Turii pan Dobrowolski, a
ich szefem był pan Abramowicz lat około 40, który był z
Dominopola. Wszyscy należeli do szwadronu Kawalerii we Włodzimierzu
Wołyńskim skąd też otrzymali potrzebne uposażenie. Pamiętam, że
kiedy się ładnie ubrali to naprawdę było na co popatrzeć, mi
osobiście bardzo się podobały specjalne koce pod siodło, na
których były biało czerwone chorągiewki i po jednej i po drugiej
stronie konia.

Ludności ukraińskiej u nas nie było, za to mieszkała u nas jedna
rodzina żydowska o nazwisku Szloma. Stary Żyd miał lat około 70,
a jego żona około 65, mieli też trzech synów: Dawid lat około
35, Herszko lat około 30 i Moszko lat ok. 25 oraz jedną córeczkę,
której było na imię Łejka lat około 17.

 

POD SERCEM MARYJI ZE SWOJCZOWA

Dla Królestwa
Niebieskiego narodziłem się w Kościele p.w. Narodzenia
Najświętszej Marii Panny w Swojczowie, gdzie już od wieków
czczony był łaskami słynący wizerunek Matki Bożej Śnieżnej.
Tam też przystąpiłem do pierwszej Komunii Świętej oraz do
sakramentu dojrzałości chrześcijańskiej, do dziś bardzo dobrze
pamiętam ten dzień, kiedy udzielono mi sakramentu Bierzmowania.
Wraz z licznymi kolegami spotkaliśmy się już przed naszym
Sanktuarium, było nas dość dużo i byliśmy poubierani w piękne
świąteczne ubrania, ale przecież i chwila jak najbardziej
stosowna. Potem razem z księdzem weszliśmy do Kościoła, przybył
do nas też ksiądz biskup, który osobiście udzielał nam
sakramentu Bierzmowania. Kiedy podszedł do mnie i zobaczył moje
kalectwo, stała przy mnie moja mama i powiedziała, że błaga, że
modli się o zdrowie dla mnie i o moja niepewną przyszłość.
Bardzo martwiła się, jak ja sobie dam radę w życiu. Tymczasem
ksiądz biskup pogłaskał mnie czule po głowie i powiedział:
„Wszystko w mocy Boga, to nic nie szkodzi, może długo żyć.”
I proszę żyję do dziś, mam się całkiem dobrze i moja
rodzina także, choć przecież czasy, w których przyszło mi zmagać
się ze zwykłą codziennością, rzeczywiście nie należały do
najłatwiejszych. Muszę jednak podkreślić, że w najtrudniejszych
chwilach zawsze uciekałem się do naszej umiłowanej Matki Bożej
Swojczowskiej, a ona zawsze wspierała mnie swoją macierzyńską
pomocą. Nawet w dzisiejszych czasach, kiedy tylko mogę, jadę 08
września na uroczysty odpust do Otwocka pod Warszawą. Właśnie tam
znalazł swoje miejsce nasz cudowny wizerunek przeczystej i
niepokalanej Panienki ze Swojczowa i tam też od lat, pielgrzymują
nasze wołyńskie rodziny.

To już losy
powojenne, póki co w ołtarzu głównym w naszym Kościele wciąż
znajdował się ukochany Obraz Matki Bożej Swojczowskiej. Zwykle
zasłonięty był innym obrazem, przedstawiającym Pana Jezusa
unoszącego się w powietrzu, a pod nim na ziemi leżało 3 albo 5
ludzi i patrzyli w górę. To było chyba Zesłanie Ducha Świętego.
Gdy obraz był odsłaniany, śpiewano piękną pieśń, my w tym
czasie klęczeliśmy, a ministranci pięknie dzwonili dzwoneczkami.
Obraz odsłaniał kościelny kręcąc korbką, która znajdowała się
po lewej stronie Ołtarza, natomiast zakrystia znajdowała się po
prawej stronie Ołtarza. W naszym Kościele nie było pięknej
tradycji obchodzenia Ołtarza do około, którą można spotkać w
innych znanych sanktuariach maryjnych i dawniej i dziś. Oprócz
Ołtarza głównego w naszej świątyni było jeszcze dwa piękne
ołtarze boczne, ale nie pamiętam już dziś komu były poświęcone.
Przy jednym z nich, niekiedy modlił się ks. Symon, przeważnie
przyjeżdżał do nas na Odpust. Po wojnie służył w Horodle w
kościele św. Jacka i Matki Bożej Różańcowej.

 

KOCHALIŚMY
ŚPIEWAĆ NA WOŁYNIU

Warto dodać, że przy
naszym Kościele w Swojczowie był przepiękny chór złożony już z
dorosłych osób, które ładnie potrafiły śpiewać, przy czym
wtórowały im nasze piękne parafialne organy. Maryjny kult mocno
promieniował nie tylko na Swojczów i naszą okolicę, a objawiało
się to, nie tylko lgnięciem wiernych do maryjnych nabożeństw, ale
przede wszystkim zamiłowaniem do pieśni religijnych, ale i
wszystkich innych. W tamtych czasach na Wołyniu naprawdę kochano
śpiewać, kochano te wspólne rodzinne spotkania i wieczory kiedy
płynęła z piersi radosna i rześka pieśń patriotyczna. To był
zarazem piękny model wychowania i niezwykła, swoista kultura i to
zarówno Polaków jak i Ukraińców
, wszyscy śpiewali.
Poszczególne święta w roku miały swoje obrzędy i oczywiście
pieśni. Jeszcze przed wojną jako młody chłopak, sam wykonałem
gwiazdę i wraz z kolegami chodziliśmy po naszej kolonii oraz po
sąsiednich wsiach i kolędowaliśmy. Pamiętam, że wraz ze mną
chodził Antoni Dobrowolski z koloni Piński Most oraz parobek u
sąsiada, który nazywał się Wieszczak. Kolędowaliśmy przeważnie
w koloniach Wandywola i Zarudle, omijaliśmy natomiast bliski
Dominopol bowiem tam było dużo podobnych grup, a więc duża
konkurencja. W tej pięknej i kultywującej tradycje wsi, wierni
robili nawet przedstawienie nazywane: „Herody”, w którym
występowały takie postacie jak: śmierć, diabeł rogaty, Marszałek
Polski Józef Piłsudski i sam Herod. Nie chodziliśmy dla pieniędzy,
raczej dla radości, że w ten sposób mamy drobny wkład w
podtrzymywanie pięknych tradycji, śpiewania pięknych kolęd
polskich. To zawsze dodawało nam skrzydeł, dlatego kolędowaliśmy
nawet podczas II wojny światowej i właściwie nikt, z tego powodu
nie robił nam przykrości. Niektórzy w naszych stronach kolędowali
jeszcze w roku 1942 r. .

 

ODPUSTY
W SWOJCZOWIE

Największe
uroczystości zawsze gromadziły w Swojczowie tłumy wiernych, którzy
przyjeżdżali nawet z odległych stron. Szczególnie Odpusty stawały
się takim czasem, kiedy mogliśmy spotkać wielu gości, a było u
nas dwa odpusty, mniejszy przypadał 15 sierpnia na Matki Bożej
Wniebowziętej i trwał tylko jeden dzień. Drugi wypadał 08
września w święto Narodzenia Najświętszej Marii Panny i ten był
najważniejszym Odpustem w naszej parafii, który trwał przez trzy
dni. Pamiętam, że trwało wtedy uroczyste 40-godzinne nabożeństwo,
które zaczynało się o godzinie 18.00 nieszporami, dwa dni przed
właściwym Odpustem. Następnego dnia, t.j. 07 września modlitwy
trwały przez cały dzień, a nasi wierni z nadzieją i wiarą
powierzali Maryi swój los, swoje życie, powołanie, codzienne
troski i kłopoty.

W tych dniach,
przychodziły do Swojczowa piesze pielgrzymki z takich miejscowości
jak: Horodło nad Bugiem, Sielec, Poryck, Kisielin, a nawet z
odległego Sokala. Wiele razy widziałem, jak Ci radości i
rozmodleni pielgrzymi, całymi grupami wchodzili do naszej wsi, aby
pokłonić się naszej pięknej i dobrej Królowej. Na ich czele
zwykle kroczył kapłan, gdy byli już blisko na przeciw nich
wychodził nasz proboszcz ks. Franciszek Jaworski, w otoczeniu wielu
wiernych naszej parafii i radośnie witał w Imię Jezusa Chrystusa,
przybyłych pielgrzymów, niemal całował pobożnie ich
błogosławione stopy. Uroku tej chwili przydawały jeszcze, radośnie
bijące dzwony w przykościelnej dzwonnicy. Trzeciego dnia, tych
wielkich świąt w naszej parafii, były już wokół Kościoła
prawdziwe tłumy wiernych, rozradowanych i religijnie rozśpiewanych.
Ludzie jak zwykle przybywali ubrani bardzo odświętnie, a zarazem
bardzo różnie, było więc wesoło i kolorowo. A muszę dodać, że
mieliśmy tam na Kresach, piękną i postawną młodzież, chłopcy
rośli, a dziewczęta urodziwe.
Tak więc choć plac
przykościelny był naprawdę dość duży, mimo wszystko, niemal
cały zapełniał się furmankami, tak że wielu z tych, którzy
przybyli później, musiało już korzystać z łąki naszego
organisty, Polaka o nazwisku Jakubicki.

Szczególnie uroczysta
była procesja, która odbywała się zarówno podczas małego, jak i
wielkiego Odpustu. Jak zawsze na koniec nabożeństwa szliśmy
radośnie dookoła naszej świątyni, chyba 3 razy, a razem z nami
kroczył sam Pan Jezus. Ludzie nieśli wtedy zwykle nasze sztandary
oraz obrazy, a dziewczynki, które w tym roku przystąpiły do
pierwszej Komunii Świętej, sypały wdzięcznie kwiatki. Biły
radośnie dzwony, a ludzie wyjątkowo głośno i radośnie śpiewali.
Na koniec, jak w zwykle, już w Kościele wszyscy otrzymywali
szczególne błogosławieństwo, połączone z odpustem zupełnym pod
zwykłymi warunkami.

Oczywiście jak
Odpust, to tak jak i dziś, tak i w tamtych czasach, zjeżdżało się
wielu handlarzy, którzy rozstawiali swoje kiermasze. Tam to dopiero
był ruch i prawdziwy jarmark, który robiły przeważnie dzieci,
uradowane tak wymyślnymi słodyczami i przeróżnymi zabawkami.
Jeden z mieszkańców Wólki Swojczowskiej, która przylegała do
Swojczowa Ukrainiec Aleksiej Wydychaj, wpadł na dobry pomysł i
postanowił zrobić dobry interes na tych tłumach ludzi. Jako zdolny
człowiek zbudował karuzelę, którą w tych dniach stawiał na
placu przykościelnym, widać miał pozwolenie księdza i robił na
tym niezłe pieniążki, a dzieciaki miały przy tym dodatkową
radochę. Karuzela była oczywiście napędzana ręcznie przez same
dzieci. Ponieważ nie mieliśmy swojej rodziny w Swojczowie, zaraz
wracaliśmy spiesznie do swojego rodzinnego domu, na smaczny i
uroczysty obiad

 

POBOŻNI
NAUCZYCIELE I DOBRA SZKOŁA

. W Swojczowie służyłem wiele razy do Mszy
Świętej jako ministrant, a zawdzięczam tę łaskę naszym
wspaniałym nauczycielom ze Swojczowa, którzy w każde święto
prowadzili nas czwórkami, na godzinę 9.00 rano do Kościoła na
Mszę Świętą. Była poza tym zrobiona lista, według której
kolejne osoby służyły przy ołtarzu, to mi się bardzo podobało.
Nie był  to jedyny przejaw głębokiej wiary i patriotyzmu naszych
wychowawców i nauczycieli. Bardzo miło wspominam także lekcje
prowadzone przez naszego dyrektora szkoły, Polaka Stefana Stępień,
który o ile dobrze pamiętam, uczył nas języka polskiego. Gdy
rozpoczynał lekcje mówił krótko: „modlitwa”, wtedy wszyscy
wstawali w klasie w swoich ławkach, a on odwracał się przodem do
tablicy nad którą wisiał Krzyż i wspólnie głośno odmawialiśmy
modlitwę, oto jej słowa: „Duchu Święty, który oświecasz
serca i umysły nasze, dodaj nam ochoty i zdolności, aby ta nauka
była pożytkiem doczesnym i wiecznym przez Chrystusa Pana naszego
Aman.”
Potem wszyscy siadaliśmy na swoich miejscach
i trwała normalna lekcja, sytuacja powtarzała się, gdy kończyliśmy
już swoją naukę. Znowu wspólnie odmawialiśmy modlitwę, tym
razem dziękczynną, dopiero po niej szliśmy do domu. Modliliśmy
się wspólnie i nikt się temu nie sprzeciwiał, chociaż w mojej
klasie, była nawet jedna Żydówka oraz dwóch Żydów. Jeden z nich
miał na imię Abram, a drugi Herszko, obaj pochodzili ze wsi
Widełka, od strony Włodzimierza, to były wysokie chłopaki, ale
nie wiem co się później z nimi stało. W mojej klasie byli też
Niemcy, w tym Herman Negier z kolonii niemieckiej Wandywola oraz
Ukraińcy, dla przykładu Liwiniuk ze wsi Wólka Swojczowska.
Szczerze mówiąc nie wiem czy modlili się razem a nami, ale nie
pamiętam, aby kiedykolwiek żalili się, że ich ktoś prześladuje,
albo składali jakieś protesty do dyrekcji naszej szkoły. W szkole
odbywała się także religia, przychodził do nas ks. Franciszek
Jaworski, a do młodzieży ukraińskiej pop prawosławny ze
Swojczowa. Niedaleko szkoły, tylko zaledwie 50 metrów, była
wysoka, drewniana i piękna Cerkiew, pamiętam że była pomalowana
na zielono i pokryta blachą.

 

DZIEŁO
DOBREGO PASTERZA

Pierwszego kapłana,
którego pamiętam w Swojczowie, to był ksiądz Kurowski, ale
niestety jego posługa spotkała się z krytyką naszych parafian.
Wtedy przyszedł do naszego Kościoła ksiądz staruszek, który tym
bardziej, nie dawał sobie rady z posługą w tak wielkiej parafii.
Wiem o tym dobrze ponieważ, nasi parafianie publicznie o tym
dyskutowali wiele razy. Dopiero gdy do Swojczowa przyszedł ks.
Franciszek Jaworski, nasza parafia zaczęła tętnić życiem, już
od pierwszych dni można było zauważyć, że wspaniale się u nas
czuje i doskonale daje sobie radę. Nasi ludzie także bardzo go
polubili i chętnie udzielali wszelkiej pomocy przy rozwoju naszej
parafii. Jednym z pierwszych jego dzieł, była więc aktywizacja
Kościoła, który budują przecież parafianie i ich rozmodlone
serca, potem były następne. Dla przykładu nowa, ładna kaplica
zbudowana tuż obok naszej świątyni, o ile dobrze pamiętam
poświęcona była Matce Bożej. Stała po lewej stronie Kościoła i
była zwrócona przodem do ołtarza głównego. Ks. Franciszek
poszerzył tez plac wokół Kościoła oraz zbudował na zewnątrz
poddasze, pod którym księża spowiadali tłumy wiernych,
szczególnie w czas niepogody. Obok Kościoła stała też murowana,
piękna i zabytkowa dzwonnica. Były tam 3 dzwony, jeden z nich był
tak duży, że słychać go było bardzo daleko, nawet na odległość
15 km. Niektórzy parafianie mówili, że dzwony ze Swojczowa słychać
nawet we wsiach Kowalówka i w Budy Osowskie. Gdy jednej zimy, około
1929 r., mrozy w naszych stronach dochodziły nawet do 40 stopni,
jeden z tych dzwonów nie wytrzymał i pękł, wtedy odlaliśmy nowy
dzwon. Każdy z nich miał swoje imię, a jeden to był chyba Bartek.

Do piewszej mojej
szkoły chodziłem do niedaleko położonej, dużej i pięknej wsi
polskiej Dominopol. Tam pod Lasem Świnarzyńskim znajdował się
duży drewniany dom pod blachą, który należał do gospodarza Pawła
Buczko. Pan Buczko wynajmował swój dom dla potrzeb naszej 4 –
klasowej szkoły. Oczywiście w szkole miałem bardzo wielu kolegów
i koleżanek, ale znowu prawie wyłącznie Polaków bowiem na około
120 rodzin mieszkających w Dominopolu, prawie wszyscy byli
narodowości polskiej. Mieszkało tam tylko dwie rodziny ukraińskie:
Stefana Dubczuka i Teodora Dubczuka.

 

DOMINOPOL – PERŁA WOŁYNIA

Pamiętam, że bardzo lubiłem ludzi z Dominopola bowiem pięknie
potrafili śpiewać i to zarówno podczas różnych uroczystości,
jak i w swoich rodzinnych domach. Bardzo miło wspominam także te
chwile, kiedy wraz z nimi gromadziłem się przy figurze, stojącej w
środku samej wsi. To był nowy, wysoki i piękny Krzyż z drzewa
przy którym w maju śpiewaliśmy nabożeństwo majowe. Drugi Krzyż
w tej wsi, stał tuż obok naszej szkoły przy drodze do ukraińskich
wsi: Wołczak i Rzewuszki, jeszcze dziś przypomina mi się ten
zwyczaj zdejmowania tam naszych czapek. Ponieważ w Dominopolu
naprawdę ludzie pięknie potrafili śpiewać, zauważył to także
nasz nauczyciel z Teresina i utworzył młodzieżowy chór, w którym
dużo śpiewano, nawet na głosy. Także ja trafiłem do tego chóru,
śpiewaliśmy raz w tygodniu w szkole. Nasz repertuar obejmował
najróżniejsze pieśni, w tym patriotyczne i religijne, ale ja
najmilej wspominam kolędy na uroczystość Bożego Narodzenia.

W
Dominopolu zawiązała się i aktywnie działała organizacja
szlachty zagrodowej, która podtrzymywała tradycje szlacheckie i
polskie. Widziałem jej przedstawicieli, jak wiele razy brali udział
w uroczystościach z okazji narodowego Święta 3 Maja
przy
naszym kościele parafialnym w Swojczowie. Do tej organizacji
należały takie rodziny jak: Potoccy, Ulerycy, Turowscy, Wasilewscy,
Magreccy, Buczki, Traczyńscy i Zawadźcy.

W tym
czasie moim najlepszym przyjacielem był Stanisław Czyżewski z 1921
r., Polak z kolonii Zarudle, z którym razem chodziłem do jednej
klasy. To były bardzo radosne lata, często bywałem gościnnie u
moich kolegów w ich domach, najczęściej oczywiście w Dominopolu.
Miałem więc wiele okazji, aby dobrze przyjrzeć się ludziom,
którzy tam mieszkali i zauważyłem, że to byli bardzo dobrzy i
spokojni ludzie. Przed wojną nie przypominam sobie, aby między
Polakami i Ukraińcami w naszych stronach panowała jakaś niezgoda
czy choćby wzajemna niechęć. Było bardzo spokojnie i panowała
zgoda, poza tym Ukraińców spotykałem raczej bardzo rzadko i siłą
rzeczy nie mogłem mieć do nich jakiś uprzedzeń.

Gdy
ukończyłem 4-klasową szkołę w Dominopolu swoją naukę
kontynuowałem w niedalekim Swojczowie, gdzie zaliczyłem jeszcze 3
klasy. Tym razem do szkoły miałem już 4 km, latem chodziliśmy na
piechotę, a zimą jeździliśmy tam saniami. Był to wiek, kiedy ja
i moi koledzy mieliśmy szereg różnych zainteresowań, a które
mieliśmy wielką ochotę rozwijać. Dla przykładu, żywo
interesowaliśmy się rolnictwem i braliśmy udział w różnych
kółkach problemowych. Po ukończeniu nauki w Swojczowie miałem
więcej czasu na pomoc w naszym domowym gospodarstwie, podjąłem też
naukę w zawodzie szewskim. Bardzo chciałem nauczyć się dobrze
robić buty i w tym celu całą zimę chodziłem do kolonii
Wandywola. Pobierałem tam naukę, u mojego kolegi Karola Pietruszka,
który był dwa lata starszy. W 1940 r. Sowieci powołali Karola do
swojej armii i od tej pory wszelki słuch po nim zaginął. Wydaje mi
się, że zginął jak wielu innych, podczas krwawej wojny w
Finladii. Niedługo później, podjąłem też pracę jako sprzedawca
we wsi Dominopol. Sklep w którym sprzedawałem najczęściej
artykuły spożywcze, należał do Spółdzielni Rolniczej „Zgoda”,
miałem wtedy okazję, jeszcze bliżej poznać te rodziny, które i
tak już bardzo dobrze znałem z mojego dzieciństwa. Po jakimś
czasie znałem i to dobrze, właściwie wszystkich mieszkańców w
tej, tak bardzo polskiej wsi. […] [5]
[Sławomir Roch, Wspomnienia Antoniego Sienkiewicza z kolonii Piński
Most z Wołynia, Moroczyn 2003 r., s. 1-5]

Właśnie po temu, tak trudno zrozumieć, dlaczego właśnie tam,
gdzie ludzie przez tyle lat żyli zgodnie, niemal w atmosferze
„wiejskiej sielanki” , właśnie tam, zło rozwinęło się
do tak monstrualnych rozmiarów ? I pytanie jeszcze istotniejsze: czy
w tamtych okolicznościach, można było temu zaradzić ? Sądzę, że
ciekawa lektura osobistych odczuć, przeżyć i wyborów pani Janiny
Topolanek, która w tamtym, tragicznym roku 1943 była już mężatką,
pozwoli państwu, głębiej wniknąć w realia, w jakich przyszło
żyć naszym bohaterom. Dodam przy tym, że naprawdę, realia te nie
należały już do najłatwiejszych i kto wie, czy nie był to jeden
z najbardziej okrutnych frontów II wojny światowej. Na pewno zaś,
mamy do czynienia z ludobójstwem, a więc najcięższą zbrodnią,
która w świetle prawa międzynarodowego, nie ulega przedawnieniu.
Cóż więc takiego tam się wydarzyło, że nawet znany już „z
stąd i onąd”
Instytut Pamięci Narodowej (IPN), publicznie
zakwalifikował wypadki wołyńskie jako zbrodnię ludobójstwa ? O
tym też, przeczytacie państwo we wspomnieniach pani Janiny oraz w
wielu innych relacjach, (są już dostępne na tej samej stronie
www.wolyn.btx.pl
), a opublikowane w poprzednich tygodniach i miesiącach.

MARNOŚĆ, WSZYSTKO MARNOŚĆ……

Mądrymi słowami Koheleta, mojego ulubionego przewodnika po
niełatwych ścieżkach życia, pragnę wprowadzić niejako moich
czytelników, w tamte dni naznaczone ludzkim bólem i cierpieniem.
Człowiek jako istota ukształtowana na podobieństwo samego Boga
został powołany, aby stwarzać, budować i królować w tym pięknym
świecie, który go otacza. Dlatego wszędzie gdzie pojawi się
rodzaj ludzki, zaraz też pojawiają się kwiaty, owoce, uprawy,
zwierzęta, domy, całe osiedla ludzkie, figury, Kościoły, wreszcie
całe miasta. Nasza kultura nazwała ten proces cywilizacją, a
rozwój postępem, im wyższa kultura danego narodu, tym wyższa
cywilizacja i większy dobrobyt. Upadek kultury człowieka, danej
grupy społecznej czy Narodu, to potęgujący się ból jednostki,
regres społeczny, a nawet pogaństwo w skrajnych przypadkach,
posunięte do zezwierzęcenia postaw i zachowań poszczególnych
osób, czy nawet całych grup spoełecznych i partii. Niemal cała
historia rodzaju ludzkiego, to nieustanna walka pomiędzy dobrem i
złem, miłością i nienawiścią, rozwojem i cofaniem się,
budowaniem i niszczeniem.

Wiernym
zwierciadłem zmagania się tych dwóch realnych i bardzo potężnych
mocy są dzieje społeczności polskiej, rozlanej po obszernej,
zielonej i pięknej Ukrainie. Od najwcześniejszych wieków Polacy i
Rusini wspólnie budowali na tych ziemiach swoją przyszłość. Raz
było lepiej, innym razem gorzej, generalnie jednak rzecz biorąc
dobrze. Póki budowano, niekiedy nawet z rozmachem, jak za królów
Kazimierza Wielkiego i Zygmunta Starego, póty rozwijała się
kultura i wzrastała zamożność, gdy brano się za łby, bywało
już różnie, najczęściej źle! Ogólnie jednak rzecz biorąc nie
było najgorzej, aż do początku XVII wieku kiedy pod ciężarem,
rzeczywiście bardzo poważnych problemów religijnych, społecznych,
ekonomicznych i kulturalnych właściwie zawalił się misterny
gmach, mimo wszystko wspaniałej I Rzeczpospolitej. Nie oszukujmy
się, gdyż każdy rozsądnie myślący strateg, polityk i historyk,
doskonale zdaje sobie sprawę, że nieszczęsne rozbiory z końca
XVIII wieku miały swój początek w tragicznej i jakże krwawej
epopei na Ukrainie. Klęska wiekopomnej myśli politycznej Trojga
Narodów, wprowadzonej w życie w 1658 r. w Hadziaczu, była
pierwszym krokiem do zniewolenia najpierw Rusi, a w całkiem
niedalekiej przyszłości także Rzeczpospolitej. Tak oto na naszych
oczach, gdy my braliśmy się „ochoczo za bary” ,
przelewając bratnią krew i tak potężna Rosja rosła w siłę, a
sprytne Prusy misternie i systematycznie niszczyły wielkie dzieło
słowiańskich narodów: Grunwald i Hołd Pruski.

ŚW. ANDRZEJ BOBOLA – PATRON TRUDNYCH CZASÓW

Wydarzeniom tym, towarzyszyło niestety trudne wprost do opisania
okrucieństwo i to z obu stron, przy czym wydaje się, że Kozacy
prześcigali w tym mistrzostwie Polaków i to na całą długość.
Zadnieprze wprost niszczono „ogniem i mieczem”. Ginęły
tysiące niewinnych ludzi – zarówno unitów, łacinników, jak i
prawosławnych. Jednak szczególnie cierpiała ludność wyznania
katolickiego. Prawie wszystkie świątynie katolickie i klasztory
zburzono. Ginęli franciszkanie, męczeństwo poniosło wielu
dominikanów. Głównie jednak kozaczyzna głosiła wojnę przeciw
unii i jezuitom.
Nie przebierano w środkach, doskonałym
przykładem stosowanych wówczas metod i form oddziaływania na
swoich przeciwników, urastającym do rangi symbolu jest opis męki
św. Andrzeja Boboli, ogłoszonego nie tak dawno, głównym patronem
Polski.

A
było to tak: kozacy pod dowództwem Zdanowicza dowiedzieli się, że
w okolicy znajduje się pewien polski Jezuita Andrzej Bobola SJ,
wielki szkodnik, który spowodował odstępstwo wielu ludzi od
prawosławia. Usłużni ludzie poinformowali także, że obecnie
znajduje się w Peredyle, na dworze Przychockiego, dzierżawcy wsi
Mohylna. Wtedy dowódca watahy posłał oddział kozaków z rozkazem
ujęcia Boboli i doprowadzenia go do Janowa. Tak rozpoczęły się
ostatnie, chwalebne godziny apostoła Pińszczyzny, zwanego
„duszochwatem” i „łowcą dusz”, oto dokładny opis
męczeńskiej śmierci św. Andrzeja Boboli: „Możliwe, że
wieści o gwałtach w Janowie doszły już do Peredyla i wskutek nich
Bobola wsiadł na wóz, by się schronić gdzieindziej. W każdym
razie pewnem jest, że kozacy dopadli go jeszcze w Peredyle, jadącego
wozem. Woźnica Jan Domanowski rzucił lejce i zbiegł do lasu,
Andrzej zaś pozostał na miejscu i polecając się Bogu, oddał się
w ich ręce. Było już po południu. Kozacy powierzyli swe konie
Jakubowi Czetwerynce i poczęli natychmiast „nawracać’ Andrzeja
na wiarę prawosławną. Namowy i groźby nie odniosły skutku, wobec
tego obnażyli go, przywiązali do płotu i skatowali nahajkami,
poczem odwiązanego bili po twarzy, przyczem Andrzej postradał kilka
zębów. Następnie związali mu ręce, umieścili go między dwoma
końmi, do których go przytroczyli i ruszyli do Janowa. Kiedy w
ciągu czterokilometrowego marszu Bobola opadał z sił, popędzali
go nahajkami i lancami, po których pozostały dwie głębokie rany w
lewym ramieniu od strony łopatki, prócz tego jedno cięcie,
prawdopodobnie od szabli, na lewym ramieniu.

Odarty z odzienia, pokryty sińcami i krwawiącymi ranami, odbył
Andrzej swój wjazd triumfalny do Janowa, gdzie eskorta oddała go
niezwłocznie w ręce starszyzny. Tu przyjęto go podobno
szyderstwami i okrzykami: ‘To ten Polak, ksiądz rzymskiej wiary,
który od naszej wiary odciąga i na swoją polską nawraca!’

Jeden z kozaków dobył szabli i wymierzył cięcie w głowę Boboli,
ten jednak wskutek naturalnego odruchu uchylił się i zasłonił
ręką, tak, że częściowo udaremnił śmiertelne cięcie, ale za
to poniósł bolesną ranę w pierwsze trzy palce prawej ręki.
Równocześnie sprowadzono unickiego proboszcza janowskiego Jana
Zaleskiego i uwiązano go do płotu, by go później poddać
torturom. Jakiś litościwy wieśniak, korzystając z tego, że
Kozacy zajęci byli męczeniem Boboli, przeciął więzy i ułatwił
Zaleskiemu ucieczkę. Przygotowane przez kozaków krwawe widowisko
ściągnęło liczny tłum ciekawego pospólstwa, wśród którego
znajdowali się obok Czetwerynki, Joachim Jakusz, Chwedko, Jan
Skubieda, Paweł Hurynowicz, Stasnisław Wojtkiewicz, Dryk i Utnik.
Tymczasem kozacy bezzwłocznie zajęli się Bobolą. Kolejności
katuszy mu zadanych, wobec chaotycznych zeznań świadków w
procesach apostolskich, ustalić niepodobna, zastosowanie ich oraz
rodzaj nie ulega żadnej wątpliwości.

Na
rynku janowskim w pobliżu drogi, wiodącej do Ohowa, stała szopa
Grzegorza Hołowejczyka, służąca za rzeźnię i jatkę.
Wprowadzono tam Bobolę, rzucono go na stół rzeźnicki i uwiwszy
wieniec z młodych gałęzi dębowych ściskano mu głowę.
Następnie, wzywając go do porzucenia wiary katolickiej, przypiekali
mu ciało ogniem.
Stałość Andrzeja doprowadziła ich do
coraz większego okrucieństwa. ‘Temi rękami Mszę odprawiasz, my
cię lepiej urządzimy’ , mieli wołać do niego i wbijali mu
drzazgi za paznokcie. ‘Temi rękami przewracasz kartki ksiąg w
kościele, my ci skórę odwrócimy, ubierasz się w ornat, my cię
lepiej ozdobimy, masz za małą tonsurę na głowie, my ci wytniemy
większą’
, wołali podobno w dalszym ciągu,
zdzierając nożami skórę z rąk, piersi i głowy, odcinając
wskazujący palec lewej ręki, końce obydwu  pierwszych palców i
wycinając skórę z dłoni. Łaska, jakiej Bóg udziela swym
wybranym męczennikom, krzepiła Bobolę i dodawała mu wprost
nadludzkich sił fizycznych i moralnych, dzięki czemu, poddając się
woli Boga, wśród jęków wzywał świętych imion Króla i Królowej
Mecznników, Jezusa i Marji, a w odpowiedzi na szyderstwa i
bluźnierstwa swych katów, wzywał ich opamiętania. Ci prowadzili
swe ohydne dzieło w dalszym ciągu.
Wykłuli mu prawe oko,
przewrócili go na drugą stronę, zdzierali mu skórę z pleców i
świeże rany posypywali plewami z orkiszu, odcięli mu nos i wargi,
przez otwór, wycięty w karku, wydobyli język i odcięli u nasady,
wreszcie powiesili go u sufitu za nogi, głową na dół i naśmiewali
się z ciała, rzucającego się w konwulsjach i skurczach nerwowych:
‘Patrzcie, jak Lach tańczy!’
Dwugodzinne katusze
dobiegały już końca, odcięty ze sznura, padł Bobola na ziemię i
odziany w najcenniejszy ornat, bo utworzony z purpury krwi własnej,
wznosił swe okaleczałe ręce ku niebu, składając u tronu Boga
ofiarę z życia i krwi własnej.

Tak
kończył swą pielgrzymkę ziemską apostoł miłości i jedności,
który prawie całe swe życie oddał na służbę Bogu i dobro dusz,
i nie zawahał się nawet przed złożeniem ofiary z swego życia,
tego dowodu najwyższego stopnia miłości Boga i bliźniego.
Dwukrotne cięcie szablą w szyję, było ukoronowaniem tragedii
janowskiej, której padł ofiarą dnia 16 maja 1657 r. Andrzej
Bobola”.

Krytycznego opracowania dziejów Świętego dokonał ks. Jan
Poplatek, jezuita. Jemu właśnie zawdzięczamy wartościową
książkę, zatytułowaną: „Błogosławiony Andrzej Bobola
Towarzystwa Jezusowego. Życie – Męczeństwo – kult”
,
wydaną w roku 1936 w Krakowie nakładem Wydawnictwa Apostolstwa
Modlitwy. [6] [o. Mirosław
Paciuszkiewicz SJ, Będę jej głównym patronem, Kraków 1995, s.
22-24]

W tej
pięknej książce o życiu i dziele św. Andrzeja czytamy ponadto
istotne fakty, tyczące się losów ludności kresowej: „Na
Polesiu grasowały oddziały Zdanowicza. Jeden z nich zajął Pińsk.
Prawosławni bardzo szybko połączyli się z tymi oddziałami. Unici
i Polacy – zarówno świeccy jak i duchowni – w lasach i
pobliskich miejscowościach szukali schronienia przed grożącymi
napadami. W takich okolicznościach opuścili Pińsk najbardziej
zagrożeni spośród jezuitów – księża Szymon Maffon i Andrzej
Bobola. Maffon znalazł się w Horodcu, gdzie pracował w kościele
parafialnym. Dnia 15 maja rano napadła na plebanie wataha kozaków,
zdążająca z Brześcia do Pińska i okrutnie się z nim rozprawiła.
Ci sami
kozacy przybyli do Janowa dnia 16 maja po południu.
Urządzili taką rzeź Żydów i katolików, że i prawosławni
wpadli w trwogę. Zaraz im wytłumaczono, iż nie mają się czego
obawiać, bo rządy przeszły teraz w ręce kozackie.
Muszą
jednak najpierw wyciąć w pień wszystkich katolików. Uspokoiło to
ludność prawosławną, która stanęła po stronie kozaków i
pomagała w ściganiu katolików.”
[7]
[Jak wyżej, s.22]

MĄŻ
OPATRZNOŚCIOWY NA MIARĘ EPOKI I WYZWAŃ

W tak trudnej chwili dziejowej na Kresach, tylko „jeden
człowiek
” zdołał zachować zimną krew, a przez swoją
odwagę i wojskowe talenty, ściągnął na siebie nienawiść
Kozaków, splamionych niewinną krwią Polaków i Żydów. Książe
Jeremi Wiśniowiecki (1612 – 1651), wojewoda ruski, postrach
kozaków (Cosacorum terror), bożyszcze żołnierzy, szlachty i
Żydów, doczekał się dwóch biografii, autorstwa Władysława
Tomkiewicza (1933) oraz Jana Widackiego (1984).

Na potwierdzenie powyższych słów Paweł Jasienica w swoim dziele
„Rzeczpospolita Obojga Narodów” , tak pisał o tej
doniosłej roli księcia: „Imię Wiśniowieckiego rozsławiał w
Rzeczpospolitej znaczny odłam szlachty, w Europie zaś całej z
powodzeniem dokonywali tego Żydzi. W dziejach ich narodu zaczynał
się tragiczny rozdział, o którego treści do dziś świadczy
przejmujący ton pieśni chasydzkich. Poszczególni Izraelici służyli
w wojsku kozackim, zamieszkałym na Ukrainie ich współbraciom
groziła zagłada bardzo okrutna. Pomordowanych liczono w dziesiątki
tysięcy. Setki rodzin uratowały się jednak dzięki lotnym zagonom
księcia Wiśniowieckiego. Tabory zbiegów czepiały się jego
podjazdów i doznawały od nich pomocy.”
  [8]
[Paweł Jasienica, Rzeczpospolita Obojga Narodów,
Warszawa 1986 r., s. 31]

A Jan
Widacki o tamtej szczególnej chwili dziejowej, w swojej ze wszech
miar ciekawej książce: „Kniaź Jarema” tak pisze: „W
ogniu stało Zadnieprze, większość województwa kijowskiego,
bracławskiego, ziemi czernihowskiej. Kronikarz ruski zapisze z
zachwytem: „Gdziekolwiek znalazła się szlachta, sług zamkowych,
Żydów, urzędników niedobrych,
wszystkich zabijano, nie
szczędząc ni niewiast ni dzieci; majętności rabowano, kościoły
palono, księży zabijano, zamki, dwory szlacheckie, domy żydowskie
niszczono, nie przepuszczając ani jednego
.” A rzadki to
kozak lub chłop, który wówczas „swych rąk w krwi nie umoczył i
nie brał udziału w grabieniu dobra” a potem doda: „I tak na
Ukrainie nie pozostał żaden Żyd a żony szlacheckie zostały
żonami kozackimi.”
[9]
[Jan Widacki, Kniaź Jarema, Katowice 1984, s. 104]

Jak
to „maczanie rąk we krwi” wyglądało i jak „żony
szlacheckie zostawały żonami kozackimi”
opisuje współczesny
kronikarz żydowski, Natan Hannover: „Wielu […] nie mogących
uciec zostało wymordowanych […] i poległo wśród mąk strasznych
i gorzkich. Z jednych zdarto skórę a ciało rzucano psom na żer,
innym obcięto ręce i nogi, a tułów rzucano na drogę; przez ich
ciała przejeżdżały wozy i tratowały ich konie. Innym zadawano
tyle ran, że byli bliscy śmierci i rzucano ich na ulicę; nie mogąc
rychło umrzeć, tarzali się we krwi aż uszła ich dusza; innych
grzebano żywcem
. Dzieci zarzynano na łonach matek; wiele
dzieci pocięto w kawały jak ryby. Kobietom ciężarnym rozpruwano
brzuchy i wsadzano żywego kota do wnętrza i tak zostawiano przy
życiu zaszywając brzuchy. Następnie obcinano im ręce żeby nie
mogły wyjąć tego kota. I wieszali niemowlęta na piersiach matek
,
inne dzieci nabijano na rożen i tak pieczono na ogniu i przynoszono
matkom aby jadły ich  mięso […] I nie było żadnej możliwej
męczarni której by Kozacy tutaj nie stosowali […] Kobiety i
dziewice bezcześcili, z kobietami spali w obecności ich mężów
[…]. Wszystko to czynili gdziekolwiek dotarli, nie inaczej
postępowali z Polakami, a szczególnie księżmi.”
  [10]
[Jak wyżej, s. 104-105]

W
WALCE OSAMOTNIONY W TALENTACH PRÓBOWANY

Jan Widacki w swojej znakomitej książce pt. „Książe Jarema”
pisze dalej: „Siły książęce, jedyne zorganizowane na całym
terenie siły polskie, powstrzymywały wybuch powstania. W miarę jak
wycofywały się one na zachód, ogień powstania zalewał coraz to
nowe tereny zachodniej Kijowszczyzny, Wołyń. W ślad za księciem
postępował Krzywonos. Pod Chrycowem dotarło do Wiśniowieckiego
poselstwo od szlachty zamkniętej w Połonnem prosząc, aby wobec
nadchodzącego Krzywonosa śpieszył im z pomocą. Ponieważ siły
książęce nie były wielkie, a w pobliżu na Wołyniu stała
piechota królewska i oddział piechoty ordynackiej księcia Dominika
Zasławskiego – Ostrogskiego, zwrócił się do nich z propozycją
współdziałania. W wojsku książęcym dawał się szczególnie
odczuć brak piechoty, bez której nie było co myśleć o zdobywaniu
taborów czy miast. Dlatego też Jeremi liczył na to, że
pozostawione samym sobie piechoty królewskie i ordynackie wzmocnią
jego siły. Niestety – okazało się, że miały obie formalny
zakaz regimentarza i nie wolno im połączyć się z Wiśniowieckim.

Odpowiedź odmowna dowódców tych oddziałów (Samuela Koryckiego
i Krzysztofa Osińskiego) o mało nie załamała kniazia.
Stalowy
ten mąż od kilku tygodni był w ogniu. Walczył osamotniony,
tymczasem nikt nie posyłał mu posiłków; regimentarzy powołano z
pominięciem jego osoby.
Rozkaz wydany Osińskiemu i
Koryckiemu, nie pozwalający im łączyć się z nim, był kolejnym
dowodem niechęci regimentarzy, a nadto ich bezmyślności. Nic też
dziwnego, że Jeremi nagle poczuł, że ma wszystkiego dość.
‘Żałosny na to książę chciał zaraz wszystko porzucić i
obmyśleć sobie także gdzie spokojny kącik’ . Ruszył więc
dalej na zachód, nie mając stosownych sił do powstrzymania
Krzywonosa i dania odsieczy Połonnemu. Połonne padło 22 lipca –
setki szlachty i Żydów poszło pod nóż.”
  [11]
[Jan Widacki, Kniaź Jarema, s. 111]

Jan
Widacki potrafi wzbudzić zaufanie, gdy nie pomija także i tych
faktów, które obnażają akcje odwetowe i przykłady także
niestety polskiego okrucieństwa, pisze: „Przed przybyciem
księcia
pułkownik kozacki Maksym Krzywonos na czele dość
znacznych sił, dzięki zdradzie mieszczan wziął szturmem
Pohrebyszcze, Żydów i szlachtę wymordował, poniszczył Kościoły
i uprowadzając znaczny łup, uszedł przed księciem.

Zastawszy taki stan rzeczy w mieście i dowiedziawszy się o
zdradzie, po krótkim śledztwie, próbując ustalić kto wszedł w
porozumienie z Kozakami, kto wskazywał ukrywającą się szlachtę i
Żydów, kto ukryte przez nich mienie, kazał książe wbić na pal
wójta, kilku rajców i popów, po czym udał się pod Spiczyńce.
Nie miało Pohrebyszcze szczęścia: w 5 lat później rzezi
zgromadzonego tam chłopstwa dokonał na czele pacyfikacyjnego
oddziału Stefan Czarniecki, mszcząc się za swoją niewolę, za
śmierć brata zamordowanego wraz z setkami polskich jeńców pod
Batohem, na okrucieństwa odpowiadając okrucieństwem.”
[12]
[Jan Widacki, Kniaź Jarema, s. 106]

Talent wojskowy, bystry umysł, wielka odwaga i prawdopodobnie
wrodzona waleczność, to wszystko razem złożyło się na szereg
zwycięstw wielkiego wodza i bohatera Narodu Polskiego, jakim bez
wątpienia był i jest Książe Jeremi Wiśniowiecki. Znajdując się
w skrajnie trudnych warunkach, właściwie od początku w okrążeniu,
dokonuje ze swoimi ludźmi i wierną sobie armią, niemal
nadludzkiego wysiłku, wyprowadzając z Zadnieprza tysiące ludzi i
ich rodziny. Ci z Polaków i Żydów, którzy nie przyłączyli się
do jego kolumny, praktycznie niemal wszyscy, pozostali tam na zawsze,
doświadczywszy wcześniej kozackiego noża i nie tylko. Potem pomimo
obecności wielokrotnie liczniejszego wroga spadł z północy na
Ukrainę, w sam środek ukraińskiego morza, akcją swoją siejąc
postrach i powstrzymując tu i ówdzie wybuch buntu. Nie trzeba się
wcale dziwić Kozakom, że swoją działalnością zalazł im głęboko
za skórę,
wszak dotychczasowe zwycięstwa utwierdziły ich w
przekonaniu, że to już nie te same Lachy co bywały kiedyś w polu.
A tu masz ci los, znalazł się taki jeden co z kilkoma tysiącami
hasa sobie po Ukrainie i niewiele robi sobie z tego, że w pobliżu
stoi płk kozacki Krzywonos, który co tu dużo mówić, prowadzi,
bagatelka, jedynie 50 tys. wojska. Mało tego kiedy tylko przyjdzie
do rozprawy łupi Kozaków aż wióra lecą, a kurzy się za nimi na
odległość. Dlatego z całą pewnością książę Jeremi pobić w
polu się nie dał.

Naturalnie wojny też nie rozstrzygnął bowiem własnymi tylko
siłami uczynić tego na pewno nie był, po ludzku rzecz biorąc w
stanie. Wchodząc za Żytomierzem w kraj buntem zalany, liczył na
posiłki i prosił o nie pokornie, kto wie jak by się losy wojny
dalej potoczyły, gdyby rzeczywiście je otrzymał. Wszak wodzem
był znakomitym, a i żołnierz polski dowiódł nie raz, że pod
dobrą buławą jest praktycznie nie do pokonania.
Niestety stało
się inaczej i książę zmuszony był systematycznie cofać na
zachód, tu i ówdzie ścierając się z oddziałami kozackimi, które
szły za nim krok w krok. W takim razie czy prawdą jest, że książę
akcją swą na Ukrainie środkowej „pokój uniemożliwił”
? Podobnież jak Jan Widacki mam bardzo poważne wątpliwości,
dlaczego, otóż ówczesne uwarunkowania geopolityczne, historyczne
społeczne i religijne niemal całkowicie wykluczały możliwość
układów pokojowych i osiągnięcie jakiegoś trwałego
porozumienia. Obdarzony trzeźwym umysłem książę i jak na
młody wiek: dość dużym już doświadczeniem, w takie rozwiązania
rzeczywiście nie wierzył. Żył tak, jak uczyli go zapewne
czcigodni ojcowie Jezuici: działaj dzisiaj, tu i teraz.
Nie
znaczy to wcale, zamknij umysł i nie myśl, zamknij oczy i nie patrz
w przyszłość. Ale grzechem przeciwko sobie i innym jest także
karmienie się chorą, czy może naiwną nadzieją, mającą mało
wspólnego z rozumowym poznaniem.

W
Warszawie wielu jednak wierzyło w możliwość układów i rozmów
pokojowych z Chmielnickim. Wobec Kozaków chciano nadal grać rolę
panów ale tym razem już panów łaskawych, a smutna rzeczywistość
była taka, że armia polska na wschodzie niemal nie istniała, gdy
tymczasem wódź kozacki rósł w siłę. Miał więc książę
moralne prawo pisać: „Jeżeli tedy Rzeczpospolita tak
nadmierne rany od tych zbójów zadane […] twardym snem pokryje,
nic inszego  już sobie obiecywać nie może tylko ostateczną klęskę
i zgubę […] Remedium zatrzymania swawoleństwa tego, ukazać
przynajmniej nieprzyjacielowi szablę….”
  [13]
[Jan Widacki,  Kniaź Jarema, s. 117-118]

Książe
Wiśniowiecki srogo miał zapłacić za swoją gorącą miłość do
Rzeczpospolitej i do wojenki. Wskazują na to jego okoliczności
śmierci oraz pogrzebu, zaginięcię ciała, brak ikonografii i
jakichkolwiek po nim pamiątek. Wszystko to stoi w sprzeczności z
uwielbieniem, jakim powszechnie darzyli go żołnierze, szlachta i
najpoważniejsi mężowie stanu. Dla przykładu Stanisław Oświęcim
pisał o śmierci księcia, że rozstał się ze światem z
„wszystkiej Rzeczypospolitej żalem” . Książe zmarł
nagle, licząc zaledwie 39 lat, było to 20 sierpnia 1651 r. , w
obozie wojsk koronnych pod Pawłoczą na Ukrainie w wyniku wysokiej
gorączki i uporczywej biegunki. Rozpatrywano trzy wersje: zatrucie
pokarmowe, zakaźna choleropodobna biegunka, oraz zbrodnicze otrucie.
Na udział osób innych wskazywałaby biegunka, wysoka gorączka,
utrata sił i zachowana przytomność – typowe objawy zatrucia
arsenem. [14] [Hanna Widacka,
Zagadki w biografii kniazia Jaremy,  http://www.wilanow-palac.pl]

Nie
miał książe spokoju za życia, nie oszczędono mu go i po śmierci.
W testamencie, który zaginął i znamy jedynie odpis, Wiśniowiecki
chciał być pochowany w ufundowanym przez siebie kościele w
Wiśniczu. Z niejasnych przyczyn przewieziono ciało do Sokala, a w
1653 r. owdowiała księżna Gryzelda Zamoyska przewiozła trumnę na
Święty Krzyż, by złożyć ją, bez oficjalnego pogrzebu w
benedyktyńskim kościele. Należnego ceremonialnego pogrzebu nie
sprawił ojcu nawet jego syn król Polski Michał Korybut
Wiśniowiecki, ograniczając się jedynie do położenia tablicy z
inskrypcją.

Wydawałoby
się wszkaże, pisze Hanna Widacka: „….iż przechowywane do
dziś w krypcie kościelnej zmumifikowane truchło jest rzeczywistymi
szczątkami kniazia ruskiego ( i jako takie sa one pokazywane
turystom). Nic podobnego. Jak wykazały specjalistyvzne badania,
przeprowadzone w roku 1980 przez profesora Jana Widackiego, zwłoki
te nie są autentyczne i należą do innej osoby. A wieć gdzie
podziało się ciało Jeremiego? Racje miał cyba profesor
Tomkiewicz, przypuszczając, że : ‘ gdy w końcu XVIII wieku pożar
zniszczył opactwo świętokrzyskie, ślad po szczątkach Jeremiego
zaginął’ . Tylko ogólnikowo wiemy, jak wyglądał książe:
małego wzrostu, krępej postury, czarnowłosy. Jego zachowane
wizerunki malarskie nie ułatwiają sprawy, ponieważ ani jeden z
nich nie jest absolutnie pewny. Ponadto zadziwia brak jakiejkolwiek
materialnej pamiątki po ubóstwianym wodzu – szabli, buławy,
nawet fragmentu odzieży. Dlaczego? „
[15]
[Hanna Widacka, Zagadki w biografii kniazia
Jaremy, http://www.wilanow-palac.pl]

JAK CHMIELNICKI CHCIAŁ WSKOCZYĆ NA KONIA I ……..

PRZESKOCZYŁ GO

Po zakończeniu kampanii polskiej w jesieni wrócił Chmielnicki z
wojskami swymi spod Zamościa i drugiego stycznia 1649 r. odbył
triumfalny wjazd do Kijowa, witany przez całą ludność, bez
względu na różnice społeczne, jako zbawca ojczyzny, oswobodziciel
z „lackiej” niewoli. Witały go w stolicy Ukrainy
tysiączne tłumy, dzwony wszystkich cerkwi kijowskich, witało go
najwyższe duchowieństwo prawosławne jako obrońcę Kościoła
wschodniego. Cała Ukraina składała hołd swemu wodzowi, któremu
bezgranicznie ufała. Olbrzymia popularność i ogromne sukcesy z
wiosny i lata 1648 r., wszystko to wzmocniło niesłychanie autorytet
i pozycję wodza ukraińskiego. Przy czym nawet dla niego samego było
to dużym zaskoczeniem. Jeden z ukraińskich historyków trafnie
ocenił tą sytuację mówiąc, że Chmielnicki znalazł się w
położeniu człowieka, który chciał wskoczyć na konia i ….
przeskoczył go. Autor tych słów w mojej opinii rzeczywiście
trafił w dziesiątkę, niejako w sedno sprawy.
Choć nie jest
pewne, kto więcej zawinił, czy hetman okazał się człowiekiem za
słabym, aby powstrzymać rozjuszoną czerń, czy może sam popełnił
kardynalny błąd, wyruszając na kolejną wyprawę przeciw Polsce.
[16] [Zbigniew Wójcik,
Dzikie pola w ogniu, s. 184}

Niestety stało się zgoła inaczej, powodzenie 1648 r. usztywniło
bardzo stanowisko hetmana zaporoskiego wobec Polski, który wybrał
drogę konfrontacji dla zrealizowania w pełni jasnego programu
wolności dla swojej ojczyzny. Wyraźnie oświadczył to Kisielowi i
komisarzom polskim, którzy przybyli do Perejesławia, aby
pertraktować i ofiarować warunki królewskie. A przewidywały one
wyjęcie Kozaków spod władzy sejmu, przywrócenie im dawnych
przywilejów i wolności, zaspokojenie wielu prywatnych żądań
Chmielnickiego i ofiarowanie mu przez króla w pełnym majestacie
hetmańskiej buławy zaporoskiej. [17]
[Zbigniew Wójcik, Dzikie pola w ogniu, s.184-185]

Na te
propozycje nowo kreowany Hetman, według słów naocznego świadka
tamtych rozmów, Wojciecha Miaskowskiego, podkomorzego lwowskiego
rzekł: „Szkoda howoryty mnoho! Kiedy mnie Potoccy szukali za
Dnieprem, był czas tarktowaty ze mną, po żółtowdzkiej i
korsuńskiej igraszce, był czas, pod Piławcami i Konstatntynowem
był, na ostatek pod Zamościem i kiedym od Zamościa 6 niedziel do
Kijowa, był. Teper już czasu nie masz. Jużem dokazał o czem nie
myślił zrazu, i dalej  com umyślił.
Wybiję z lackiej
niewoli naród ruski wszystek, a com pierwej o szkodę moją i
krzywdę wojował, teraz wojować będę o wiarę prawosławną
naszą. Pomoże mi tego czerń wszystka, po Lublin, po Kraków,
której ja nie odstąpię, bo to prawa ręka nasza…
będę
miał 200 – 300 000 swoich, ordę wszystką przy tem. Tu-haj
bej…. blisko mnie jest, mój brat, moja dusza, jedyny sokół na
świecie, gotów wszystko uczynić zaraz, co ja zechcę. Wieczna z
nim nasza kozacka przyjaźń, której świat nie rozerwie. Za granicę
na wojnę nie pójdę, szabli na Turki i Tatary nie podniosę, dosyć
mam na Ukrainie i Podolu, a Wołyniu teraz, dosyć wczasu, dostatku i
pożytku w ziemi i księstwie mojem po Lwów, Chełm i Halicz.
A
stanowszy nad Wisłą powiem dalszym Lachom: „Sedijte i mołczijte
Lachy”
I duków i kniaziów tam zahonię, a
będę z Zawiśla krzykać, znajdę ja ich tam pewnie.
Nie
postoi mi noga żadnego kniazia i szlachetki na Ukrainie…”

[18] [Jakuba Michałowskiego,
Księga Pamiętnicza, s. 375]

Bohdan Chmielnicki jawi się zatem jako człowiek odważny,
zdecydowany, gotowy na wszystko, gdy chodzi o prawa dla kozaczyzny i
Rusi. Kim był zatem ów hetman, który zmienił historię tej części
świata? Urodził się prawdopodobnie i zmarł w Czehryniu, jako syn
Michała, podstarościego czehryńskiego. Kwestia szlachectwa Bohdana
jest dyskusyjna–
chociaż pieczętował się herbem Abdank. Chmielnicki uczył się w
kolegium jezuickim we Lwowie, założonym przez hetmana Stanisława
Żółkiewskiego w 1608 roku, gdzie ukończył klasy gramatyki,
poetyki i retoryki. Pomimo pobytu w kolegium jezuickim zachował
prawosławie. Około roku 1625 ożenił się z Anną, siostrą Jakyma
Somki, bogatego Kozaka perejasławskiego, który dorobił się na
handlu. Miał z nią liczne potomstwo, o czym mówi zapis w
bezimiennym diariuszu: „Z obozu pod Białopolem d. 14 October
r. 1651. Zjechała się była wszystka rodzina Chmielnickiego, żona
z dziatkami, cztery córki już dorastające i synów dwóch
młodszych, a trzeci ten Tymoszek starszy”
.

W 1637 został pisarzem wojska zaporoskiego (jako taki podpisywał 24
grudnia kapitulację powstania kozackiego Pawluka po klęsce pod
Kumejkami i posłował do Warszawy jako członek delegacji kozackiej
mającej prosić Sejm o łaskawe potraktowanie upokorzonych Kozaków),
a po skasowaniu urzędu pisarza wojsk zaporoskich został setnikiem
kurenia czehryńskiego. Zetknął się tam z mianowanym po śmierci
hetmana Stanisława Koniecpolskiego podstarościm Danielem
Czaplińskim, który w jakiś czas później dokonał zajazdu i
zagrabił chutor Chmielnickiego Subotów – nadany ongiś Michałowi
Chmielnickiemu przez Jana Daniłowicza. Czapliński podobno uwiódł
także drugą, młodą żonę Chmielnickiego i próbował zabić
syna, a na niego samego zorganizował zamach. Chmielnicki szukał
bezskutecznie sprawiedliwości w polskich trybunałach, a nawet u
króla.
Podczas pobytu w Warszawie Chmielnicki uzyskał przywilej
monarszy (wystawiony 22 lipca 1646), nadający mu oficjalnie majątek
Subotów. Przywilej nie został wyegzekwowany wskutek intryg
Czaplińskiego, który spreparował dokumenty, świadczące o tym, że
majątek ten był wcześniej prywatną własnością hetmana
Koniecpolskiego (a więc król nie miał prawa nią dysponować).

Wobec bezskutecznego szukania sprawiedliwości na drodze prawnej, czy
nakazu królewskiego w sporze z Czaplińskim (osłanianym przed
królem i sądami przez swego możnego protektora – Aleksandra
Koniecpolskiego), wykradł osobiście przechowywane przez Barabasza
kopie listów królewskich z zapowiedzią zorganizowania wyprawy na
Turcję (i deklarujących w związku z tym zwielokrotnienie rejestru
kozackiego) i zbiegł w grudniu 1647 roku na Sicz. Tam  szermując
hasłami wyzwolenia spod władzy magnatów sprzeciwiających się
woli królewskiej, przejął władzę i stanął na czele powstania
,
jako hetman kozacki (w korespondencji z organami państwowymi
tytułował się jednak tylko jako starszy wojska zaporoskiego).

Po śmierci w roku 1648 Władysława IV Wazy poparł kandydaturę
zabiegającego o ugodę z Kozakami brata zmarłego króla, Jana
Kazimierza, w staraniach o elekcję na tron Rzeczypospolitej. Po
szeregu klęsk zadanym wojskom polskim, a szczególnie po bitwie pod
Piławcami, przekonany o słabości Rzeczypospolitej i o własnej
potędze, w 1649 roku podjął ideę utworzenia państwa kozackiego.
Zbudował jego zalążek (ze stolicą w Czehryniu, a potem w Białej
Cerkwi), zawierając liczne i często sprzeczne ze sobą sojusze (z
Wenecją, Francją, Austrią, Rosją, chanatem i Turcją) i opierając
się na strukturach wojska zaporoskiego w sile ok. 80 tys. ludzi, na
czele którego stał on sam i jego najbliższe otoczenie, kolejną
pozycję zajmowała starszyzna kozacka, natomiast reżim karny
spoczywał na pułkach kozackich pobierających od chłopów i
mieszczan podatki oraz ściągających kontrybucje. Chmielnicki
prowadził chwiejną i nie rokującą nadziei na trwałe efekty
politykę, zarówno w stosunku do Rzeczypospolitej, jak i później:
Rosji, Krymu czy Turcji, z którego to powodu jego dalekosiężne
zamierzenia nigdy się nie ziściły. [19]
[http://pl.m.wikipedia.org , Bohdan Chmielnicki]

W tych warunkach delegacja polska z Kisielem na czele mogła osiągnąć
jedynie zwieszenie broni do wiosny 1649 r. Następne wypadki są nam
doskonale znane, choćby z popularnej lektury Henryka Sienkiewicza
„Ogniem i Mieczem”, dlatego nie ma potrzeby rozpisywania się na
ten temat. Może poza dwoma mało znanymi szczegółami, ale jakże
ważnymi z punktu widzenia niniejszego opracowania. Pierwszy dotyczy
słynnej Obrony Zbaraża, innej znacznej twierdzy kresowej, położonej
na styku Wołynia i Podola. Naprzeciwko potężnej armii kozacko –
tatarskiej stały wtedy bitne, ale szczupłe siły polskie, nie
jednemu rycerzowi Rzeczypospolitej i Najświętszej Marii Panny
osobliwie, zadrżało serce.

Posłuchajmy Jana Widackiego: „W takich razach dowódcom
przychodziły zwykle w pomoc niebiosa. Wykorzystywanie uczuć
religijnych zabobonnych żołnierzy i szlachty dla zaszczepienia im
chęci walki i wiary w zwycięstwo było – jak się zdaje stałą
praktyką dowódców tego czasu. Ponieważ po ostatnich walkach
szczególnie obawiano się Tatarów
‘ nad samym obozem
pokazał się Święty Michał na powietrzu z Najświętszą Maryją
Panną, który jakoby za chanem gonił, grożąc mu mieczem. ‘ .
Wprawdzie nie bardzo wiadomo, kto to dziwowisko zobaczył,

niemniej relację o nim przekazywano od chorągwi do chorągwi, od
namiotu do namiotu i nikt nie wątpił w jej autentyczność.
Słuchając opowieści o tym, jak nad obozem Święty Michał po
niebie latał, grożąc mieczem chanowi (swoją drogą skąd wiadomo,
że akurat chanowi?) ‘nasi niewypowiedzianie uweseleni
niezwyciężonego prawie nabrali serca ‘ .”
A o to chodziło.”
[20] [Jan Widacki, Kniaź
Jarema, s. 236]

Jak
widać autor dość jednoznacznie wydaje się, traktuje ów cud
widziany na niebie, ja nie będę tak nierozważnie śmiały i
pozostanę jedynie przy owym opisie, który znamy. Swoją drogą nie
mam nic przeciwko temu, aby w ten znak uwierzyć z synowską ufnością
bowiem ostatecznie patrzy się na owoce. A te były ze wszech miar
dobre: „Nasi niewypowiedzenie uweseleni niezwyciężonego prawie
nabrali serca
.” Co się tyczy zaś samej bitwy beresteckiej:
„Zwycięstwo odniesione na polach beresteckich było
olbrzymie. 10 lipca król wraz z całym wojskiem śpiewali na
pobojowisku Te Deum laudamus. […] Było to jedno z największych
zwycięstw oręża polskiego.
Jak się jednak okazuje, nie
wielkość bitwy, ani nawet nie wielkość odniesionego zwycięstwa
ma decydujący wpływ na dzieje. Dla losów Polski o wiele większe
znaczenie miały bitwy na Żółtymi Wodami czy pod Korsuniem, gdzie
po obu stronach walczyło po parę do paręnastu tysięcy. Jednak
wielkość beresteckiego zwycięstwa nie potrafiła zatrzeć skutków
żółtowodzkiej czy korsuńskiej klęski. Jak widać decydujące
znaczenie ma moment, w jakim zwycięstwo zostało odniesione. Małe
zwycięstwo odniesione we właściwym czasie, znaczy więcej niż
największe w czasie mniej właściwym. Nie wszystko więc zależy od
siły. Na szczęście.”
[21] [Jan
Widacki, Kniaź Jarema, s. 241]
Tak więc owoce owego
„widziadła na niebie” były wielkie, a to z kolei jest
dowodem na prawdziwość i świętość źródła z którego
pochodziło (z synowską ufnością). Drugim znaczącym wydarzeniem,
przy którym zatrzymamy się wyjątkowo, jeszcze przez chwilę będzie
cud sokalski, o którym poniżej, wcześniej nie sposób pominąć
sarmackiego Katynia.

LÓDOBÓJSTWO
POD BATOHEM 1652

Klęska
Bohdana Chmielnickiego i kozaków pod Beresteczkiem w 1651 r. była
przeogromna. Dlatego każdy w Rzeczpospolitej, jak i na Ukrainie
wiedział już dobrze, że kozaczyzna ostatecznie utraciła
inicjatywę w tej wojnie. Jednak choć kozacy czuli się pokonani,
nie byli bynajmniej ostatecznie rozbici, dlatego wciąż szukali swej
szansy. Na domiar złego, rozbudzone a niespełnione nadzieje i
oczekiwania, rozpaliły w nich najgorsze instynkty, które
przysłoniły oczy, a serca zalały namiętność i żółć
nienawiści. Na takiej właśnie fali doszło haniebnej zbrodni, do
rzezi polskiego rycerstwa, do ludobójstwa i jak powiadają do
pierwszego „sarmackiego Katynia” .

1 i 2
czerwca 1652 r. na uroczysku Batoh w pobliżu wsi Czetwertynówka, na
dzisiejszej Ukrainie doszło do wielkiej bitwy pomiędzy wojskami
polskimi a wojskami kozacko – tatarskimi. Bitwa zakończyła się
klęską wojsk polskich, ale nie to okazało się ostatecznie
najtragiczniejsze, otóż zaraz po bitwie, w ciągu dwóch kolejnych
dni, wymordowano tam większość polskich jeńców.
A byli to w
dużym procencie żołnierze pochodzący z bogatej szlachty, a także
starzy, zaprawieni w bojach, doborowi rycerze. Z tego też względu
Batoh postrzegany jest i zupełnie słusznie uważam, jako drugi
Katyń, taki „sarmacki Katyń” . Armia polska poniosła bardzo
poważne szkody, zginęło wielu doświadczonych dowódców i
weteranów wielu frontów, w tym tureckiego, moskiewskiego i
szwedzkiego. Oto nieco praktycznych informacji na ten temat: hetman
kozacki Bogdan Chmielnicki w 1652 roku zdecydował się na marsz do
Mołdawii w celu oderwania od sojuszu z Polską tamtejszego hospodara
Bazylego Lupu. Dodatkowo chciał ożenić swego syna Tymofieja z
córką tego władcy Rozandą.

Ówczesny wódz armii koronnej, hetman polny Marcin Kalinowski
postanowił udaremnić ten plan. W maju 1652 roku ogłosił
koncentrację wojsk, aby zagrodzić drogę pochodowi Kozaków i
towarzyszących im Tatarów krymskich. Na miejsce zgrupowania
wyznaczono wały dawnego obozu na uroczysku Batoh nad rzeką Boh,
koło wsi Czetwertynówki. Był to duży błąd polskiego dowództwa,
gdyż w ten sposób wyeliminowano element zaskoczenia wroga. Sam obóz
ulokowano w miejscu z natury obronnym i wydaje się, że miał służyć
za bazę do dalszych działań, stało się jednak inaczej. Samuel
Wieliczko pisał, że Polacy byli tak pewni siebie, że nie wzmocnili
wałów, nie znali siły nieprzyjaciela i nie wierzyli w nadejście
Tatarów. Trudno oszacować liczebność walczących stron po obu
stronach ze względu na szczupłość przekazów źródłowych. Na
domiar złego część chorągwi koronnych nie posłuchała rozkazu
wodza i nie stawiła się w obozie. Wiązało się to z
niepopularnością hetmana Kalinowskiego wśród podkomendnych i nie
płaconym od miesięcy żołdem.

Fatalne dowodzenie i bierność wojsk koronnych w obozie,
doprowadziły do tego, że nieprzyjaciel bez trudu przekroczył
brodami Boh. Obóz został w ten sposób otoczony. 01 czerwca 1652
roku doszło do pierwszych walk Polaków z Tatarami. Ten dzień nie
zapowiadał jeszcze dramatu. Jazda polska skutecznie odparła
Tatarów, ale trzy chorągwie zapędziły się za daleko i
najprawdopodobniej wpadły w zasadzkę. Przypuszcza się że wówczas
Tatarzy mogli pojmać jeńców i „zaczerpnąć języka”.
Jednak już wówczas doszło do buntu części oddziałów polskiej
jazdy w obozie. Powodów było kilka, m.in. nieopłacanie od dawna
wojska, brak zaufania do hetmana Kalinowskiego. Po pierwszym dniu
walk Kalinowski zdecydował się na naradę nocną ze starszyzną
wojskową. Podczas narady Zygmunt Przyjemski proponował, aby hetman
z jazdą wyrwał się z obozu i udał się (najprawdopodobniej) do
Kamieńca, gdzie po przegrupowaniu miała być przygotowana odsiecz;
zbuntowane chorągwie i tak nie mogły przydać się w walce.
Przyjemski, doświadczony oficer radził zmniejszyć obóz i okopać
się w nim z samą tylko piechotą i artylerią. Górę wzięła
ambicja hetmana, który zdecydował się pozostać w obozie i
walczyć, jednocześnie nie zmniejszając jego rozmiaru, co wywołało
dodatkowe niezadowolenie wśród wojska. Nie wiadomo dokładnie, czy
Polacy już się orientowali jakimi siłami dysponuje Chmielnicki i
gdzie się znajduje. Najprawdopodobniej nie, bo hetman Kalinowski
wcześniej popełnił kolejny błąd i nie zrobił rozpoznania.

02 czerwca 1652 r. rozpoczął się kolejny dzień walk. Sytuacja
była następująca: tyłów obozu bronił Zygmunt Przyjemski z
regimentami cudzoziemskimi, zaś czoła hetman Kalinowski z częścią
piechoty i jazdą. W dalszym ciągu panowała niesubordynacja
pozostałej części jazdy – trudno dokładnie określić ilość
zbuntowanych chorągwi. Prawdopodobnie hetman Kalinowski liczył, że
i te wojska przyłączą się do bitwy wobec ataku wroga. Ta część
armii myślała jednak już tylko o ucieczce. Tyły obozu zostały
zaatakowane przez Kozaków, czoło zaś przez Tatarów. Sytuacja
musiała być na tyłach dramatyczna, bo Przyjemski wysłał prośbę
do Kalinowskiego o pomoc, ten jednak nie mógł jej przysłać, bo
sam był w trudnej sytuacji. W dodatku artyleria polska nie mogła
prowadzić ognia, gdyż raziłaby własne oddziały jazdy.
Prawdopodobnie wtedy hetman Kalinowski wydał tragiczną decyzję:
nakazał piechocie cudzoziemskiej otwarcie ognia do zbuntowanych
jednostek celem przywrócenia porządku.
Istnieją przesłanki
sugerujące, że buntownicy chcieli wydać Kalinowskiego Kozakom w
zamian za wolność. Hetman schronił się w otoczeniu piechoty. Nie
wiadomo dokładnie czy doszło do bratobójczych walk na dużą
skalę. Z pewnością jednak z powstałego zamieszania skorzystali
Kozacy, którzy przystąpili do generalnego szturmu. Hetman został w
tej fazie bitwy ranny i zastąpił go Marek Sobieski.

Na ten czas sytuacja była już niemal dramatyczna. Dodatkowo w
obozie wybuchł pożar (zapaliły się stogi siana). Zacięty opór
stawiały regimenty cudzoziemskie pod dowództwem Przyjemskiego, ale
znalazły się one zamknięte pomiędzy pożarem a Kozakami, którymi
na tym odcinku prawdopodobnie dowodził Tymofiej Chmielnicki.
Prawdopodobne jest, że wówczas hetman Kalinowski walczący na czele
obozu przeciwko Tatarom próbował wyrwać się z obozu w otoczeniu
części doborowej piechoty. Wtedy dotarła do niego wiadomość, że
w lesie za obozem Tatarzy pojmali jego syna Samuela. Próba odbicia
syna skończyła się śmiercią hetmana. Podobno zginął walcząc
dzielnie jak podają nieliczne źródła. Niemniej jednak nie
umniejsza to jego licznych błędów i winy za krwawą porażkę pod
Batohem.

Po bitwie Chmielnicki, zapłaciwszy sowity okup Nuradinowi, kazał
w dniach 3-4 czerwca wymordować polskich jeńców
. Miał to być
rzekomo odwet za porażkę Chmielnickiego pod Beresteczkiem w czerwcu
1651 roku, choć hetmanowi kozackiemu szło o coś więcej:
odzyskanie prestiżu, nieco ostatnio nadszarpniętego, wśród
kozaczyzny, a także powstrzymanie w armii Tatarów, którzy mając w
ręku cennych jeńców udaliby się spiesznie na Krym. Niezależnie
od przyczyn pod Batohem doszło do masakry bezbronnych, a w jej
trakcie zginęło prawdopodobnie 3500 doborowych żołnierzy. Liczbę
ocalałych z pogromu szacuje się na około 1500-2000. Wśród ofiar
znaleźli się Samuel Kalinowski – syn hetmana, Zygmunt Przyjemski–
generał artylerii koronnej i pisarz polny koronny, Jan Odrzywolski –
kasztelan czernihowski, Marek Sobieski – brat Jana przyszłego
króla, Niepokojczycki, Górka i wielu innych. Ciało starego hetmana
odnaleziono po bitwie w lesie, a głowę jego, zatkniętą na
włóczni, obnoszono po zwycięskim obozie. Ocaleli nieliczni, w tym
Krzysztof Korycki, Krzysztof Grodzicki i Stanisław Druszkiewicz,
których Tatarzy ukryli w swoich namiotach. [22]
[http://pl.m.wikipedia.org Bitwa pod Batohem]

Hanna Widacka  w swoim opracowaniu p.t. : „Rzeź polskich jeńców
pod Batohem
”, pisze dość jednoznacznie: „Zwycięstwo
wojsk Rzeczypospolitej nad połączonymi siłami kozacko –
tatarskimi pod Beresteczkiem w 1651 r. nie tylko pozostało
niewykorzystane, lecz także doczekało się wyjątkowo okrutnego
odwetu ze strony Bohdana Chmielnickiego w rok później, w bitwie pod
Batohem na Bracławszczyźnie, w czerwcu 1652 r.

Ten rosnący w siłę hetman zaporoski w 1652 r.
usiłował podporządkować sobie Mołdawię, żeniąc swego syna z
córką tamtejszego hospodara, Rozandą. Rzeczpospolita starała się
temu przeszkodzić, wysyłając na pomoc hospodarowi Bazylemu Lupu
dziesięciotysięczną doborową armię pod dowództwem hetmana
polnego koronnego Marcina Kalinowskiego, niestety znanego z pychy i
braku odpowiedzialności. Wskutek błędów w dowodzeniu, w
pierwszych dniach czerwca wojsko polskie zostało otoczone ogromną
armią kozacko – tatarską. Do szeregów koronnych wkradły się
rozprzężenie, a potem panika: na zbuntowanych i rwących się do
ucieczki żołnierzy uderzyć miała własna piechota, a szpiedzy
kozaccy podpalili wewnątrz wałów sterty siana. 2 czerwca 1652 r.
po krwawej bitwie obóz polski został zdobyty. Poległo wielu
wysokiej rangi dowódców, m. in. sam hetman Kalinowski i jego syn
Samuel Jerzy oraz znakomity artylerzysta Zygmunt Przyjemski.

Prawdziwy dramat rozegrał się nazajutrz po bitwie, kiedy to
pułkownicy kozaccy Iwan Zołotareńko i Wysoczanin wykupili złotem
od Tatarów blisko osiem tysięcy jeńców polskich.

‘Chmielnicki dał zaraz Nuradyn Sołtanowi pięćdziesiąt tysięcy
talerów – notował w swojej rękopiśmiennej Księdze Pamiętniczej
wojski lubelski, a potem kasztelan biecki Jakub Michałowski –
Kamieniec mu obiecał był poddać, żeby niewolnika wszystkiego
ścinać pozwolił.
Po rozgromieniu wojska w poniedziałek
i wtorek wszystkich niewolników ścinano’ . Powiązanych i
bezbronnych jeńców
– wśród nich był starosta
krasnostawski Marek Sobieski, brat późniejszego polskiego króla –
wyprowadzono na majdan i zaczęła się egzekucja, a ściślej mówiąc
rzeź. ‘Tak wylana niewinna krew wielu tysięcy woła o pomstę do
Boga’ – rozpaczał w swoim Pamiętniku Albrycht Stanisław
Radziwiłł.

Nawet murzowie krymscy w oczy wyrzucali swemu dowódcy, że
dopuścił do podobnego barbarzyństwa; ocalało zeń zaledwie kilku
szczęśliwców, m. in. Krzysztof Grodzicki (ukryty przez znajomego
Tatara) i prawdopodobnie Stefan Czarniecki. Hekatomba batohańska nie
mogła oczywiście pozostać niezauważona w ówczesnej
historiografii europejskiej. Opis tej wyjątkowo ohydnej zbrodni,
nasuwającej przejrzyste analogie z tragedią katyńską, znalazł
się w trzecim tomie dzieła Hioba Ludolfa Allgemeine Schau = Bühne
oder Welt (Franckfurt am Mayn 1713). Towarzyszyła mu miedziorytowa
ilustracja anonimowego autorstwa, która tylko w minimalnym stopniu
oddaje grozę tamtych zdarzeń: w nieokreślonej bliżej przestrzeni
dzicy ordyńcy nohajscy mordują jeńców, pod bacznym
okiem trzech dowódców kozackich, w tym zapewne Zołotareńki,
zachęcającego swych ludzi okrzykiem ‘Zemsta za Berestecką!’

. W głębi stoi zwarty tłum powiązanych i czekających na swą
kolej Polaków. ”
[23]
[Hanna Widacka, „Rzeź polskich jeńców pod Batohem” ,

http://www.wilanow-palac.pl]

Jak
wielka musiała być nienawiść, skoro kozacy gotowi byli zapłacić
Tatarom, bylebyby tylko dostać w swoje ręce „kwiat polskiego
rycerstwa” , a następnie ścinać wszystkich bez pardonu. Jeśli
nawet głównodowodzący Bohdan Chmielnicki, obawiał się odejścia
części wojsk tatarskich z polskim jasyrem na Krym. To jednak
doskonale wiedział, że masakra polskich jeńców, ściągnie na
niego samego, jak i jego podwładnych niezatartą hańbę na dziś i
na wieczność. A jednak zdecydował się, na ten tak haniebny krok,
zatem jak wielka musiała być nienawiść, a zarazem determinacja,
by tylko osiągnąć zamierzony cel, choćby po polskim trupie.
Wszakże w tym przypadku darmo tłumaczyć, że zadziałała stara
maksyma zwyrodnialców: „cel uświęcał środki” . Gdyż
de facto po rozbiciu armii polskiej pod Batohem, nie było już siły,
która mogłaby powstrzymać marsz kozaków do Mołdawii. Zatem
pierwsze skrzypce grała nienawiść, czerowna aż do krwi.

LEGENDA O KOŃCU ZBRODNIARZA ZOŁOTAREŃKI

Ta sama Hanna Widacka w innym swoim opracowaniu: „Makabryczny
pogrzeb atamana Zołotareńki”
, przytacza ciekawe zapisy
tyczące się „ostatniej drogi” zbrodniarza Zołotareńki,
oto opis: „W roku 1655 w cerkwi w Czehryniu hetman kozacki
Bohdan Chmielnicki wyprawił spóźniony pogrzeb swojemu szwagrowi i
zarazem atamanowi nakaźnemu, Iwanowi Zołotareńce. Wszakże
okoliczności, towarzyszące temu smutnemu obrzędowi, okazały się
tak niezwykłe i makabryczne, że najpierw znalazły się w
Klimakterach
Wespazjana Kochowskiego, a potem – w niemieckim przekładzie – w
dziele słynnego niemieckiego orientalisty, Joba (Hioba) Ludolfa
Allgemeine Schau – Bühne
oder Welt
(w tomie 3, wyd. 1713), ilustrowanym
miedziorytami. Odnośny tekst brzmiał następująco: „Wystawił
[Chmielnicki] w Czehrynie nową drewnianą cerkiew, w której umyślił
pogrzeb odprawić zabitemu pod Szkłowem [tzn. w roku 1654, z rąk
oddziałów rosyjskich] w Litwie półkownikowi, Złotareńko
nazwanemu; na pogrzeb przybyli duchowni Moskale i starszyzna kozacka
od Chmielnickiego zaproszona. Gdy się zaczął pogrzeb, trup zaczął
się ruszać, powstawać, jęczyć i straszyć (…);
wielu
temu nie wierzyło; lecz na katafalku leżący, podniósł ręce z
trumny, krew się z nich lać poczęła, już się wszyscy poklękali,
aliści począł wołać trup:
utykajte,
utykajte
, wszyscy w nogi ruszyli się tłumem i
od ołtarzy zakonnicy, siła ludzi zagnietli, a świecy zapalone
lampy porzucili
; zatem ogień wszczął się, którym
cerkiew i z trupem i ze wszystkim splendorem zgorzała”. Kochowski
miał tę relację usłyszeć w Warszawie w 1661 r., z ust naocznego
świadka, Daniela Wyhowskiego, który utrzymywał, iż Chmielnicki
wówczas rozchorował się na skutek doznanego wstrząsu.

Zamieszczony w dziele Ludolfa anonimowy miedzioryt jest wierną
ilustracją opisanych wyżej zdarzeń: z ust zmarłego wychodzi napis
fugite fugite fugite,
a z obu rąk tryska krew. Obok z przewróconych świeczników
rozprzestrzeniają się jęzory ognia, ogarniając kolumny i ołtarz,
od którego ucieka przerażony kapłan. W otwartych drzwiach tratuje
się spanikowany tłum. Nie można dziś zweryfikować
przedstawionych przez Kochowskiego zdarzeń, nie można również
odpowiedzieć na pytanie, co tu jest prawdą, a co nią nie jest.
Sprawa wygląda zagadkowo, ale jej nie wyjaśnimy, podobnie jak wielu
innych irracjonalnych zdarzeń. W tym miejscu wypada dodać, iż
wspomniany Zołotareńko wyjątkowo nienawidził Polaków,
zwłaszcza od bitwy beresteckiej. Podczas straszliwego pogromu pod
Batohem (1652) nawet Tatarów przeraził swym okrucieństwem,
skłaniając ich wszelkimi sposobami do rzezi ośmiu tysięcy
żołnierzy polskich, wziętych do niewoli.
Ów haniebny
czyn skwitował słowami „zdechły pies nie kąsa”, potem
niesłusznie przypisywanymi hetmanowi Chmielnickiemu.”
[24]
[Hanna Widacka, Makabryczny pogrzeb atamana Zołotareńki,

http://www.wilanow-palac.pl]

Bitwa pod Batohem miała przełomowe znaczenie, zniszczenie
najlepszych oddziałów armii koronnej pozwoliło Chmielnickiemu
przejść do ofensywy i w rezultacie oderwania części Ukrainy od
Rzeczpospolitej. Klęska Polaków przyczyniła się do wojny z Rosją
i potopu szwedzkiego. Jak to się stało, że słynący z męstwa i
wspaniałej sprawności bojowej polscy żołnierze okazali się tak
łatwym łupem dla wrogów, słusznie pyta pastor Marian Biernacki w
artykule p.t. : „Bądźmy mądrzy po tej szkodzie!” . I
celnie punktuje nasze własne błędy i słabości: „ Otóż
tragiczny los tysięcy polskich żołnierzy, owszem, poprzedzony
został błędnymi i sprzecznymi decyzjami dowódców polskiej armii,
lecz przede wszystkim, panującym w jej szeregach buntem i
wewnętrznymi kłótniami. Brak zaufania do głównodowodzącego
hetmana Kalinowskiego, poważne zaległości w wypłatach
żołnierskiego żołdu, otwarty bunt części chorągwi, działania
dowódców niższego szczebla pod wpływem urażonych ambicji, a
nawet bratobójcze walki wewnętrzne – to wszystko uczyniło
polskie wojsko mało skutecznym i możliwym do pokonania. Kozacy i
Tatarzy skwapliwie to wykorzystali. ”

I pyta dalej słusznie: „Jakie to miało znaczenie, kto z
polskich żołnierzy wcześniej miał rację, a kto jej nie miał,
skoro wszystkich jednakowo, jednego po drugim, 03 czerwca zaczęto
poddawać egzekucji? Wspominając dziś tragiczny i bardzo smutny
finał  bitwy pod Batohem, warto przyjąć do serca płynącą z
niego przestrogę. Kto staje oko w oko z nieprzyjacielem, ten
powinien zadbać o jedność we włsnych szeregach. Brak zaufania,
bunt, kłótnia, niesubordynacja – na tyle osłabiają każdą
armię i każdą ludzką wspólnotę, że nie jest ona zdolna stawić
czoła żadnemu wrogowi zewnętrznemu. […]
Sarmackiego
Katynia mozna było uniknąć. Zgubił nas tam brak zgody. Bądźmy
świadomi, że historia lubi się powtarzać.
Chrońmy
własną rodzinę i wspólnotę kościelną. Zadbajmy o to, by były
silne i w każdej chwili zdolne do boju. A przeciwników jest wielu.
[1 Ko 16,9] .”
[25] [Marian
Biernacki, Bądźmy mądrzy po tej szkodzie,
http://dzisiajwswietlebiblii….]

JAK ŚWIĘTA PANIENKA ZBŁĄKANYM SYNOM RUSI OCZY
OTWORZYŁA

Rozbudowa sokalskiego sanktuarium i jego sława spotęgowały się
jeszcze bardziej w czasie wojen z Kozakami. Ponieważ czasy były
straszne i krew lała się na potęgę w sokalskim klasztorze,
znalazło schronienie wielu zakonników bernardyńskich ze wschodnich
placówek Rzeczypospolitej, zamożna szlachta zaś, przerażona
wieściami, nadchodzącymi ze wschodu, składała tutaj również
swoje bogate depozyty. Mieszkańcy klasztoru przygotowywali się do
obrony przed ewentualnym najazdem kozackim. Już wiedziano, że po
tych rozjuszonych watahach żądnych Lackiej krwi i rabunku można
spodziewać się najgorszego. Na szczęście dla sanktuarium wojska
kozackie pod dowództwem Bogdana Chmielnickiego udały się wówczas
inną drogą pod Zamość, gdzie jak wiadomo, dzielni Kozacy mogli
sobie jedynie podziwiać, pośpiewać i może coś jeszcze…..

Niestety na tym przygoda Sanktuarium z dzikimi hordami kozackimi się
nie zakończyła. Rok później, właśnie tam u stóp Matki Bożej
Sokalskiej, na terenach pod klasztorem miała miejsce koncentracja
wojsk królewskich, a w klasztorze odbyła się tajna narada wojenna
przed wyruszeniem pod Zborów. To historyczne wydarzenie
zapoczątkowało szczególne nabożeństwo króla Jana Kazimierza do
Matki Bożej Sokalskiej. Jeszcze więcej pospolitego ruszenia
zgromadziło się w Sokalu dwa lata później tj. w 1651 r., kiedy to
bogobojna szlachta polska nisko i kornie chyliła głowę przed swoją
hetmanką. Każdy z nich wiedział, że zbliżająca się, walna
rozprawa z kozackim hetmanem i wspierającymi go Tatarami, będzie
jedną z największych i najniebezpieczniejszych bitew, może w całym
ich życiu. Tutaj właśnie, w tej słynnej Częstochowie na Rusi,
upraszali potrzebne łaski, męstwo i końcowe zwycięstwo. [26]
[Sanktuarium Matki Bożej Sokalskiej, Hrubieszów, s.
11]

Tymczasem
podczas przedłużającej się zawieruchy na Rusi, jak rzeka płynęły
kosztowności i wszelkiego rodzaju skarby do Sanktuarium i do jego
skarbca. W tych latach, w pomieszczeniach klasztornych, jak czytamy w
Informatorze o dziejach Sanktuarium, przygotowanym i wydanym przez
ojców Bernardynów w Hrubieszowie, znajdował się prawie cały
ruchomy majątek możnowładców południowych i wschodnich
województw. Złożyli oni tutaj swoje oszczędności w złocie,
srebrze i pieniądzach. Warto zaznaczyć, że nigdy wcześniej ani
później nie zgromadziło się w Sokalu tylu ważnych ludzi
Rzeczypospolitej, w tym: król, hetmani, urzędnicy, wojsko,
szlachta. W samym zaś klasztorze odbywały się narady dowództwa.
Najważniejsze jednak, że Duch w masach rósł i mężniał,
wytworzyła się nawet atmosfera granicząca z mistyczną, odbywały
się tu nabożeństwa, a świątynia była bez przerwy pełna.
Obecność w sokalskim sanktuarium, tak wielu dostojnych gości i
życzliwa gościnność gospodarzy sprawiły, że sanktuarium i
wizerunek Matki Najświętszej z Sokala, stały się znane w całej
Polsce. Ta gorąca atmosfera klasztoru zakończyła się, gdy wojsko
po kilku tygodniach udało się pod Beresteczko.  [27]
[Jak wyżej, s. 11-12)

Do
roku 1655 utrzymywał się wokół sanktuarium względny spokój,
dopóki nie przybył tu Chmielnicki ze swymi kozackimi i tatarskimi
wojskami. Zapis w kronice klasztornej z tego czasu opowiada o
cudownej interwencji Matki Bożej Sokalskiej. Mianowicie Bogdan
Chmielnicki, który  miał zamiar zająć klasztor, spodziewając się
bogatych łupów, został porażony ślepotą i dopiero po kilku
godzinach jego głębokiej skruchy i na skutek modlitw zakonników
oraz będących w sanktuarium wiernych odzyskał wzrok. Wówczas
odstąpił od oblężenia, a nawet podarował srebrny, ozdobny
puchar, jako wotum przebłagalne. A oto List Bogdana Chmielnickiego
do kustosza sanktuarium sokalskiego:

Wielebny Księże Gwardianie! Znając wielką szczerość ku
nam, której oczywiście w klasztorze doznaliśmy i miłosierdzie
otrzymali, żałuję tego ciężko, żem słuchał moich ludzi, aby
klasztor pod pretekstem przyjaźni zająć, żołnierzom swoim
zrabować i co tylko w nim znaleźć się mogło zabrać kazał.
Jednak gdym to na zdradę chciał uczynić tak przed obrazem
Bogarodzicy byłem przestraszony i tak mi się zdało, że już
więcej do śmierci widzieć nie będę. Jednak wasza mi to miłość
wraz z innymi księżmi uprosiła u Matki Boskiej, żem przejrzał i
tak dotąd widzę jako i przedtem. Jestem waszym szczerym
przyjacielem.” Bogdan Chmielnicki

Sanktuarium sokalskie od tych wydarzeń było uważane za miejsce
bezpieczne, bo cieszące się szczególną opieką Matki
Najświętszej. Potwierdzały to fakty bowiem nieszczęścia, które
wyniszczały naszą ojczyznę, szczęśliwie omijały klasztor. Jan
Kazimierz w 1655 r. w drodze ze Lwowa do Warszawy, po złożeniu
swoich słynnych ślubów maryjnych, nawiedził sokalską świątynię,
aby podziękować Matce Bożej Pocieszenia za odmianę swoich losów.
Tu także polskie rycerstwo, czując się bardzo mocno związane z
sanktuarium, złożyło w 1662 r. 8 zdobycznych chorągwi rosyjskich,
które odtąd zdobiły prezbiterium kościoła. [28]
[Jak wyżej, s. 11-13]

Tak
to prawda, w służbie Bogu, Kościołowi i ojczyźnie naszej,
potrafiliśmy wznosić się niekiedy na wyżyny człowieczeństwa,
dając żywy przykład wiary i męstwa. Czy byliśmy doskonali,
oczywiście nie bowiem naród to ludzie, a ci są ułomni, dlatego i
u nas do dziś więzienia są pełne skazańców, słusznie
pokutujących za swoje niecne uczynki. Czy tam i w tamtych czasach
mogło być inaczej, naiwny i głupi byłby ten, kto uwierzyłby,
że w tamtych czasach żyli sami święci, podobni aniołom. Gdyby
tak było nie byłoby wojen, a kraj płynąłby mlekiem i miodem,
tymczasem płynął krwią, solony ogniem i mieczem. Pamiętajmy o
tym, ile razy przyjdzie nam oceniać uczynki naszych braci Rusinów,

dzisiejszych Ukraińców, a już nie daj Boże, abyśmy poczęli się
nad nich wynosić, nimi sami gardząc. Albowiem jak zapewnia nas sam
Jezus Chrystus, ich idąca w grube miliony armia aniołów stróżów,
nieustannie woła do Boga i prosi dobrego Ojca o zmiłowanie nad nimi
samymi oraz ich w gruncie rzeczy, zbiedzonymi przodkami. Byśmy więc
czasem z rozumu obrani nie popadli w pychę, warto na koniec tych
rozważań, przytoczyć jeszcze jeden, przejmujący cytat bowiem
nasze rodzime rycerstwo,  też nie było wolne od czynów haniebnych.

ZIEMIA
KTÓRA SPŁYNĘŁA KRWIĄ

JEST W UKRAINIE  TAKI CZAS, TAKIE BÓLU ŁKANIE…..

……..tu Polak głowę spuszcza i szepce: odpuść Boże Panie,
miłosierdzia, Dziecino, Siostro, Bracie…
Posłuchajmy raz
jeszcze przez chwilę wielce czcigodnego Jana Widackiego: Tymczasem
na wiosnę 1654 r. ruszyli na Ukrainę hetmani Stanisław Potocki i
Stanisław Lanckoroński wraz ze Stefanem Czarnieckim. Ich
wyprawa
pacyfikacyjna swym okrucieństwem przekraczała wszystko, co do tej
pory w wojnach kozackich widziano. Od miecza ginęły całe
dziesiątki tysięcy ludności wyrzynane przy okazji zdobywania
kolejnych miast. Cała Bracławszczyzna dosłownie spłynęła krwią.
Nie oszczędzano kobiet ni dzieci.
Chmielnicki wspierany
przez rosyjski korpus Buturlina próbował stawić opór pod
Ochmatowem. Lanckoroński rozbił tam jednak siły
kozacko-moskiewskie (29 stycznia – 2 lutego 1655 r.), lecz na
skutek silnych mrozów musiał się cofnąć. Okrucieństwo Polaków
było odwetem za okrucieństwo Kozaków, który był znowu
odwetem…. nikt już nie pamiętał początku. Nienawiść i chęć
odwetu wypełniały serca. Ku uciesze postronnych, wbrew własnym
najoczywistszym interesom Polacy i Rusini zwalczali się, coraz
zajadlej, licytując w okrucieństwie nie przynoszącym sławy żadnej
ze stron.”
[29] [Jan
Widacki, Kniaź Jarema, s. 260-261]

I
jeśli dodać, że kronikarz żydowski Samuel Fajwisz podaje nazwy
ponad 200 miejscowości ukraińskich, w których Kozacy w podobny
sposób mordowali Żydów, szlachtę, księży katolickich.  [30]
[Jak wyżej, s. 105] Dlaczego tak się działo,
dlaczego powstanie hetmana Bohdana Chmielnickiego pociągnęło za
sobą takie morze krwi i spaloną dosłownie ziemię i czy tak
musiało naprawdę być ? A potem?! Odeszli na wieczną wartę tamci
ludzie, przyszli nowi, upłynęły lata, znów mozolnie odbudowywano
to, co tak niedawno z taką zaciętością niszczono.

PRAWDZIWYCH PRZYJACIÓŁ POZNAJE SIĘ…..

……w biedzie, wtedy bez wątpienia poznaje się kto jest dobrym, a
kto tylko podszytym przyjacielem. Polska, Litwa i Ruś miały tyle
okazji, aby wypróbować się nawzajem, że ohydnym kłamcą
należałoby nazwać tego, kto by temu przeczył, a pysznym stałby
się ten, kto by twierdził, że nie sposób tej rzeczywistości,
choćby w przybliżonym stopniu ocenić. Nie wracając więc już do
wieków pierwszych, skupmy się na tej epoce, w której dzieje
naszych narodów splotły się mocniej niż dotychczas, tj. od
wiekopomnego dzieła Unii Lubelskiej zawartej w pamiętnym roku 1569.
Niezwykłe to wydarzenie, przypieczętowane Unią Brzeską w roku
1596, znoszące na tych ziemiach prawosławie, a powołujące do
życia Cerkiew greko-katolicką, związało nasze ojczyzny na zawsze
mocną i nierozerwalną więzią, pomimo wszystko miłości i
jedności. Litwa w tych więzach wytrwała i choć na przestrzeni tak
wielu wieków, pojawiały się różne zgrzyty, generalnie rzecz
biorąc było i jest bardzo dobrze, oby było jeszcze lepiej. Skoro
Litwa to i Białoruś, która tak naprawdę, jako wolne i niezależne
państwo narodziła się dopiero po rozpadzie ZSRR. Przy czym, jak ta
wolność i niezależność kwitnie za prezydentury pana Aleksandra
Łukaszenki na co dzień, o tym nierzadko możemy usłyszeć w
środkach masowego przekazu.

A
umiłowana, piękna, ludna i zasobna Ruś, rozmodlona, cicha i
spokojna, a zarazem tak kochająca śpiew i taniec, skoczna i
frywolna, co z tym Bożym zaściankiem?! Czyż nie sam Książe
całego Wojska Niebieskiego św. Michał Archanioł zapragnął
zostać jej patronem, bo i czy jest coś pod słońcem, co nie stało
się z woli samego Stwórcy. A jeśli tak, cóż to za wielki dar i
skarb najprawdziwszy, perła najpiękniejsza na polskich herbach i
sztandarach, nawiązujących do mimo wszystko wielkiej I
Rzeczypospolitej. Wielkie były początki naszej wspólnej sprawy,
bolesne kontynuacje, ale przed nam przyszłość, jaka będzie?!
Odpowiedź wbrew pozorom jest dość łatwa do przewidzenia: taka
jacy będą ludzie, którzy będą ją tworzyć.
Jeśli będą
mądrzy, ukształtowani w Bożej szkole życia, pełnej szacunku do
tego co święte i nienaruszalne, jak choćby życie od poczęcia aż
do naturalnej śmierci itd. Jeśli z szacunkiem będą się
odnosić do tego wielkiego dziedzictwa naszych wspólnych przodków,
pomnażając to, co było dobre, a pomijając to (w znaczeniu: nie
naśladując, bynajmniej nie zapominając), co było złe i okrutne,
wtedy bez wątpienia, na powrót rozraduje się Niebo nad naszymi
narodami i wzejdzie jutrzenka rzeczywistej wolności i wielkości.

Jaka była więc owa przeszłość do której trzeba nam wracać?!
Była oczywiście różna i niełatwa, przedstawię ją na kilku
przykładach bowiem nie sposób pisać w tym miejscu całej historii
Polski i Ukrainy.

ZŁAPAŁ
KOZAK TATARZYNA – A TATARZYN ZA ŁEB TRZYMA

Na przełomie XV i XVI stulecia na południowo-wschodnich kresach
Wielkiego Księstwa Litewskiego, połączonego osobą monarchy z
Polską, zaczęła się ostatecznie formować Kozaczyzna, jedno z
niewątpliwie najciekawszych zjawisk w dziejach powszechnych, jedna z
najciekawszych organizacji, jaką wytworzyło kiedykolwiek
społeczeństwo ludzkie.

Dotychczasowe
ustalenia nauki wskazują na to, że słowo „Kozak” jest
pochodzenia turko-tatarskiego i zrodziło się na terytoriach
położonych na północ od Morza Czarnego. Zawiera w swym znaczeniu
elementy junactwa, zupełnej niezależności, a zarazem
„rozbójnictwa”. W piśmiennictwie polskim spotykamy się z tym
słowem po raz pierwszy, wertując wiekopomne dzieło naszego
czcigodnego historiografa, wielebnego kanonika krakowskiego i
wychowawcy dzieci królewskich, Jana Długosza. Pod datą 1469 roku
znajdziemy następujący zapis: „Kiedy Kazimierz, Król Polski,
wraz z Elżbietą królową przebywał na Litwie, liczne wojsko
tatarskie złożone ze zbiegów, rozbójników i wygnańców, których
oni w swej mowie Kozakami zowią, pod dowództwem cara Maniaka […]
wtargnęło […] na ziemie Królestwa Polskiego.”
  [31]
[Zbigniew Wójcik, Dzikie pola w ogniu, s.7-9]

Kim
więc byli właściwie Kozacy, odważnym, pracowitym ludem, nadto w
szczególny sposób rozmiłowanym w zaporoskim stepie, czy groźnymi
watahami zbiegów, rozbójników i wygnańców, jak podaje Jan
Długosz. Otóż prawda na to interesujące i skądinąd nietrudne
pytanie, jak zwykle znajduje się po środku bowiem  odwiecznemu
prawu ewolucji, podlega nie tylko człowiek ale każda społeczność,
dlaczego ludzie stepu mieli by być inni, niż każdy z nas?!! Już w
XV wieku na  określenie tej właśnie koczowniczej ludności pojawia
się termin „Kozacy”, czyli ci, którzy w jakikolwiek sposób
żyją ze stepu. Mianem tym ochrzcili dobyczników sąsiedzi Zaporoża
– Tatarzy. Na razie termin ten nie oznaczał jeszcze junaka, chwata
czy rozbójnika. Od Gródka Czerkasy, skąd pochodziło najwięcej
owych dobyczników – Kozaków, zwano ich także Czerkasami. [32]
[Zbigniew Wójcik, Dzikie pola w ogniu, s. 12]

Tatarzy
nie tylko „ochrzcili” Kozaków, ale wpłynęli również
decydująco na dalszy rozwój Kozaczyzny rodzącej się na Dzikich
Polach. Oto bowiem buszujący stale po stepach ordyńcy poczęli
zwracać uwagę na koczujących dobyczników, widząc w nich łatwy i
ponętny łup. Był to pierwszorzędny jasyr, u którego można było
jeszcze zabrać dużo jego własnej zdobyczy: zwierzyny, ryb, miodu i
koni. Rozpoczyna się więc na Dzikich Polach stała i zacięta
walka. Tatarzy polują na dobyczników, łapią ich, łupią i uwożą
ze sobą na Krym. Oczywiście w pierwszym okresie niezorganizowani
Kozacy ponoszą ogromne straty, stają nawet przed trudnym wyborem:
być albo nie być. Coraz lepiej rozumieją, że warunkiem uprawiania
dotychczasowego procederu, wolnego i niczym nieskrępowanego hasania
po stepie jest wspólna obrona, gdyż w przeciwnym razie są skazani
na zagładę. Tak właśnie rozpoczyna się historyczny proces
łączenia się Kozaków w grupki, grupy, następnie zaś w całe
oddziały, zwane watahami. Watahy te bronią się zaciekle przed
licznymi oddziałami tatarskimi, opierając im się coraz
skuteczniej. Biegły znawca problemu oraz człowiek rzeczywiście
zafascynowany niezwykłym fenomenem powstania i rozwoju Kozaczyzny
Zbigniew Wójcik, w swojej książce: „Dzikie pola w ogniu”
tak ostatecznie podsumowuje ten proces: „Dzikie pola stają się
terenem krwawych bitew. Mijają lata i oto spokojni ongi uchodnicy
nie zadawalają się już tylko bierną obrona przed Tatarami, ale
zasmakowawszy w rycersko-rozbójniczym rzemiośle, sami zaczynają
atakować swych napastników. Można zaobserwować ogromnie ciekawe
zjawisko historyczne: Kozaczyzna przekształca się w znakomitą,
agresywną i bojową organizację wojskową, złożoną z ludzi
szaleńczo wprost odważnych i świetnie znających rzemiosło
wojenne, swego rodzaju piratów stepu.”
[33]
[Zbigniew Wójcik, Dzikie pola w ogniu, s. 12-13]

KRÓL
STEFAN PRZECIW MOSKWIE I LEGENDA BATORIAŃSKA

Następnym z  monarchów polskich, który próbował uregulować
zagadnienie kozackie był król Stefan Batory, który prowadził
otwartą wojnę przeciw państwu moskiewskiemu. Doceniając wartość
bojową Kozaków, pragnął król pozyskać tych dzielnych i
zaprawionych żołnierzy do walki na wschodzie. Kozacy wzięli udział
w wojnie Batorego z Moskwą, wyróżniając się niejednokrotnie
dzielnością i oddając Polsce duże usługi. Kiedy w późniejszym
czasie, Kozacy prosili Króla o ukrócenie samowoli starostów
królewskich na Ukrainie, łamiących wszelki przywileje kozackie,
król nie zapomniał o ich zasługach i oddanej służbie. Nie tylko
wziął ich w obronę ale wydał nadto polecenie organom państwowym
na Ukrainie, aby przestrzegały obowiązujących praw w stosunkach z
Kozakami.

Przywileje nadane przez Batorego, aczkolwiek niewątpliwie korzystne,
nie stanowiły przecież kozackiej Magna Charta Libertatum. Niemniej
jednak, na skutek niezbyt jasnej redakcji uniwersału królewskiego,
Kozacy zaczęli się powoływać nań jako na swoją największą
zdobycz w Rzeczypospolitej. Z biegiem czasu urosła więc legenda
batoriańska, nie mniej jednak ani Zygmunt August, ani nawet Stefan
Batory nie rozwiązali i nie uregulowali problemu kozackiego, choć
poczynili, ku temu ważne kroki. Niestety, gdy czas uciekał, Moskwa
podnosiła się z upadku, a rosnąca w siłę Kozaczyzna wymagała
zdecydowanej i znaczącej regulacji państwowej, na tron polski
wstąpił Król Zygmunt III Waza. Już w pierwszym okresie jego
panowania, zaczęły się gromadzić nad Ukrainą chmury, a wkrótce
wybuchły tam pierwsze groźne powstania kozackie. [34]
[Zbigniew Wójcik, Dzikie pola w ogniu, s. 21-24]

Ostatnie lata panowania Króla Stefana Batorego to stale rosnąca
aktywność oddziałów zaporoskich na południowo-wschodnich kresach
państwa, na Krymie i co gorsza na granicach Porty Ottomańskiej. Na
takie „chadzki”, wyprawy lądowe i morskie, wyprawiali się
Kozacy masowo i często. Szczególne nasilenie śmiałych wypraw
kozackich przypada na lata 1583-1590, kiedy to pogranicze
turecko-tatarskie stanęło, rzec można bez przesady, w ogniu.
Narażało to stale Rzeczpospolitą na groźbę wojny z Turcją,
którą coraz bardziej drażniły kozackie napady. W 1586 r. umiera
Król Stefan Batory, rozpoczyna się burzliwy okres bezkrólewia,
równocześnie wzrasta bezhołowie na Ukrainie. Watahy różnych
opryszków grasują po kraju, podszywając się niemal zawsze pod
szyld kozacki. Napady kozackie na posiadłości tureckie i krymskie w
latach bezkrólewia i początków panowania Zygmunta III, ściągnęły
na Polskę wściekły gniew turecki i tatarski. W roku 1589 zagony
tatarskie, pustoszące straszliwie Ukrainę i Podole, zapuściły się
na przedpola Lwowa. Jednocześnie sułtan turecki zapowiedział
otwarcie, że jeśli Polacy sami nie rozwiążą problemu swoich
poddanych, to sam zrobi porządek z Kozakami, raz a dobrze. [35]
[Zbigniew Wójcik, Dzikie pola w ogniu, s. 25-28

I tym razem zajęto się sprawą kozacką, uchwalając ustawę, która
oddawała Kozaków pod nadzór hetmana koronnego. W jej myśl wszyscy
Kozacy rejestrowi wraz ze swymi przełożonymi mieli złożyć
przysięgę królowi i Rzeczpospolitej, że bez pozwolenia hetmana,
lub jego zastępcy nigdy nie przekroczą granicy państwa. To tylko
niektóre postanowienia tej ustawy, inne w tej pracy nie są
konieczne. Warto natomiast zatrzymać się nad innymi niebagatelnie
ważnymi uchwałami tegoż sejmu. Otóż król otrzymał upoważnienie
do nadawania szlachcie polskiej i magnatom olbrzymich obszarów ziemi
na Ukrainie. Był to właśnie niezwykle brzemienny w skutki początek
powstawania na terenie tego kraju wielkich posiadłości ziemskich,
zwanych latyfundiami. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać
bowiem niedługo po sejmie 1590 r. na Ukrainie rozpoczynają się
bardzo poważne zamieszki, a wkrótce ich siła i rozmiary są tak
duże, że przeradzają się w pierwsze powstanie kozackie. [36]
[Zbigniew Wójcik, Dzikie pola w ogniu, s. 28-30]

HEROICZNA
DOBA KOZACZYZNY NA KRESACH

Paweł Jasienica o tamtym czasie i kozackiej epopei tak pisze:
„Dymitriady oraz wojny moskiewskie ogromnie wzmogły siły i
samopoczucie Kozaczyzny ukraińskiej. Mołojcy, nawykli do szerokich
lotów, bywali wszędzie, także pod Smoleńskiem, w Moskwie i
jeszcze dalej. Rozpoczęła się dla nich heroiczna doba – zarówno
na lądzie, jak i na morzu. Poczynając od roku 1606 ofiarami napadów
kozackich stawały się kolejno: Warna, Perekop, Trapezunt, Synopa,
aż wreszcie 80 czajek wylądowało na przedmieściach
Stambułu-Konstantynopola. Archioka i Mizewna zostały doszczętnie
złupione i spłonęły, a przebywający opodal sułtan Ahmed I
musiał się temu bezsilnie przyglądać. Napad zaskoczył
wszystkich. Wysłaną w pogoń flotę wojenną Kozacy pokonali w
bitwie morskiej, kapudana-paszę – czyli admirała – wzięli do
niewoli. Było to w roku 1615. Tylko front perski powstrzymywał
wtedy Turcję od wojny. Dyplomaci królewscy przyrzekali powściągnąć
Sicz, ustawy i umowy ograniczyły ilość Kozaków rejestrowych, to
znaczy pozostających na żołdzie Rzeczpospolitej.

Lecz
kiedy królewicz Władysław i Jan Karol Chodkiewicz po raz ostatni
uderzyli na Moskwę, przyszedł im na pomoc Piotr Konaszewicz
Sahajdaczny na czele dwudziestu tysięcy Zaporożców. W roku
poprzednim on sam podpisał układ w Olszanicy, zgodził się na
ograniczenie rejestru do tysiąca głów! Teraz otrzymał od
Władysława oznaki władzy hetmańskiej – buławę, chorągiew i
bębny.
Nikt go oczywiście nie pytał, jakim prawem
zwerbował tylu zbrojnych, ani nie wypominał dowództwa w niedawnej
wyprawie czajek na Kaffę. Konaszewicz łupił w carstwie moskiewskim
nieludzko, palił miasta, wyrzynał ludność – nie chciał w ogóle
wracać na Ukrainę.
Wyczyny Sahajdacznego znacznie
przyśpieszyły rozejm dywiliński, zawarty w styczniu 1619 r. A w
następnym – jak się już wspominało –
hetman Piotr
bawił wraz z poselstwem kozackim w Moskwie, rozmawiał z diakami na
temat położenia prawosławia w Rzeczpospolitej, potem zaś
odprowadzał do Buszy patriarchę Teofanesa, klęczał przed nim i
otrzymywał rozgrzeszenie za niedawne dokonania w służbie króla.”

[37] [Paweł Jasienica,
Rzeczpospolita Obojga Narodów, s. 318]

W
tym wiekopomnym dziele czytamy dalej: „W czerwcu 1621 r. tłumna
rada kozacka w Fastowie uchwaliła wesprzeć Rzeczpospolitą. Były
to wielkie dni Siczy. Poseł królewski wstąpił na przykryte
dywanem podium z beczek, przemawiał w imieniu monarchy, grzmiały
salwy z dział, a upojony Jacek Borodawka krzyczał: ‘Przed
wojskiem zaporoskim drży ziemia polska, turecka, świat cały!’ .
Kto takie chwile przeżył, tego już żadna siła nie skłoni do
zgody na rolę chłopa pańszczyźnianego. Stosunek Rzeczpospolitej
do Kozaczyzny nacechowany był fałszem i bezmyślnością. W
godzinach prób odwoływano się do niej, gdy tylko potrzeba się
skończyła, zaczynano Zaporoże gnębić, a już co najmniej
ograniczać. W naradzie fastowskiej uczestniczyły setki duchownych.
Przez cały pierwszy dzień zebrani słuchali ich skarg, potem
dopiero Piotr Konaszewicz Sahajdaczny sytuację opanował i
przeciągnął Kozaków na swoją, to znaczy i Rzeczypospolitej
stronę.”
[38] [Paweł
Jasienica, Rzeczpospolita Obojga Narodów, s. 336]

Niezwykle
istotny dla tematu tego opracowania jest fakt, że Hetman kozacki
Piotr Konaszewicz Sahajdaczny, korzystając ze wsparcia
Rzeczpospolitej, wpierw niemiłościwie, rzecz można bezkarnie, łupi
obszary Rosji. Bogaci się na tym rzecz jasna, Rzeczpospolitej
przymnażając śmartelnych wrogów, ale już rok później osobiście
bawi z poselstwem w Moskwie, gdzie kaja się i niezmiernie kadzi
prawosławnym bojarom. O czym może świadczyć taka postawa wodza
kozackich zagonów, który przede wszystkim Rzeczpospolitej
zawdzięczał swoją siłę nasampierw, ale i sukcesy w wielu
zbrojnych, także bandyckich, jak na Turcję wypadach? W moim
przekonaniu niestety, jest to jeszcze jeden przykład ruskiej,
kozackiej, a dzisiaj ukraińskiej dwulicowości, brakuje mi tu
spójnej linii politycznej, rozdartej pomiędzy: narodowym interesem,
a silnym przywiązaniem do wiary prawosławnej, zawsze powracającej
do swoich moskiewskich źródeł.

Nawet jeśli przyjąć, że wizyta miała być formą
zadośćuczynienia, za bezmiar przelanych łez, to po pierwsze: kto
kazał kozakom Sahajdacznego, czynić ów spustoszenie po ruskich
wsiach? A jeżeli już nawet do tego doszło, wystarczyło zwykłe
poselstwo, bez udziału samego hetmana, wszak straty były po obu
stronach i to nie pierwszy raz. Niestety wizyta hetmana Sahajdacznego
w Moskwie, przywodzi na myśl, niebezpieczną grę na dwa fronty.
Motyw wydaje się być jasny i przjrzysty: nadmierne wzmocnienie roli
Rzeczpospolitej na wschodzie, wobec ostatnich sukcesów w wojnach z
Rosją. Niezwykle ważne okazało się także przywiązanie kozackiej
czerni do prawosławnej Cerkwii i tu wyraźnie, (wydaje się)
zabrakło zmysłu politycznego, co znakomicie przez całe wieki
potrafiła zresztą, wygrywać prawosławna i imperialistyczna Rosja.

Wygłąda na to, że to co udało się Polakom: gdy przyjęli chrzest
z rąk czeskiego Kościoła, zobywając tym samym niezależność od
wpływów niemieckich. Zupełnie nie udało się kozakom, którzy
walcząc o niepodległość Rusi, nieustannie zarazem chronili się
pod skrzydła Kościoła Prawosławnego, od zawsze związanego
różnymi układami i mocnymi więzami z Moskwą. Do tego zresztą
nawiązuje późniejszy hetman Bohdan Chmielnicki, gdy przemawia do
kozaków, przy okazji podpisywania Unii z carską Rosją w
Perejesławiu w 1654 r. , tym samym zrywając więzy z Reczpospolitą.
I tu także właśnie, ujawnia się ta wydawałoby się dwulicowość
w postawie wodza Kozaków Bohdana Chmielnickiego, który najpierw
wyrasta na politycznego przywódcę w ramach Rzeczpospolitej, by
potem bez pardonu, niby to z musu i bez szans na inne rozwiązania,
związać się z Moskwą.

Tu właśnie ujawnia się ten, tak tragiczny brak konsekwencji w
polityce zagranicznej kozackich wodzów. Którzy, gdy tylko sprzyjały
okoliczności ( i oczywiście na koszt Rzeczpospolitej), to „hulaj
dusza, świat się rusza”
i „po nas, choćby potop”
. Ale już, gdy sytuacja stawała się poważna i trzeba było spijać
piwo, którego się wcześniej nawarzyło, to szybko i niemal na
kolanach do …..starszego brata Moskala. A wtedy gromko i najlepiej
kupą bracia kozacy:……Boh pomiłuj, Boh pomiłuj! I że watpić
„nie nada” , że sprawa rozwiązana, wszak starszy brat
Rus, młodszego, przez Lacha gnębionego, ot tak zostawić na pastwę
Polszu nie może i że bez pomocy nie zostawi.

UNIA W HADZIACZU

JAK JUTRZENKA WOLNOŚCI – WZESZŁA NAD
RZECZPOSPOLITĄ I ZAGASŁA

Chocim,
wielki a zarazem przejmujący do szpiku kości, kto mógł wtedy
przypuszczać, że właśnie na tym ważnym zakręcie historii,
kończy się właściwie czas przeznaczony dla wielkich zwycięstw
polskich i kozackich pod jednym, wspólnym dowództwem, pod
królewskim berłem. I choć do wybuchu przerażającego w swych
rozmiarach powstania z 1648 r. było jeszcze ponad ćwierć wieku, to
już od tej chwili Polska i Ruś znalazły się na równi pochyłej,
stale pochylającej się ku punktowi krytycznemu. A jak było potem,
na uwagę zasługuje słynna bitwa pod Konotopem, stoczona w obronie
ze wszech miar mądrej Unii Hadziackiej.

W niezwykłej pracy prof. Edwarda Prusa „Hulajpole” czytamy:
„Uroczyste zaprzysiężenie unii, jak już wiemy, przez króla,
prymasa oraz dygnitarzy koronnych i litewskich z jednej strony, a
delegatów ruskich z drugiej, odbyło się 22 maja 1659 r. w święto
Wniebowstąpienia. Towarzyszyły temu saluty armatnie i Te Deum
laudamus dziękczynienie w katedrze św. Jana. Optymizm, entuzjazm, a
wojna ze Szwecją wciąż trwała, zaś na wieść o Hadziaczu
ruszyła się Moskwa. 28 czerwca 1659 r. jej wojska zostały rozbite
pod Konotopem. Zaporożcy zagrodzili rzekę Sosnówkę i spowodowali
sztuczną powódź, zaskoczone tym półki kniazia Pożarskiego
poniosły klęskę. Było to pierwsze wspólne zwycięstwo wojsk
polsko-kozackich (przy wsparciu tatarskim) odniesione nad wojskami
moskiewskimi, a ich wódź, kniaź Pożarski, wraz z tysiącami
jeńców powędrował na Krym, resztę wycięto. Pod Konotopem, jak
ongiś pod Chocimiem, doszło do prawdziwego braterstwa broni Polaków
i Rusinów, późniejszych Ukraińców. Zwycięstwo odniesione nad
nieprzyjacielem, który najechał Rzeczpospolitą.”
  [39]
[Edward Prus, Hulajpole, Wrocław 2003 r., s. 135-136]

I
dalej prof. Edward Prus tak konkluduje: „Wszyscy historycy
polscy podkreślają, że
Unia Hadziacka była dziełem
wielkiego rozumu politycznego, choć o wiele lat (dziesięć albo
dwadzieścia) spóźnionym. Ale cóż z tego, skoro spora część
Rusinów koronnych przyjęła ją wrogo.
Wyraził się w
tym nie tylko brak wszelkiego krytycyzmu czy realizmu, ale wręcz
jakiś pęd do samobójstwa. Ten właśnie pęd izolował Wyhowskiego
od szerokich mas. Dostrzegli to polscy obserwatorzy i dlatego w
grudniu 1658 r notowali: „Wyhowski najmniejszym powinienem się
fortuny swej albo zdrowie swe, albo powagę hetmańską straci i
dlatego bardziej albo szlachcie, albo Tatarom przy sobie będącym
ufa aniżeli Kozakom
[…]. Unia hadziacka bez szans
dogorywała, a wraz z usunięciem Wyhowskiego upadła, samobójcze
sympatie do bezwzględnego cara przemogły. Nienawiść zaćmiła
rozum.”
[40] [Edward
Prus, Hulajpole, Wrocław 2003 r. s.135-136]
By jeszcze dalej
powiedzieć już z mocą: „[…] dzieje polsko-rusińskiej
wspólnoty, które owocowały tyloma zwycięstwami wspólnymi, nie
opierały się wyłącznie na nieporozumieniach – jak to głoszą
pseudohistorycy typu B. Osadczuka – choć takich nie brakowało.
Historia wzajemnych stosunków jest przebogata, obfituje także w
wolty, które dostarczają argumentów tezom, z racjonalnego punktu
widzenia wykluczającym się wzajemnie.”
[41]
[Edward Prus, Hulajpole, s. 187]

STRASZNY POSIEW HAJDAMAKÓW 1768

Wydawało się pewnie wielu, że tamte czasy czerwonych nocy na Rusi
już nie powrócą, wielu zapewne obiecywało sobie lub przynajmniej
żywiło taką nadzieję w obliczu moskiewskiego zagrożenia, że tym
razem Polacy i Rusini zachowają więcej zimnej krwi i wykażą się
większym rozumem politycznym. Czyż nie na to liczyli pobożni
Konfederaci Barscy w 1768 r., a jednak znów się przeliczyli, bo
czego można się spodziewać od nieuświadomionych mas ruskich
chłopów ?

Paweł
Jasienica tak opisuje tamte krwawe i tragiczne dni: „W Warszawie
przypuszczano, że na Ukrainie wszczęła ruchawkę kawaleria,
niezadowolona z projektu nowego regulaminu, ograniczającego samowolę
„towarzystwa”. Nikt się nie orientował w tym co zaszło, sami
przywódcy opozycji byli mocno niezadowoleni z przedwczesnego
wybuchu. Wojska rosyjskie i koronne, którymi dowodził regimentarz,
Ksawery Branicki, ruszyły przywracać spokój. Zamierzano zacząć
od układów, lecz z obwałowań Baru, rozbrzmiewającego pieśniami
i suplikacjami, zamiast parlamentariuszy wyszło „czterech księży
z krucyfiksami i piąty ze statuą Najświętszej Panny, z którymi
nie wiedzieć co było traktować”, jak zapisał naoczny świadek.
Bar został łatwo zdobyty […].”
[42]
[Paweł Jasienica, Rzeczpospolita Obojga Narodów,
Warszawa 1986, s. 329]

Powyższy,
lakoniczny niemal zapis oddaje powagę sprawy na Ukrainie w
początkach Konfederacji Barskiej 1768 r. , u samego jej niemal
żródła. Tymczasem odpowiedź rozjuszonego chłopstwa ruskiego,
podpuszczonego celowo przez Rosjan była szybka i wprost druzgocąca,
żeby nie powiedzieć ludobójcza. Dość interesujący zapis tamtych
wydarzeń uczynił w swojej pracy: „Hajdamacy” Władysław
Serczyk: „Odprawiono uroczyste nabożeństwo połączone z
poświęceniem broni i – jak wynikało z zeznań Żeleźniaka –
siedemdziesięcioosobowy oddział dowodzony przez niego ruszył w
kierunku Żabotynia […] Były to ostatnie dni maja 1768 r….[…]
Tak jak w czasie jego przejazdu do Motrenina dołączyło się do
niego jeszcze kilku chłopów, również i obecnie, w miarę
zbliżania się do Żabotynia, rosła siła powstańców. Oddział
urósł do trzystu ludzi, chociaż przeszedł jedynie kilkadziesiąt
kilometrów. Zasilali go chłopi, licho uzbrojeni, często zamiast
pik kozackich niosący drewniane tyczki zaostrzone i opalone na
końcu
.

Pierwotnym zamierzeniem powstańców było tylko wywołanie
strachu, wypędzenie znienawidzonych duchownych unickich, szlachty i
Zydów, a przy okazji – jak zawsze – rabunek okolicznych dworów.

Widok, jaki ukazał się im u rogatek żabotyńskich, trupy dwóch
mieszczan powieszonych za hajdamactwo, wywołał natychmiastową
reakcję. Oddział wpadł do Żabotynia. Po krótkiej walce zabito
tamtejszego gubernatora, Stępowskiego. Zginęło także kilkunastu
Żydów, a prawdopodobnie i cześć szlachty. Zabito miejscowego
rabina, Abrama, i jego ciężarną żonę. Po Żabotyniu przyszła
kolej na Śmiłę. Stale rosnąca liczba powstańców wymagała
podjęcia decyzji co do dalszej linii postępowania. […] Plan był
niezwykle śmiały. Wprawdzie Naddnieprze, pozbawione oddziałów
wojskowych, nie mogło skutecznie przeciwstawić się buntowi, jednak
wytyczone cele wyraźnie przerastały doświadczenie i uzbrojenie
powstańców. […] Ruszono więc przez Isajki i Medwin na Lisiankę.
Po drodze zrabowano Kamienny Bród, z którego do Białej Cerkwi
uciekł właściciel Piasecki. […]

Miasto
zostało zajęte bez przeszkód, natomiast po oględzinach zamku
zorientowano się, że jego zdobycie przerasta siły powstańców.
Postanowiono więc użyć podstępu. Mieszkańcy Lisianki, którzy
przyłączyli się do Żeleźniaka, wydelegowali do komisarza
Kuczewskiego swych przedstawicieli, namawiając go, by poddał zamek.
Obiecywano pozostawienie wszystkich przy życiu i majątku. Jednym z
użytych argumentów było stwierdzenie, że ‘kraj ten będzie już
odtąd Hetmańszczyzną’ . Kuczewski uległ perswazjom i rozkazał
otworzyć bramę. Liczna, wielusetosobowa gromada wpadła do środka.
Po raz pierwszy powstańcy zetknęli się oko w oko z tak wielka
ilością szlachty. Podsycana od wielu miesięcy nienawiść znalazła
swoje straszne ujście. Rozpoczęła się rzeź. Na komisarza
Kuczewskiego wsadzono siodło, próbowano na nim jeździć, wreszcie
– wyczerpanego – zakłuto pikami.
Przerażone
zaciekłością napastników ofiary szukały schronienia na dachach,
ale i tam nie było im dane znaleźć ocalenia. Wzdłuż murów
ustawiono pionowo piki i na nie zrzucano ludzi. Rzeź odbywała się
we wszystkich pomieszczeniach zamkowych. Tylko niewiele osób zdołało
ujść z życiem.
Część z nich, przebrawszy się w
chłopską odzież, ukryła się wśród więźniów wypuszczonych z
aresztu zamkowego, inni udawali zabitych i w nocy, korzystając z
chwilowego uspokojenia, opuścili zamek, udając się do Sydorówki,
gdzie ukryli ich chłopi. Łupem powstańców padła kasa właściciela
dóbr i ruchomości znajdujące się w zamku. W pobliskim kościele
OO. Franciszkanów na jednej belce powieszono zakonnika, Żyda i psa,
umieszczając na niej napis:
„Lach Żyd i sobaka, wse
wira odnaka!” 
[…]

Tymczasem
główna wyprawa dowodzona przez Maksyma Żeleźniaka skręcała na
południowy zachód. Liczebność ugrupowania przekroczyła już
tysiąc osób. […] Uwagę powstańców przyciągał obecnie Humań,
w którym szukali schronienia szlachta i Żydzi z Kijowskiego oraz
Bracławszczyzny. […] Wkrótce mury miejskie nie mogły pomieścić
wszystkich przybyszów. […] W tym czasie w Humaniu stacjonował 60
– osobowy oddział żołnierzy dowodzonych przez porucznika Lenarta
oraz pułk kozacki, na którego czele stał szlachcic Jan Obuch
Woszczatyński. Kozacy ci pochodzili z okolicznych wsi. […] Służbę
pełniło wówczas około 700 kozaków. […] Zaraz potem wszyscy
obecni udali się do kościoła Św. Mikołaja, gdzie złożyli
przysięgę na wierność. Niebawem cały pułk ruszył ku
Zwinogródce, w której okolicach pojawiły się pierwsze podjazdy
hajdamackie. […] Po kilku dniach w Humaniu zaczęły się szerzyć
pogłoski, że Gonta porozumiał się z Żeleźniakiem. Ogarnięci
paniką mieszkańcy miasta i szlachta rozłożona obozem pod jego
murami wymogli na Mładanowiczu powtórne ściągnięcie wszystkich
setników do Humania, gdzie na rynku gubernator urządził publiczne
przesłuchanie podejrzanego. Zakończyło się ono kolejną przysięgą
na wierność. […] Kontakty między Gontą i Żeleźniakiem musiały
zostać nawiązane kilka dni przedtem, ale teraz rokowania dobiegały
końca, niemal na oczach wszystkich. Gonta wkrótce powrócił,
oświadczając, że: „Myślałem, że są to jakieś bałamuctwa,
Ale teraz, gdy zobaczyłem carskie ukazy, musimy wszyscy
pójść do Żeleźniaka, Lachów i Żydów znosić.

Jeżeli tego nie uczynimy, sami poginiemy!”

Od
tego momentu losy miasta i znajdujących się w nim osób były
przesądzone. […] Mieszkańcy Humania bezsilnie przypatrywali się
z murów rozpoczętej rzezi rodzin szlacheckich rozlokowanych w
taborach pod Grekowem. […] Pierwszy atak oblegających nastąpił
jeszcze w poniedziałek wieczorem. Chłopi z włości humańskiej
próbowali siekierami rąbać palisadę, ale gęsty ogień prowadzony
przez obrońców udaremnił te zamiary. […] Wykorzystując
ciemności, pozostali w Humaniu kozacy i żołnierze Lenarta przeszli
do obozu Gonty. Następnego dnia rano, tj. we wtorek 21 czerwca,
Gonta, widząc stosunkowo niewielką skuteczność powstańczych
ataków, postanowił spróbował pertraktacji. […] Mładanowicz
skapitulował. Podobno w omawianych warunkach kapitulacji
przewidziano odstąpienie od zamiaru zlikwidowania szlachty i
pozostałej ludności katolickiej oraz zagwarantowano im zachowanie
majątku; ludność żydowska zaś miała być oddana „dyskrecji”
Żeleźniaka i Gonty. Przeciwnikami kapitulacji byli Szafrański i
Lenart. Po krótkim sporze z nimi otwarto bramy miasta. Na spotkanie
zdobywców wyszli z chlebem i solą najczcigodniejsi mieszczanie w
otoczeniu urzędników.

Tłumy
powstańców wdarły się do środka. Natychmiast otoczono i
postawiono straże przed najważniejszymi budynkami: kościołem
farnym, dużą kaplicą oo. Bazylianów, synagogą i ratuszem. […]
Do przepełnionego kościoła farnego wszedł kozak, żądając
okupu. Posypały się worki ze złotem, bransoletki, naszyjniki,
drogocenne kamienie i inne kosztowności. Wkrótce zjawił się też
sam Gonta, który postanowił załatwić osobiste porachunki z
Rogaszewskim, gdyż ten właśnie protestował kiedyś przeciw
oddawaniu wsi w dożywotnią dzierżawę setnikowi kozackiemu.
Wyprowadzono go z kościoła i zabito. Wkrótce po  tych
wydarzeniach, jakie tam miały miejsce, rozpoczęła się rzeź
zainicjowana najprawdopodobniej przez żądnych zemsty chłopów.
Według współczesnych, z pewnością przesadzonych świadectw w
samej tylko synagodze poniosło śmierć około trzech tysięcy
Żydów.
Zabijano i męczono. Żydom obcinano ręce i uszy.
Wyciągano ich poza tym z piwnic, domów, a nawet – rowów, gdzie
daremnie szukali schronienia. Kolejnymi ofiarami nienawiści
powstańczego tłumu stali się księża katoliccy i uniccy. Jeden z
nich, Wadowski, został zabity przy ołtarzu.
Z bazylianów
pierwszy poniósł śmierć ks. Herakliusz Kostecki, rektor szkoły
przyklasztornej. Ocalało tylko 6 zakonników, zbiegłych z miasta
jeszcze przed rozpoczęciem oblężenia. Innych torturowano, żądając
zdradzenia miejsca, gdzie zostały ukryte naczynia liturgiczne i
depozyty szlacheckie. […] Duchownych zbito i przeprowadziwszy ich w
triumfalnym pochodzie wokół ratusza, zamknięto w piwnicy
mieszczanina Ignacego Bohatego. Wkrótce potem zostali zabici na
żądanie
jednego z popów prawosławnych z
Cerkwii św. Mikołaja, a trupy porzucono na drodze. Śmierć
ponieśli również prawie wszyscy uczniowie szkoły bazyliańskiej.
Ubierano się w ornaty, wygłaszano szydercze kazania, pito wino z
kielichów kościelnych i niszczono pateny.

Nienawiść
powstańców zwróciła się wreszcie przeciw szlachcie zgromadzonej
w Humaniu.
Okrucieństwo przekroczyły wszelkie granice.
Celowali w nim, jak w poprzednich wypadkach, chłopi przybyli z
włości humańskiej.
Ofiary przywiązywano do pala, bito,
kłuto spisami, by na koniec dobić nożem lub wystrzałem z broni
palnej. Gwałcono kobiety, ciężarnym rozcinano brzuchy, a dzieci
podnoszono na spisach do góry.
[…] Rozgorączkowane i
wzburzone tłumy zaczęły się uspokajać dopiero wieczorem. Sporej
liczbie osób udało się ocalić życie czy to przez umiejętne
ukrycie się, czy też wyproszenie łaski; a kobiety – przez
wyrażenie zgody na małżeństwo z którymś z powstańców. Całą
tę grupę, a znajdowały się w niej dzieci Mładanowicza: Weronika
i Paweł – popędzono teraz do cerkwi Św. Mikołaja. Tam
przechrzczono ich wszystkich na prawosławie. Trzy osoby, które
sprzeciwiły się dokonaniu tej ceremonii, zabito na miejscu. Miasto
zostało rozgrabione doszczętnie. Ocalały tylko sklepy kupców
rosyjskich i tureckich. […] Część trupów wrzucono do studni, w
której uprzednio obrońcy miasta nie znaleźli upragnionej wody.
Studnia, wielometrowej głębokości, została wypełniona po brzegi,
a mimo to nie zdołano uprzątnąć wszystkich zabitych. […]
W
tym samym dniu wieczorem rozpoczęły się zabawy połączone z
pijaństwem, które z różnym nasileniem trwały aż do ostatecznego
rozbicia oddziału przez wojsko rosyjskie.
[…] W Humaniu
i najbliższej okolicy zginęło kilka tysięcy osób, wiele z nich –
po okrutnych męczarniach. […].”
[43]
[Władysław Serczyk, Hajdamacy, Kraków 1972 r., s.
308-330]

„Rzeź
w Humaniu wstrząsnęła opinia publiczną, bardziej ze względu na
przejawione okrucieństwo i fakt, że dokonana została chłopskimi
rękami, niż z powodu znacznej liczby ofiar. Nie sposób zaprzeczyć,
że w Humaniu
– jak zeznawali później uczestnicy
koliwszczyzny – „Wszyscy zabijali: strzelbą, spisami, nożami,
cepami i zastupami; chyba rąk nie miał, to ten tylko nie zabijał.”.
Trudno jednak na tej podstawie i tylko na niej twierdzić,
że leżało to w planach dowództwa powstania. Jego pierwotnym
zamierzeniem była interwencja w obronie kościoła prawosławnego,
wypędzenie oddziałów konfederackich z województw ukraińskich.
[…] Dołączenie się chłopów do ruchu, a potem –
zmajoryzowanie go przez nich, wprowadziło potężny ładunek
klasowej nienawiści i – co właśnie odbiło się na wypadkach
humańskich – trudnego do opanowania, zdecydowanego na wszystko
żywiołu.”
[44] [Władysław
Serczyk, Hajdamacy, Kraków 1972 r., s.308-330]

Paweł
Jasienica rzucił interesujące światło na konsekwencje okrutnych
zbrodni kozackich, opisanych powyżej: „Konserwatywna szlachta
polska podniosła więc katolicki sztandar wojny religijnej na
Ukrainie. Osobliwe zjawisko opłacone zostało natychmiast ceną
straszną, lecz raczej logiczną. Do Turcji, na pomoc której liczono
było jednak z Baru dość daleko, za to do wsi pańszczyźnianej
bardzo blisko. Pierwsza faza ruchu barzan utonęła we krwi,
wytoczonej przez święcone po klasztorach prawosławnych noże
chłopskie. Do przywódcy Maksyma Żeleźniaka, przyłączył się
Iwan Gonta, setnik nadwornych Kozaków rodu Potockich. Nie wiadomo
doprawdy, czyje okrucieństwo sprawia bardziej odstręczające
wrażenie – hajdamaków, co wyrżnęli ludność Humania, czy też
współdziałających z oddziałami carskimi wojsk koronnych, które
zabrały się do tłumienia rozruchu strasznymi represjami. Tamci
zaczęli pierwsi, to prawda. Lecz ostatecznie inaczej wyglądać
powinna ocena działań ludzi prymitywnych i ciemnych, inaczej zaś
takich, jak generał Piotr Kreczetnikow, Ksawery Branicki czy oboźny
koronny, Stanisław Stempowski, którzy reprezentowali rządy państw
bądź co bądź europejskich.”
  [45]
[Paweł Jasienica, Rzeczpospolita Obojga Narodów, s.
329]

Rosja
najpierw wsparła hajdamaczyznę, nieoficjalnie i po cichu, potem
otwarcie i gromko, przyczyniła się do jej wytępienia: „murzyn
zrobił swoje”,
może więc zasiąść na palu. „Polacy –
pisze Albert Sorel – wycinali w pień w imię wiary, Rosjanie w
imię tolerancji”, cała zaś operacja razem wzięta – dodać
należy od siebie – przyniosła niepowetowane szkody Polsce i
Ukrainie, według recepty znanej już od połowy XVII wieku. [46]
[Jak wyżej, s. 329-330]

Czy rzeczywiście Paweł Jasienica ma rację nazywając działania
Konfederatów na Rusi wojną religijną, mam duże wątpliwości. A
straszna rzeź Humańska ? Tu na pewno się nie myli, bo to wielka
tragedia, a właściwie to rzeź Żydów i Polaków, żeby nie
powiedzieć ludobójstwo dokonane przez Rusinów. A przecież od
czasów Chmielnickiego minęło równo 120 lat, to długi przedział
czasu i rany winny się zabliźnić, zatem dlaczego tak się właśnie
nie stało?

ZA NASZĄ I WASZĄ WOLNOŚĆ 1792

Niestety, ten ponad stuleni przedział czasu, okazał się być za
wąski, by zabliźniły się rany i wyrósł nowy naród, zdolny
dzielnie i solidarnie przeciwstawić się niszczycielskiej, wciąż
rosnącej, moskiewskiej potędze. Więcej, wydaje się, że na
Kresach Rzeczpolspolitej niewiele, albo i nic się nie zmieniło,
bowiem Prof. Edward Prus pisze: „Dopiero teraz nadszedł czas
zadumy, refleksji – a było nad czym się zastanawiać – bo oto
rozgorzało powstanie kościuszkowskie, które dawało możność
walki sfrustrowanym kozakom o swoją Sicz pod protektoratem
niezawisłej Rzeczypospolitej. Czy rozumiał to Tadeusz Kościuszko
mający przecież w swoich żyłach krew białoruską, i o ile
zamierzał wykorzystać bitny element kozacki przeciwko wspólnemu
wrogowi? Powstanie kościuszkowskie poprzedziły walki
polsko-rosyjskie o niezawisłość państwa. Właśnie owe walki
ujawniły talent dowódczy Kościuszki – typowego przedstawiciela
Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Nie bez racji Białorusini dziś
wskazują na narodowość bohatera wsławionego walką o wolność
także Stanów Zjednoczonych, Ukraińcy zaś nie omieszkają
podnosić, że jego kuzyn o tym samym nazwisku był duchownym
greckokatolickim.

Wojna
polsko-rosyjska, w której Rusini walczyli już po obu stronach –
polskiej i rosyjskiej – toczyła się także na obszarach
kresowych. Jaki był udział „kozackiego rodu” w zwycięstwach i
klęskach Rzeczpospolitej, tego dokładnie nie wiemy i prawdopodobnie
nigdy się już nie dowiemy. Wiemy jednak, że po stronie polskiej
stawało wielu dzielnych Rusinów – Kozaków lub osób z kozackim
rodowodem. Właśnie ci ostatni chętnie garnęli się pod znaki
Kościuszki. Kościuszko bowiem miał już sławę wodza zwycięskiego
z Ameryki, a nadto był znany z nieobojętności na poddaństwo
chłopów, które uznawał za jedną ze słabości ojczyzny, a
przecież wśród tych uciskanych poważny odsetek stanowili
włościanie ruscy.”
[47] [Edward
Rrus, Hulajpole, s. 187-188]

W sprawie ruskiej pisał Kościuszko w 1789 r. do niejakiego
Zaleskiego – posła do Sejmu Czteroletniego: „Przeszły list
śpiący pisałem i nie dziw, że z pamięci mi zeszło coś
powiedzieć o Rusinach naszych. Fanatyzm pochodzący z niewierności
zawsze najokropniejsze zwykł wydawać skutki, zapobiec niewiadamości
długa jest droga. Trzeba wieków, aby oświecić ludzi, a trudniej u
nas, gdzie ludzie oddychają niemal z woli swych panów, nie mając
żadnego po sobie prawa, nawet odmienić miejsce zabroniono im.
Uchylić się od okrucieństwa lub uciemiężenia, pomijam od
niesprawiedliwości, bo tej zawsze doznają. Wiem, co nieludzkość
odpowiedzieć może – mogą uciec. A gdzie? Pytam się, do Moskwy
chyba? Bo wszędzie pozwala prawo ścigać poddanego. (Poddanego –
słowo przeklęte być powinno w oświeconych narodach). To my
zaludniać inne kraje naszym nierządem będziemy? Zmniejszyć
fanatyzm jest krótszy sposób i nie widzę, jak jeden pewny i
najłagodniejszy, łączyć święta wszystkich ich z naszymi, jeden
niech będzie kalendarz, postarać się, aby popi mogli mszę mówić
po polsku. Nieoświeconym ludziom powierzchowności potrzeba,
widocznej różnicy, gdyż żadnej nie czynią między religią
gracką nieunitów, to jest moskiewską, a swoją, jedną jest to dla
nich. Przyzwyczajać ich trzeba do polskiego języka, niech w polskim
języku wszystkie ich nabożeństwa będą. Z czasem duch polski w
nich wejdzie. Za nieprzyjaciela sądzić będą tego, który by nie
umiał języka narodowego, a już będzie znaczny oddział państwa
naszego. Wzburzy się w nich krew na wspomnienie Moskala, Prusaka,
Austriaka, tak jak w Angliku nadmieniwszy Francuza. Nienawiść
narodu ku drugiemu jest zawsze z pożytkiem, jak i wielkie rozumienie
o sobie. Oświeconym zostaje tylko ster do życia dobrego, to jest ku
powszechnemu dobru.”
  [48]
[Jak wyżej]

I GDZIE CI PUŁKOWNICY, GDZIE TE PUŁKI KOZACKIE

Jedną z najstraszniejszych i najczarniejszych kart historii Polski
jest haniebne dzieło Konfederacji Targowickiej. Co ciekawe, że
Targowica leży daleko na Ukrainie, czy może mieć to związek z
tagedią tych ziem w wiekach poprzednich ? Tak czy inaczej znamienne
są zapisy kozaka Wernyhory, który miłując Rzeczpospolitą,
przepowiedział Jej zarówno upadek, wiekowe zmagania o wolność,
czyli powstania narodowe, ale i zmartwychwstanie. Ja sam pamiętam z
czasów studiowania historii na UW pewną i b. znamienną w swej
wymowie historię: jeden z przywódców Targowicy hetman Potocki
przybywa w 1793 r. (już po II rozbiorze Polski) na dwór carycy
Katarzyny II do Petersburga i żali się: „…moja ojczyzna
ginie – Imperatorowo, przecie nasze układy – miało być inaczej
!”
. Na to caryca (wg naocznych świadków) miała mu
powiedzieć w twarz i bez ogródek: „Milcz psie teraz tutaj jest
twoja ojczyzna!”
Hmmm…. Mam pytanko: czy to jest może
mutacja końcowa, owego pragmatyzmu po rosyjsku?

Prof. Edward Prus pisze: „Zaspokajając „prośbę”
nikczemników, Moskale rozpoczęli niszczenie dzieła polskich reform
22 maja 1792 r. Wtedy to na froncie ukrainnym zapragnęli okrążyć
i zniszczyć armię Rzeczypospolitej dowodzoną przez ks. Józefa
Poniatowskiego. Pod Dubienką drogę wrogim zastępom zagrodził
Kościuszko, mając do dyspozycji zaledwie pięć tysięcy ludzi;
nieprzyjaciel dysponował dwudziestoma tysiącami – a nadto
korzystał z terytorium już wówczas austriackiej Ziemi
Czerwińskiej, nazwanej Galicją, przez którą przeprowadził
wojsko, aby okrążyć szczupłe siły polskie. Bitwa pod Dubienką
była najbardziej zaciekłą bitwą w całej kampanii
polsko-rosyjskiej 1792 r. Niestety, działalność żołnierska nie
została doceniona przez króla, który niespodziewanie przystąpił
do konfederacji, otrzymawszy taki surowy nakaz z Petersburga.
Kościuszko poprosił o dymisję i w połowie września 1792 r. udał
się na emigrację. Jechał przez Lwów, gdzie ludność polska,
ruska i żydowska zgotowała mu owacje. Opuścił kraj na krótko,
dwa lata później był już z powrotem w ojczyźnie, stając na
czele powstania narodowego”
[49]
[Edward Prus, Hulajpole, s.188]

Wielkie
dzieło stronnictwa patriotycznego w Polsce legło w gruzach,
wiekopomna, nowoczesna, rzeczywiście zdolna uzdrowić cały naród:
Konstytucja 3 Maja, chluba polskiej myśli reformatorskiej została
zniszczona. Prawdą jest, że także za przyczyną stronnictwa
zdrajców, którzy nie mogli się pogodzić z końcem pewnej epoki w
Rzeczypospolitej, która to epoka przyniosła nam tylko klęski, łzy
i rozczarowania. Jakże jednak charakterystyczne jest, że owa
nieszczęsna Konfederacja została zawiązana właśnie w Targowicy
na dzisiejszej Ukrainie. Czy byłoby to w ogóle możliwe, gdyby
stały tam wierne królowi pułki kozackie?! Znając zapalczywość
Kozaków jest mało prawdopodobne ale ich tam wtedy po prostu nie
było. Więc gdzie się podziali Ci dzielni żołnierze i sławni
pułkownicy kozaccy. Czy aż do tego stopnia nie mogli się utulić w
swoim żalu, że w ogóle przestali się interesować wielką sprawą
polityki?!

Oczywiście, że nie tak się miały sprawy. I byli i trwali, a
marzeń swoich wcale nie porzucili, choć pod ciężką ręką Moskwy
przyszło im teraz służyć, a Ci którzy nie chcieli, musieli
emigrować. A czerń, a prości chłopi ukraińscy, o tych na
Ukrainie przecież nie brakowało. Rzeczywiście ale tym się wcale
nie paliło, aby wyruszać na wojnę przeciwko Carowi. Jakoś nie
słychać wcale, aby nagle Rusini, przerażeni upadkiem
Rzeczypospolitej, w jej obronie jakiś rwetes wszczęli. Nie słychać
także, aby jak grzyby po deszczu, rodziły się nowe pułki
kozackie, co to pod wodzą swoich groźnych pułkowników, spieszą z
pomącą Tadeuszowi Kościuszce. I wołało wtedy niejedno polskie, a
zapewne i rusińskie serce: I gdzie te nasze pułki sławne, gdzie
ci kozaccy atamani, gdy wróg w próg i sama Rzeczypospolita ginie?
Ano zabrakło ich, nie czuli się na tyle mocni, na tyle mocno
związani z naszą ojczyzną, aby stanąć zbrojnie w jej obronie,
aby masowo chwycić za broń. Nie było takiego ruchu ani w pamiętnym
roku 1792, kiedy toczyła się wojna w obronie Konstytucji 3 Maja,
ani nawet podczas dramatycznego, w swoim przebiegu Powstania
Kościuszkowskiego w Polsce w roku 1794.

PAMIĘTNY ROKU 1812 KTO CIĘ WIDZIAŁ KTO CIĘ KOCHAŁ

Wizerunek ten nie zmieni się ani o jotę, a nawet „wrogo
zabarwi”
, blisko dwadzieścia lat później, gdy Polacy, u
boku cesarza Napoleona mszerowali na Moskwę. Bardzo wielu Rusinów
ochoczo, wstępowało w szeregi Moskali, by walczyć także z
znienawidzoną Rzeczpospolitą, obficie krwawiącą, ale jakże
dzielnie walczącą na wielu frontach Europy, podnoszącą się z
upadku. A oto fakty: Prof. Edward Prus: „Rok 1812 – Francuzi
nad Niemnem. Na tę wieść władycy i misjonarze prawosławni,
którzy panoszyli się na zniewolonej ziemi Rzeczypospolitej, uciekli
razem ze swoimi protektorami. […] Wraz z tą ucieczką znikło
prawosławie, w ciągu dosłownie jednego tygodnia odrodziła się
Unia. Duchowni, których przymuszono do zmiany rytu, teraz kajając
się, powracali skruszeni do katolicyzmu.
„Wszyscy
obywatele przysięgając – czytamy w pamiętniku – głosowali za
przywróceniem dawnego stanu rzeczy, za Rzeczypospolitą.”

Wśród tych znalazł się władyka mohylewski T. Szyszacki. Ten był
święcie przekonany, że Rzeczpospolita powstanie dźwignięta
silnym ramieniem Napoleona. Skoro tak, to cała Ruś Czerwona i Biała
znajda się w jej granicach. Zatęsknił za polskim prawem i swobodą,
za zwierzchnictwem Carogrodu, a nie Moskwy. […] Modlono się także
za pomyślność oręża francusko – polskiego we wszystkich
kościołach kresowych. Był to wtedy wspólny głos polsko –
ruski, głos błagalny o odbudowę Rzeczypospolitej Obojga Narodów.
[…]

Działania
wojenne francusko – polsko – rosyjskie nie były prowadzone
wyłącznie na północy, dotknęły one także bezpośrednio części
Wołynia. Jednak wysiłek Ukrainy w walce z Napoleonem był pokaźny.
Władze carskie zdołały zmobilizować na Lewobrzeżu około 60 tyś.
Sołdatów, wśród których byli także ochotnicy – nie licząc
formacji kozackich. Kozacy jednak, podkreślmy, bezpośrednio udziału
w walce nie brali, byli wciąż w odwodzie. Wokół Kijowa znów
wzniesiono fortyfikacje.
W trakcie odwrotu wojsk
napoleońskich ukraińskie formacje wojskowe, jak też watachy
partyzanckie, szarpały pojedyncze oddziały Wielkiej Armii, głównie
jednak na Białorusi. Było tam najprawdziwsze hulajpole.

Wymowny jest choćby jeden przykład zachowany w pisemnym
przekazie familii książęcej Puchałów – Mystowskich. […] „Tu
ciemne lasy starodrzewu ciągnęły się na znacznych przestrzeniach
zasłanych bagnami i trzęsawiskami Polesia. Ułani zwolnili tempo
jazdy i bacznie śledząc okolice, wypatrywali pojawienia się
Kozaków, którzy posuwali się bokiem, na równej linii z nimi,
jednak ich nie atakując; dość dobrze znali sprawność ułanów w
szarży […] Spostrzeżono ich przy wyjeździe na polanę dość
szeroką i długą, co powodowało, że wyglądali jak Tatarzy.
Kozacy co jakiś czas ostrzeliwali tak Francuzów jak i
ułanów polskich […] Zdarzało się również, że w szeregach
ruszali do ataku bądź kontrataku wśród rozdzierającego wrzasku
urra, urra
, jednak kiedy ułani z pochylonymi lancami
ruszali do przodu, ci pierzchali w niesamowitym popłochu. Stada
kruków i wron, unoszących się w powietrzu, znaczyły ślady ich
panicznej ucieczki. […]”
  [50]
[Edward Prus, Hulajpole, s. 200-202]

POWSTANIE
LISTOPADOWE 1830 NA RUSI

Niestety myli się grubo ten, kto wciąż żyje nadzieją, że w
następnych dziesięcioleciach, Ruś odmieniła swoje serce, jak za
dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Właściwie to trudno dziwić
się mieszkańcom tych ziem, skoro na własne niemal życzenie wielu
z nich, bliżej miało teraz do rózgi „dziadka moroza” niż do
polskich pałaszy. A dzielni i bitni Polacy, rodziny polskie na
Kresach?! Oczywiście chwycili za broń, przynajmniej w tej
najbardziej, swojej patriotycznej części. I choć nadzór
rosyjskiej policji i żandarmerii w roku 1831 był ostry, postępowały
tu przygotowania do powstania. Tym bardziej, że powodzenie Powstania
Listopadowego w Królestwie Polskim zależało w dużej mierze od
przeniesienia walk na teren Litwy, Wołynia , Podola i Kijowszczyzny.
Ten strategiczny manewr miał przeciąć drogi prowadzące do
Królestwa i zdezorganizować zaplecze armii carskiej. Jego
powodzenie dawało też szansę żądania od cara zwrotu prowincji
graniczących z Królestwem. Zatem jasne jest, że w Warszawie
oczekiwano, że powstanie zostanie poparte przez mieszkańców
wschodnich ziem Rzeczypospolitej. Wcześniej trafiały tam odezwy
roznoszone przez różnych emisariuszy, którzy zachęcali do walki
przeciw Rosji.

Powstanie na Ukrainie trwało od kwietnia do maja 1831r. Zaczęło
się dopiero po wejściu na Wołyń kilkutysięcznego oddziału
kawalerii , dowodzonego przez gen. Józefa Dwernickiego. Początkowo
jego wyprawa odniosła kilka zwycięstw w potyczkach i jedno w
większej bitwie pod Boremlem, ale po przybyciu posiłków dla armii
carskiej zakończyła się klęską. Osaczony przez przeważające
siły rosyjskie przekroczył granicę austriacką. Jego dywizja
liczyła tylko 4700 ludzi i 12 dział. Została ona poparta przez
niewielkie powstańcze oddziały w powiatach: kowelskim, łuckim i
rówieńskim. Okazały się one jednak zbyt słabe, by na Wołyniu
powstanie osiągnęło niewielki chociaż sukces. Większość z nich
postanowiły się rozpuścić.

Na Podolu powstańcy deklarowali, że mogą wystawić do walki 20
tys. ludzi. Mieli oni opanować Kamieniec Podolski, w którym się
miał zainstalować ich Rząd Centralny dla Ukrainy. W praktyce się
okazało, że powstańcy nie są w stanie zmobilizować tak wielkich
sił, choć przy użyciu znacznie mniejszym mogliby odnieść sukces.
Na Podolu siły rosyjskie były niewielkie i nawet niewyszkoleni
powstańcy mogliby je pokonać. Powstańcom brakowało rozpoznania i
szybkiej łączności z Królestwem. Po dziś dzień nie wyjaśniona
została rola, jaką na Podolu odegrał emisariusz Rządu narodowego
major Bazyli Chróściechowski. Niektórzy miejscowi powstańcy tacy
jak Stempowski i Wodziński oskarżyli go o zdradę. Początkowo
wybuch powstania postanowiono odłożyć.

Na terenie powiatów należących do województwa kijowskiego
wystąpienie polskich powstańców było bardzo ograniczone. Na ich
czele stanął generał kościuszkowski Benedykt Kołyszko. Z
posiadanych sił udało mu się uformować 11 szwadronów kawalerii.
Oddziały te jednak prezentowały niską zdolność bojową,
zwłaszcza zaś w trakcie manewrów. Były znakomite w ataku, bardzo
kiepskie w odwrotach. W starciu z regularnym żołnierzem rosyjskim
nie miały wielkich szans. Brak wyszkolenia dał o sobie znać
zwłaszcza po pierwszej bitwie powstańców z wojskami rosyjskimi pod
Daszowem. Po brawurowej i zwycięskiej szarży przy pierwszej próbie
przegrupowania , siły powstańcze wpadły w panikę i rzuciły się
do ucieczki. W efekcie już w pierwszej bitwie armia powstańcza
przestała de facto istnieć pomimo, że w jej trakcie utraciła
tylko kilkunastu ludzi , a Rosjanie dwustu. Generałowi Kołyszce
udało się wprawdzie zebrać jeszcze pięciuset kawalerzystów i
stoczyć dwie zwycięskie potyczki, ale nie miały one wpływu na
przebieg całej kampanii.

W podolskim powiecie latyczowskim usiłowano jeszcze reanimować
powstanie pod wodzą Aleksandra Gołyńskiego. Jego oddział nie
osiągnął jednak zaplanowanej wielkości i licząc dwustu ludzi
cofał się przed rozbiciem do granic Galicji, gdzie skapitulował
przed Austriakami. Generalnie rzecz biorąc powstanie na terenie
Wołynia, Podola i Kijowszczyzny było raczej manifestacją niż
realnym działaniem zbrojnym, uważa Marek A. Koprowski
, któremu
zawdzięczamy powyższy opis. I trudno się z nim nie zgodzić, skoro
powstanie objęło tylko część powiatów . W większości nawet
próba wywołania demonstracji zbrojnej nie wypaliła całkowicie.
Spiskowcy za Bugiem spodziewali się przysłania silnego korpusu
wojsk regularnych z Królestwa, a także doświadczonych instruktorów
i broni, co jak wiadomo, nie nastąpiło. Uniemożliwiło to
wykorzystanie szlachty z tych ziem do działań zbrojnych mimo, że
stanowiła ona świetny materiał na żołnierzy. Powstanie na
ziemiach ukraińskich unaoczniło po raz kolejny, że czasy
pospolitego ruszenia minęły już dawno, a brawura nie może
zastąpić znajomości podstawowych zasad sztuki wojennej. W
odróżnieniu od Litwy powstanie na Ukrainie było przede wszystkim
ruchem szlacheckim. To polskie dwory zapłaciły więc największą
cenę. Większość jego uczestników musiała udać się na
emigrację i nigdy już Ojczyzny nie zobaczyli.
Jeden z nich
hrabia Leon Stempowski przodek słynnego eseisty stał się
inicjatorem utworzenia polskiej nekropolii na cmentarzu Montmartre w
Paryżu. Ci powstańcy, którzy pozostali na miejscu, praktycznie w
całości zostali zesłani na Sybir. Zdecydowana większość z nich
utraciła też swoje majątki skonfiskowane przez władze carskie.
[51] [Marek A. Koprowski,
http://www.kresy.pl]

W podobnu duchu czytamy w Kronice Polskich Powstań Narodowych.
Najaktywniejsza była szlachta podolska (rodziny Jełowickich,
Sobańskich, synowie Jana Potockiego).W powstanie zaangażowało się
na Podolu 2600 insurgentów, głównie drobnej i średniej szlachty.
Iskrą zapalną dla spiskowców z tych ziem, miała być akcja gen.
Dwernickiego, który na czele oddziału powstańców wkroczył na
Wołyń. Zapewne niemało się rozczarował żołnierz polski, gdy
ujrzał zapał do walki kresowego chłopstwa, a przyparty do
austriackiej granicy już 01 maja 1831 r. musiał kapitulować.

Mimo tak niepomyślnych wieści, powstańcy podolscy nie myśleli
rezygnować bez walki, choć ich szanse na zwycięstwo, były już
właściwie żadne. Tym bardziej, że i szlachta polska w dużej
swojej części, zniechęciła się do dalszego oporu. Pod dowództwem
starego kościuszkowskiego gen. Benedykta Kołyszki, wyruszyli do
boju ale już 14 maja 1831 r. zostali rozbici pod Daszowem, przez
rosyjskiego generała Rotha. Ocaleni w liczbie około 700, schronili
się w Galicji. Jeszcze mniejszy był wysiłek powstańczy na Rusi,
stąd nie będzie w tym żadnej przesady, jeśli uznamy, że
występowały tu raczej incydenty zbrojne, nie zaś powstanie
zbrojne. Ostatecznie w trzech zabranych prowincjach uczestniczyło w
powstaniu od 5300 do 6000 ludzi. I choć w liczbie tej nie brakowało
chłopów, śmiało można zawyrokować, że Ruś w Powstaniu
Listopadowym 1831 r., właściwie udziału nie wzięła. [52]
[Kronika Polskich Powstań Narodowych, s.]

O czym może to świadczyć, tylko o tym, że w tragiczny i krwawy
czas zaborów, kiedy Rzeczypospolita naprawdę potrzebowała
przyjaciół, na Rusi w każdym razie ich nie znalazła. I jeszcze
jedno pytanie: czy w tym czasie brakowało „panów” na dawnych
Kresach, skąd było ich tyle samo, a może nawet więcej, teraz
mówili jednak niemal wyłącznie po rosyjsku. Ale jakoś nie
słychać, (poza lokalnymi wystąpieniami pomniejszych watażków,
czy poszczególnych atamanów), o ruskim powstaniu, czy zrywie Narodu
Ruskiego do walki o niezależność, jak dla przykładu za
Chmielnickiego. Dlaczego?! Słyszymy raczej o dogorywającej z wolna
Kozaczyźnie! A no wniosek nasuwa się sam. Nie po raz pierwszy:
„ruskaja ruka” , to nie (nad wyraz, rozpasana niekiedy)
„wolność polska” !

Dobrze rozumiał to światły hetman kozacki Iwan Wyhowski, niestety
mniej przewidująca była czerń kozacka. Najbardziej interesujący i
dodajmy zarazem niepokojący jest jednak fakt, że nawet perspektywa
czasowa nie wiele nauczyła Rusinów i samych Kozaków.  Nie pomogła
także „ciężka ręka” cara, nawet zsyłki, więzienia i
ukazy carskie: takie i owakie, jakoś nie przysposobiły tego Narodu,
tak nam przecież bliskiego geograficznie, historycznie, językowo,
kulturowo i religijnie do garnięcia się pod wspólne sztandary.
Dodajmy zarazem, że tym razem pisano na nich zwykle: „Za Naszą
i Waszą wolność!”
.

POWSTANIE STYCZNIOWE 1863 NA RUSI

Czy
inaczej było 30 lat później skąd, ani nawet o dwa gramy! Dobrze
to widać z perspektywy czasu, czy w tamtym gorącym czasie także
zdawano sobie sprawę z powagi sytuacji? I tak i nie bowiem z jednej
strony dostrzegano szeroko pojętą niechęć ludności ruskiej do
akcji powstańczej na Kresach, ale z drugiej strony, żyła w polskim
społeczeństwie „jakaś nadzieja” . Łudzono się, a nóż
stanie się cud i Ruś poderwie się raz jeszcze do walki z Rosją,
przecież także o własną wolność. W manifestacjach kładziono
duży nacisk na znaczenie więzi łączących Królestwo z Ziemiami
Zabranymi. I tak 12 sierpnia obchodzono rocznicę unii lubelskiej, a
10 października świętowano rocznicę unii horodelskiej. W tym celu
zaprrojektowano masową manifestację przedstawicieli wszystkich
dzielnic Polski, Litwy i Rusi. Na domiar złego nawet sami Polacy
byli podzieleni, oto ziemiaństwo kresowe (żyjące w realiach
kresowych) było przeciwne powstaniu i szukało sposobów jego
zapobieżenia. Byli oni bardziej związani z „białymi” i tak jak
oni proklamowali pracę organiczną i porozumienie z carem.
Przeciwieństwem był oczywiście obóz „czerwonych” , który
nawoływał do wspólnego powstania przeciwko ciemiężycielowi.

Na Rusi sytuacja powstania była o wiele trudniejsza niż nad Wisłą
i na Litwie. Sam wybuch powstania został odłożony do maja,
tymczasem policja raz po raz natrafiała na ogniwa organizacji
tajnej. W styczniu 1863 r. została rozbita „agentura rewolucyjna”
w Odessie, w kwietniu kółko rewolucyjne w Kijowie. W marcu
nastąpiła wsypa polskiej organizacji czerwonej w pow. Skwirskim. W
lutym odkryto w Kijowie tajną drukarnie.

Do pierwszych ataków doszło już 23 stycznia 1863 r. w obwodzie
białostockim, a następnie 7 lutego na tym terenie doszło do bitwy
pod Siemiatyczami, skąd ruszono na wschód, aby poruszyć ludność
Litwy. Roman Rogiński ze 150 ludźmi dotarł na Polesie, które
było idealną bazą na partyzantkę.
Jednak jak się okazało
niechęć chłopów do powstania była większa niż się początkowo
wydawało. Rogiński nie znalazł oparcia wśród ludności,
rozbity pod Borkami 26 lutego, został w kilka dni później
schwytany przez chłopów i wydany w ręce armii carskiej.
Ten
incydent świadczy, jak bardzo władze powstania pomyliły się
licząc na lud Ziem Zabranych, na ich przywiązanie do polskiej
tradycji. [53]
[http://pl.m.wikipedia.org  Powstanie styczniowe na Ziemiach
Zabranych]

Aby przyciągnąć na swoją stronę masy ludu ukraińskiego wydano
odezwę, tzw. Złotą hramotę. Główne jej założenie mówiło,
że: „Ziemie orne, sianożęcią i sadyby pańskie i skarbowe,
które za czynsz lub za odrobek, albo za wykup trzymali włościanie,
będą od niniejszego dnia po wasze czasy własnością każdego
gospodarza bez żadnej za nie zapłaty”.
Chłopi przyjmowali ją
w różny sposób. Czasami chętnie, były jednak miejsca, jak
gubernia kijowska, gdzie chłopi ustosunkowali się do ogłoszenia
wrogo, nie dając im wiary. Dochodziło nawet do napaści na
powstańców, którzy rozdawali chłopom Hramoty. Należy jednak
pamiętać, że chłop nienawidził dziedzica Polaka, więc wszelkie
próby poderwania ich do walki za sprawę pana ciemiężyciela były
nierealne. Bardzo trafnie określa to Paweł Jasienica: „Lud
ukraiński zwalczał powstanie nie dlatego, że było ono polskie,
lecz dlatego, iż uważał je za pańskie”.
Osobną
odezwę skierowano do Polaków na Rusi, która namawiała do pomocy
dla Litwy i Korony. Różycki planował rozwinąć w guberni
wołyńskiej (głównie w jej północnej części) partyzantkę i w
tym kierunku wyruszyło z Kijowa kilka grup spiskowych, którym
dowodził kpt. Władysław Rudnicki. W wielu jednak miejscach
dochodziło do napaści na powstańców przez uzbrojonych chłopów.
Liczne też były napady na dwory i przejezdną szlachtę. [54]
[http://pl.m.wikipedia.org  Powstanie styczniowe na Ziemiach
Zabranych]

Trochę lepiej przedstawiała się sytuacja na Wołyniu, gdzie chłopi
odnosili się do powstańców bez niechęci, a nawet z życzliwością.
Na początku maja Różycki na czele ok. 200 jazdy wkroczył do
Lubaru, następnie zaś przeszedł do Połonnego, gdzie oczekiwał na
ruch Wysockiego z Galicji, ale jak się okazało daremnie. 17 maja
doszło do zwycięskiej bitwy pod Miropolem. Różycki pozostawił
tam piechotę pod dowództwem Władysława Ciechońskiego, a sam z
jazdą wyruszył na Podole. Lecz na Podolu nie było żadnych oznak
powstańczych wystąpień. W tym czasie został rozbity oddział
Cichońskiego, a za Różyckim wyruszył pościg. 26 maja doszło do
bitwy pod Salichą, z której Różycki wyszedł zwycięsko i
skierował swój oddział do Galicji. Kampania jego trwała zaledwie
3 tygodnie, był to początek końca powstania na Rusi.
Co prawda z końcem maja 1863 roku powstał na Ukrainie
Wydział Wykonawczy Rządu Narodowego, a jego komisarzem został
Marian Sokołowski, który przybył tutaj z Galicji. Uciekł jednak,
gdy policja natrafiła na jego ślad, jego następcą został Antoni
Chamiec, zatem nie mogło to wiele zmienić. Jest jasne, że w
tamtych warunkach powstanie na Kresach nie miało, prawie żadnych
szans powodzenia.

[55]
[http://pl.m.wikipedia.org  Powstanie styczniowe na Ziemiach
Zabranych]

Ale oddajmy głos historykom i samym źródłom historycznym: Prof.
Edward Prus: „Nie wiodło się słabym liczebnie i prawie
bezbronnym oddziałom powstańczym. Pierwszy z nich opuścił Kijów
08 maja 1863 r., liczył 300 osób pod wodzą Władysława
Borowskiego. Pod Kijowem połączył się on z grupą „Kozaka
Sawy”, czyli Władysława Rudnickiego […]. Liczono, że po drodze
na Wołyń i Polesie do wymienionej grupy dołączą inne oddziały
powstańcze, a śród nich także oddziały z austriackiej Galicji.
Tak wzmocnieni powstańcy mieli powrócić w okolice Kijowa, aby się
połączyć z powstałym do walki chłopstwem ukraińskim. Czujki
carskie pilnie śledziły ruchy powstańców i już wieczorem 09 maja
rozpoczęli z nimi walkę. Dwa szwadrony dragonów i sotnia kozaków
zaatakowały najsłabszy oddział Olszańskiego. Powstańcy zostali
rozbici […]. Klęski powstańcze były wynikiem m.in. braku broni
palnej, której nieco więcej znów znajdowało się na Wołyniu.
Dlatego też działania na tej prastarej ziemi lechickiej rozwijały
się pomyślniej niż w Kijowskiem. […] Różycki rozpoczął swój
szlak bojowy z Żytomierza przez Lubar, Połonne do Miropola. Tu
powstańcy zostali powstrzymani przez siły rosyjskie, ale na krótko,
na drugi dzień ruszył dalej i dość szybko, jednak powstańcy
znajdowali czas, aby we wsiach na postojach zaznajomić chłopów z
tekstem Złotej Hramoty. Tak idąc, oddział Różyckiego nawet w
drugiej połowie maja znalazł się w guberni podolskiej, w powiecie
lityńskim.
Tu zawiódł się nie tyle na chłopach, ile na
szlachcie, która nie okazywała chęci do walki zbrojnej.
60
– osobowy oddział braci Szyszkiewiczów (Edwarda, Oskara i
Włodzimierza) w tej sytuacji nie znaczył prawie nic.

Różycki
zawrócił na Wołyń, pod Salichą koło Starego Konstantyna
Rosjanie przygotowali nań zasadzkę. Na Polaków czekały wyborowe
roty strzelców pułku orłowskiego i kremieńczuckiego oraz sotnia
kozaków dońskich – w sumie ponad 600 doskonale uzbrojonych
sołdatów. Powstańcy, choć mieli niewielką przewagę liczebną,
ani w połowie nie posiadali tej broni, jaką dysponowali Rosjanie.
Rosjanie nadto liczyli na zasilenie, ale powstańcy zaskoczyć się
nie dali i rozegrali z nimi regularną, trzydniową bitwę i w tej
bitwie zwyciężyli, bijąc na łeb, na szyję pewnego siebie
nieprzyjaciela. Uśmiercili 400 sołdatów, sami ponieśli straty
dziewięciokrotnie mniejsze. W bitwie tej zabłysnął dowódczy
talent płk Różyckiego, wkrótce awansowanego do stopnia generała.
Bitwa ta była pierwszym i jedynym poważnym sukcesem powstania
styczniowego na ziemiach ukrainnych. Wystraszyła ona poważnie
administrację carską, która teraz do walki z powstańcami
skierowała znaczniejsze siły, te tropiły Polaków, którzy aby nie
ponieść ostatecznej klęski, rozczłonkowali się na mniejsze
oddziały – i to dało im szanse na dłuższe przetrwanie. Od tego
momentu nie było już na Ukrainie wielkich bitew i wielkich
oddziałów, lecz szarpano wroga małymi oddziałami.”
  [56]
[Edward Prus, Hulajpole, s. 295-296]

SOMOSIERRA
POD SALICHĄ

08 maja 1863 r. Płk Edmund Różycki wyruszył z Żytomierza  w
stronę Galicji.Na
trasie pochodu „jazdy wołyńskiej” odczytywano manifest
uwłaszczeniowy polskiego Rządu Narodowego. Jednak mimo wielu
zabiegów, oddział Różyckiego nie powiekszał się liczebnie.
Zatem wezwanie Tymczasowego Rządu Narodowego z 5 lutego 1863 r.
„Do braci Rusinów” niewiele dało, chłopi nie poszli za jego
głosem.” [57] [Edward
Prus, Hulajpole, s. 297]
  A czytamy w tym ważnym dokumencie
tak: „Na ziemi waszej na waszych niwach krew rozlana przyniesie
zwycięstwo powstania! Pod kurhanami waszych stepów carskie wojska
znajdą dla siebie mogiłę, a kosy wasze i litewskie złączone z
kosami polskimi wywalczą niepodległość Polsce, Litwie i Rusi. W
jedności, w wytrwałości i w walce zaciętej, nieustraszonej i
stanowczej znajdziemy rękojmię zwycięstwa. Do tej walki, Rusini,
wzywamy was! Wasza opieszałość, ociąganie się może odroczyć
chwilę odrodzenia wspólnej ojczyzny! Do broni, Bracia! Do broni
wzywamy Was, a pierwszym aktem waszego powstania ma być
natychmiastowe uwłaszczenie włościan.”
[58]
[Edward Prus, Hulajpole, s. 297]

Jeszcze gorzej wiodło się innym i sytuacja powstańców stawała
się coraz bardziej dramatyczna. 26 maja płk Różycki stojąc
niedaleko wsi Salicha w okolicach Starokonstantynowa, natknął się
na znacznie liczniejszy oddział rosyjski, mając przy tym odciętą
drogę odwrotu. Pan Przemysław Kmieciak w swoim opracowaniu:
„Somosierra pod Salichą” podaje nieco inny rozkład sił, na
korzyść Polaków. Naprzeciw siebie stanąć miało tylko 260
powstańców i aż 720 żołnierzy rosyjskich, w tym 120 kozaków.
Wynik starcia wydawał się przesądzony, oto opis: „Zanim
rosyjska piechota zdążyła zsiąść z wozów, Różycki wydał
swoim szwadronom rozkaz ataku. Te, mimo iż musiały przebiec około
kilometra pod ostrzałem, dosłownie wyrąbały sobie drogę lancami,
rozbijając doszczętnie czworobok, w który ustawił się
nieprzyjaciel. Dowódca jednej z kompanii rosyjskich ze strachu
schronił się pod mostem znajdującym się we wsi. Po pewnym czasie
nadeszły posiłki rosyjskie w sile 600 ludzi, jednakże widząc
ogrom klęski, nie odważyły się atakować powstańców. Bitwę
porównywano nawet do Somosierry.” 
[59]
[Przemysław Kmieciak, Somosierra pod
Salichą]

Kim
był zatem ów dzielny i zdolny oficer polskiej jazdy płk Edmund
Różycki, można by powiedzieć tak po staropolsku: któż zacz to?
Syn powstańca listopadowego generała Karola Różyckiego, został w
dzieciństwie siłą wcielony do armii rosyjskiej. Walczył na
Kaukazie z powstaniami górali, a także podczas wojny krymskiej.
Dosłużył się stopnia pułkownika. W 1861 r. z pobudek
patriotycznych zwolnił się z wojska. W połowie 1862 r. włączył
się w Kijowie w działania kospiracji „czerwonych” , radykalnych
działaczy demokratycznych. Po wybuchu powstania generał Józef
Wysocki, naczelny wódz ziem ruskich, wyznaczył Różyckiemu misję
rozpoczęcia działań zbrojnych na Ukrainie. Świetne zwycięstwo
pod Salichą nie mogło jednak przesądzić w żadnym razie o
generalnym sukcesie powstania. Dlatego przyparci do granicy,
powstańcy weszli na terytorium austriackie, gdzie Różycki
zarządził rozwiązanie oddziału.

Niepokonany pułkownik został awansowany przez Rząd Narodowy do
stopnia generała. Wysłano go następnie z misją dyplomatyczną do
Stambułu. Po upadku powstania osiedlił się w Paryżu i działał w
organizacjach niepodległościowych. W 1871 r. sąd wojenny w Kijowie
skazał go na wieczne wygnanie z Rosji. W 1872 r. zamieszkał w
austriackim Krakowie, gdzie mieszkał i pracował do końca życia.
[60] [Przemysław Kmieciak,
Somosierra pod Salichą]

NAGA
PRAWDA: RUŚ NIE ŻYCZYŁA SOBIE TEGO POWSTANIA

Przywódcy powstania nie byli w stanie przygotować Rusi do zrywu, a
wynikało to nie tylko z postawy chłopa, ale również szlachty i
mieszczaństwa. W większej części Ukrainy chłopi zbroili się i
napadali na powstańców „nie tylko z posłuszeństwa dla
carskiej władzy, co w nadziei ostatecznej rozprawy z polskim panem”.

Była to bolesna prawda o stosunkach chłopa do ziemianina, prawda,
która zadecydowała o porażce, a jednocześnie uświadomiła
powstańcom jak głęboko jest zakorzeniona ta nienawiść. W ich
świadomości nie było miejsca na patriotyzm, na miłość do
ojczyzny, bo tak naprawdę dawną Rzeczpospolitą nie utożsamiali z
ojczyzną.

Prof. Edward Prus: „W nowej sytuacji szef sztabu Różyckiego,
płk Jan Stella Sawicki postanowił z oddziałami powstańczymi,
które tu się znajdowały, wkroczyć ponownie na Wołyń. Było to
samobójstwo i chyba tak rzecz rozumiał Rząd Narodowy. Właśnie
jego komisarz A. Chamiec dotarł do pułkownika z wiadomością, że
„na Rusi już nie ma żadnej Organizacji Narodowej”. Od siebie
już dodał:
„Ruś nie życzy sobie tego wkoczenia”.
A więc koniec, jedną z przyczyn powstańczej klęski W. Serczyk
widzi następująco:
„Rząd wykorzystał antyszlacheckie
i antypolskie nastroje, powołując chłopskie oddziały wartownicze,
które w trzech guberniach Prawobrzeża liczyły ponad 300 000 ludzi.
Liczba zaś tych, którzy podnieśli broń przeciw carowi, nie
przekracza 6000
(w tym zaledwie niespełna 10% chłopów).”

Każdy komentarz w tym przypadku jest zupełnie niepotrzebny, a może
ktoś znów miał nadzieję:  tym razem, to obeszło się pewnie bez
pogromów i ofiar. Niestety, jakże srodze się zawiedzie, gdy
przytoczyć mu cytat z podręcznika historii dla szkół średnich i
liceów ogólnokształcących. Andrzej Leszek Szcześniak pisze tam
tak: „Na Żmudzi powstanie miało charakter prawdziwie ludowy.
Na Wileńszczyźnie i w Grodzieńszczyźnie chłopi białoruscy
licznie wstępowali do partii Ludwika Narbutta, Walerego
Wróblewskiego, a na Polesiu – Romualda Traugutta. Natomiast na
Białej Rusi, w Inflantach, na Ukrainie chłopi występowali
przeważnie przeciwko powstańcom, posuwając się niekiedy nawet do
rzezi szlachty (Krasławka w Mohylewszczyźnie, Sołowijówka w
Kijowszczyźnie).
[61] [Andrzej
Leszek Szcześniak, Historia Dzieje nowożytne i najnowsze od połowy
XIX wieku do roku 1918, Warszawa 1990 r., s. 39-40]

Nieco
poszperałem i oto co znalazłem w pięknie, współcześnie wydanej
Kronice Polskich Powstań Narodowych: tam na stronie 234 czytamy: „W
nocy z 08 na 09 maja 1863 r. wyszła z Kijowa pod przewodnictwem
Antoniego Jurewicza tzw. grupa agitacyjna, licząca 21 osób.
Składała się z młodych ludzi pochodzenia szlacheckiego i
inteligenckiego, mocno zaangażowanych w przygotowania powstańcze i
wierzących, iż walkę narodowowyzwoleńczą Polaków poprze lud
ukraiński. Przemieszczając się od wsi do wsi próbowano czytać
chłopom „Złotą hramotę” (ogłaszającą wolność, równość,
własność ziemi i powszechne prawo wyborcze) i tłumaczyć, że
rozpoczynająca się walka prowadzona jest zarówno w interesie ludu
polskiego, jak i ukraińskiego. Grupę Jurewicza wszędzie
przyjmowano z nieufnością i wrogością. 09 maja wieczorem zmęczeni
agitatorzy dotarli do wsi Sołowijówka, w której
jednak
uderzono w dzwony na alarm. W krótkim czasie okoliczni chłopi
uzbrojeni w kosy, widły i cepy zjawili się przed cerkwią, aby
natychmiast rozprawić się z „buntownikami”.
Jurewicz
i co mniej zastraszeni jego koledzy próbowali czytać „Złotą
hramotę” i tłumaczyć cel przybycia. Wydawało się, że wrogie
nastroje ustępują i że przybysze będą mogli spokojnie opuścić
wieś. Wtedy niespodziewany, przypadkowy wystrzał z dubeltówki
jednego z przestraszonych agitatorów rozwścieczył zebranych.
Rzucili się oni na garstkę młodzieńców i poczęli ich
bezlitośnie mordować. Szczególnym okrucieństwem odznaczały się
kobiety. Dwunastu powstańców zabito na miejscu,
a
dziewięciu rannych i poturbowanych oddano w ręce żandarmerii
carskiej. Wydarzenia te uświadomiły Rządowi Narodowemu, iż sprawa
polska nie ma oparcia w ludzie ukraińskim.”
[62]
[Kronika Polskich Powstań Narodowych, s. 234]

A
pewne jest, że Rusini i wtedy i wcześniej i także później, jak
tylko chcieli zaraz mogli wystawić bitną armię chłopską, owszem,
słabo bo słabo uzbrojoną, ale wojować gotową.Tylko
z Polakami jakoś nie było im po drodze, może to i dobrze w końcu
bowiem dokąd byśmy doszli, gdybyśmy w Rusinach położyli nasze
nadzieje?!

SZCZYPTA
GORZKIEJ ALE POTRZEBNEJ REFLEKSJI

W pierwszym zamierzeniu nawet nie myślałem o tym, aby ująć
powyższe zagadnienia w niniejszym, szczególnym opracowaniu. Nie
mogłem jednak przyznam szczerze, czytając ten rozdział, oprzeć
się przykremu wrażeniu, że w naszych wzajemnych relacjach i
odniesieniach to: niemal tylko krew i spalona ziemia, zdrada, wrogość
i nieufność. To nieprawda i nawet więcej, to byłaby bardzo
niebezpieczna i szkodliwa propaganda, na pewno płynąca od ducha
kłamstwa, od ducha i króla tego świata. Ale zarazem, choćby na
podstawie tylko tych niektórych, przytoczonych przykładów możemy
obiektywnie stwierdzić, że ziemia ta, to prawdziwy padół łez,
ziemiamorza łez. Pomijając w tym momencie wszystkie przykłady,
które napawają nas nadzieją, bądź zgrozą, skupmy się tylko na
tych ostatnich, które miały nam pozwolić znaleźć odpowiedź na
ważne pytanie: jakimi sprzymierzeńcami byli Rusini na przestrzeni
wieków. I cóż mogę dziś powiedzieć, chyba tylko gorzko
przełknąć i z bólem serca wycedzić: „doprawdy marni to
przyjaciele”
.

Czy
naprawdę czujecie się państwo zaskoczeni, wcale się Wam nie
dziwię, bo nawet ja jestem, tą opinią mocno zasmucony, bardziej
jednak umiłowałem prawdę i Boże Królestwo niż ludzkie
pochlebstwa i ułudy tego, w gruncie rzeczy „marnego świata” .
Tak bowiem podpowiada mi serce, rozumne poznanie naszych dziejów i
nabyte, życiowe doświadczenie. Poza tym miłość współweseli się
z prawdą, a ucieczka od tej ostatniej; jest pychą, czyli hańbą
człowieka, a ja kocham życie i cenię sobie swój honor. Nie bądźmy
jednak gołosłowni i spróbujmy jeszcze raz prześledzić pewne
ważne wydarzenia z dziejów naszych narodów. Otóż nie rozwodząc
się zbytnio, gdy Polska i Litwa tworzyły wspólnie w roku 1413 Unię
Horodelską, pieczętując ją własną krwią na polach Grunwaldu i
nie tylko, Ruś siedziało cicho. Ktoś układny złośliwy powie:
„trwała albowiem wciąż nie miała siły, aby się podnieść
do wyzwoleńczej walki
” , wcale nie przeczę, ważne jest
jednak to, że trwała. A na straży jej wolnego wzrastania stali
synowie Polski i Litwy. Gdy polska gospodarka kwitła, jak za króla
Kazimierza Wielkiego, a potem następnych władców, Ruś trwała i
wcale nie narzekała, że szlak czarnomorski roił się od kupców,
choćby dlatego Lwów był i jest jednym z najpotężniejszych i
najpiękniejszych miast Europy Środkowo – Wschodniej, nie wspomnę
o Kijowie. Gdy polska kultura zdobywała wciąż, coraz to
poczytniejsze miejsce w dziedzictwie chrześcijańskiej Europy, nikt
nie bronił ruskiej szlachcie wyjeżdżać na polskie uczelnie. Nikt
nie bronił budować cerkwii i prawosławnych klasztorów, żeby nie
wspomnieć w końcu, powstania w Kijowie znaczącej uczelni.
A że
chłopi cierpieli, to prawda, pańszczyzna to gorzki kawałek chleba,
bardzo gorzki, ale chłopi w Polsce, na Litwie, w Rosji i w całej
chyba ówczesnej Europie nie mili lepiej, takie były po prostu
realia, bo i taki panował ustrój społeczny ogólnie wszędzie.

Więc gdy Rzeczypospolita była potężna, przeżywając swój złoty
wiek kultury polskiej, wszystko było dobrze, nawet cacy, Ruś była,
żyła, a jakże i trwała. Ba, korzystając z opieki potężnego
wciąż patrona, z którym musiał się każdorazowo liczyć i sułtan
i car, dojrzała i przystąpiła ochoczo do tworzenia własnych,
niezależnych struktur wojskowych. Rzeczpospolita to duży kraj, więc
na coraz bardziej swawolące „towarzystwo kozackie”
spoglądała z przymrużeniem oka, żeby nie powiedzieć z
pobłażaniem, a nawet zadowoleniem. To wolny i silny kraj to prawda,
ale co za dużo to nie zdrowo, nawet i lew niekiedy ryknie, gdy mu
już coś serdecznie zaszkodzi. I tym razem nie było inaczej. Kozacy
byli jednak ze wszech miar potrzebni Polsce, wiedział to każdy, kto
był i jest spełna rozumu. Zresztą, na dwóch najważniejszych
frontach: moskiewskim i tureckim, rzeczywiście nie zawiedli. Ale na
tamten czas Lachy to była potęga,
to z klei wiedział nie tylko
hetman Sahajdaczny, ale i prosty Kozak, gdzieś tam znad szeroko
rozlanego Dniepru. Poza tym,  kiedy czytam o tamtych wyczynach
kozackich, to właściwie zawsze odnoszę wrażenie, że Kozactwo nie
tyle Lachom, co sobie wojowało i dla własnych korzyści „chadzało”
to tu, to tam. Może poza tymi dwoma, pięknymi i godnymi pamięci
kartami: chodzi oczywiście o słynną obronę Chocimia w 1621 r. i
zwycięską bitwę w obroni Unii Hadziackiej pod Konotopem.

Raz
nad wozem, raz pod wozem
, przyszedł więc czas i na Polskę,
wielka danina krwi począwszy od miłujących Boga i ojczyznę,
tragicznych Konfederatów Barskich z 1768 r., aż po zwycięskich
obrońców Warszawy w 1920 r. A gdzie była wtedy Ruś, gdzie byli
owi waleczni kozacy, co to tak lubili i potrafili dokazywać. Okazuje
się, że pod mocną i ciężką ręką cara moskiewskiego: „nie
nada”
!! Ano tak, Warszawa to nie Moskwa, a polski sejm i
szlacheckie wolności, to nie „carska gramota” . Niestety
na wiele rzeczy, było już za późno tylko że, czy to jest aby do
końca prawdziwa teza? Przecież to sami kozacy, własnymi rękami,
utopili wiekopomne dzieło Unii Hadziackiej w lackiej i własnej
krwi.
Więc do kogo pretensje? Skoro mieli wolny wybór, mogli
wybrać i wybrali. Przecież zamiast wszczynać bunt, dzielni
pułkownicy kozaccy i wierne im pułki, mogli społem stanąć w
obronie Unii, ale oni przecież woleli Perejesław
, no to dostali
i mają do dziś. A chłopi, a czerń, nie inaczej, więcej, oni
właśnie stanowili trzon promoskiewskiej opozycji względem
propolskiego hetmana Wyhowskiego. Więc stało się.

Ubolewam
także i nad tą smutną refleksją, że nawet powolne staczanie
się wprost do otchłani, a nawet upadek I Rzeczpospolitej nie
wywołał większych zmian w nastawieniu Rusinów do Lachów.

Więcej, pogłębił tylko zależność Rusi od Rosji, wiążąc je
razem w jeszcze ściślejszą, nierozerwalną jedność. A polskie
zrywy i powstania narodowe? Zawsze cieszyły się bardzo małym
zainteresowaniem i wsparciem ze strony ludności Rusi, w skali tego
szerokiego kraju, to były proszę wybaczyć, właściwie jednostki!
Oczywiście nie będziemy pomniejszać ich roli i znaczenia, choćby
to były tylko i aż symbole, jak choćby ofiara z najcenniejszego
życia Andrzeja Potiebni. Generalnie jednak rzecz biorąc, wszelkie
takie ruchawki były odbierane przez ludność ruską bardzo źle
i z wielką nieufnością.
Więcej, w tamtych okolicznościach i
przy tamtych krwawych tradycjach hajdamackich, każdy taki ruch mógł
się zakończyć straszliwą rzezią tych rodzin polskich, które tam
jeszcze od pokoleń trwały. I wiemy dobrze, że tak bywało i to
wcale w niejednym przypadku. A pułki rosyjskie? Nigdy właściwie
nie brakowało im rekruta, bowiem Rusini, taka jest rzeczywistość
i prawda, garnęli się moskiewskich pułków.
I nie zmieni tego
fakt, że inna grupa kozaków, tam czy indziej, wszczęła właśnie
bunt w jakiejś ziemi ukrainnej. Takie jest po prostu życie, co
podoba się mi, nie musi podobać się tobie, dlatego nie zmienia to
właściwie faktu, że kozactwo lgnęło właśnie do Moskwy, a nie
do Warszawy. Dlatego panie dr Włodzimierzu Osadczy z KUL-u, może
nieco zimnego prysznicu? A że kozactwo walczyło stale o swoje
przywileje i swoją niezależność, cierpiąc carskie ukazy, to i
pewnie, przecież nikt nie chce być od kogoś zależnym, a już na
pewno jego niewolnikiem. Przecież także dla tych wartości: obrony
wolności i wiary, kozacy powstali do walki z Rzeczpospolitą.

A HETMAN IWAN MAZEPA, PETLURA
I WYPRAWA KIJOWSKA

Polacy
przejawiają przedziwną skłonność do życia sentymentami: „hej
hej sokoły” , marzeniami: „unia trzech narodów” , karmienia
się wzlotnymi wizjami: „europa bez granic” . Z tego bierze się
także fakt, że nieustannie snujemy „nowe plany” odbudowy
polskich wpływów na wschód od polskiej granicy. Polska słonność
do romantycznych uniesień oraz wręcz wrodzena chęć do
ewangelizacji wschodu krzepi te nadzieje. Jakże często nadaje im
miano niemal priorytetu, często nawet ponad rozumowymi racjami, stąd
właśnie wyrasta nurt „strategicznego partnerstwa” z  dzisiejszą
Ukrainą. Temu też zapewne miała służyć sesja pod hasłem
„Hetman Ukrainy Iwan Mazepa: życie, czasy, tradycje”
zorganizowana została przez Centrum Kultury Ukraińskiej
Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego z okazji przypadającej w 2009
roku 300. rocznicy śmierci hetmana Mazepy. Jak powiedział dr
Włodzimierz Osadczy z KUL, hetman Mazepa jest jedną z największych
postaci ukraińskiej i europejskiej historii. O hetmanie powiedział
wprost: „To postać ze wszech miar symboliczna. Zapisał się w
dziejach swojej ojczyzny jako radykalny zwolennik niepodległości
Ukrainy i jej odrębnego, w stosunku do Rosji, bytu politycznego” .

Dodał także jednoznacznie: „Dawne przysłowie ukraińskie
mówi, że od Bohdana do Iwana nie było hetmana. Dwaj wielcy
przywódcy swych czasów Bohdan Chmielnicki i Iwan Mazepa wytyczyli
dwa zupełnie odmienne kierunki rozwoju swego narodu” .
Osadczy
zaznaczył także, że problematyka dotycząca koncepcji politycznych
hetmana Mazepy ma szczególne znaczenie w obecnym czasie, gdy Ukraina
staje przed możliwością wejścia do Unii Europejskiej, co stanowi
wielką szansę nie tylko dla przyszłych losów tego kraju, ale dla
całej Europy, a nawet geopolityki światowej. [63]
[http://pl.m.wikipedia.org  O buntowniczym hetmanie Mazepie]
I
tu właśnie, jak w soczewce, skupia się to wszystko, o czym pisałem
już na wstępie.

Pragnę podkreślić, że choć ważne to przyczynki do całości
naszej narodowej przeszłości, to mimo wszystko, nabyte i tam
doświadczenia wcale nie napawają optymizmem. W mojej opinii, nie są
bowiem w gruncie rzeczy, zmienić powyższego obrazu, ani wpłynąć
na odmianę powyższych racji. Ofiara bowiem mieszkańców
Baturyna, Siczy czy osobista hetmana Mazepy i jemu najbliższych,
jego kalkulacje, co do współdziałania z królem Stanisławem
Leszczyńskim i jego dworem, znów pozostały tylko cieniem w morzu
wpływów moskiewskich, lub co gorsza obojętności większej części
ludu.
Nie bądźmy jednak gołosłowni, zatem kim był ów hetman
kozacki Iwan Mazepa?

Jan Mazepa herbu Kołodyn, właściwie Jan Kołodyński
szlachcic, dyplomata, hetman Ukrainy Lewobrzeżnej w latach
1687–1709. Urodził się w ruskiej rodzinie szlacheckiej 20 marca
1639 we wsi Mazepinka koło Białej Cerkwi na Kijowszczyźnie. Jego
ojcem był prawdopodobnie Adam Mazepa, podczaszy czernihowski, w
młodości pokojowy króla Jana Kazimierza, być może w dokumentach
obrządku greckiego nazywany Stefanem. Jan kształcił się w
Akademii Kijowsko-Mohylańskiej w Kijowie, kolegium jezuickim w
Warszawie, a następnie na uniwersytetach Europy Zachodniej.W
latach 1659–1663 w służbie dyplomatycznej Rzeczypospolitej. W
1663 powrócił na Ukrainę naddnieprzańską , w poselstwie wiozącym
buławę hetmańską Pawłowi Teterze i objął po ojcu urząd
podczaszego czernihowskiego, a także mocno podupadły na skutek
napadów kozackich majątek Mazepińce. W czasie walki o urząd
hetmański związał się z obozem późniejszego hetmana Prawobrzeża
Piotra Doroszenki. Na jego dworze pełnił funkcję dowódcy gwardii
przybocznej, a następnie pisarza generalnego Prawobrzeża. Podczas
misji dyplomatycznej do Chanatu Krymskiego i Turcji został schwytany
przez oddział kozacki z Lewobrzeża. Przekazany hetmanowi Iwanowi
Samojłowyczowi, od 1682 pełnił funkcję generalnego osauła
Lewobrzeża. W 1687, po usunięciu Samojłowicza z urzędu przez
Rosję, pod jej naciskiem, został wybrany hetmanem.

Chcąc zyskać przychylność ówczesnego cara Rosji Piotra I, Mazepa
zgodził się na udział oddziałów kozackich po stronie Rosji w
wyprawach przeciwko Turcji i w III wojnie północnej. Nie
protestował również przeciw wprowadzeniu wojsk rosyjskich na
terytorium Hetmanatu po rozpoczęciu wojny ze Szwecją, mimo
negatywnych reakcji społeczeństwa. W sierpniu 1704 i lipcu 1705 na
polecenie cara Piotra I miał wspierać zbrojnie polskiego króla w
walkach ze Szwedami, jednak jego pomoc ograniczyła się do grabienia
i pustoszenia ziem polskich. W 1705, wobec planów Piotra I
likwidacji Hetmanatu, Mazepa zmienił front i zaczął prowadzić
tajne rozmowy z Rzecząpospolitą i Szwecją, które doprowadziły do
zawarcia w 1708 r. umowy między Mazepą i królem Stanisławem
Leszczyńskim, której gwarantem był Karol XII Gustaw. Po ujawnieniu
porozumienia, wojska Piotra I spaliły stolicę Lewobrzeża –
Baturyn i wymordowały jego mieszkańców, zaś Rosyjska Cerkiew
Prawosławna obłożyła Mazepę klątwą.

Po przyłączeniu się do Szwedów, wojska kozackie wzięły udział
w ofensywie na Moskwę, zostały jednak zatrzymane pod Połtawą,
gdzie 8 lipca 1709 rozegrała się decydująca bitwa, zakończona
wielką klęską wojsk szwedzkich. Mazepa wraz z Karolem XII schronił
się na terytorium Turcji. Zatrzymał się pod Benderami (rum.
Tighina, obecnie Mołdawia), gdzie zmarł 2 października 1709.
Majątek Mazepińce, będący pod zarządem synowca Mazepy, Andrzeja
Wojnarowskiego został skonfiskowany, a Andrzej zesłany do Jakucka.
Sam Mazepa został pochowany w Gałaczu nad Dunajem (rum. Galaţi,
obecnie Rumunia), skąd w 1999 jego prochy zostały sprowadzone do
Baturyna.

Naturalnie w historiografii rosyjskiej Iwan Mazepa jest
przedstawiany jako zdrajca Rusi i prawosławia. Natomiast na Ukrainie
jako człowiek szerokich horyzontów, który swoje talenty
dyplomatyczne starał się wykorzystać jak najlepiej w trudnej
sytuacji Hetmanatu, podzielonego i wciśniętego między ówczesne
europejskie potęgi – Rosję, Polskę, Szwecję i Turcję.

Staraniem Mazepy powstało wiele budowli w stylu baroku
kozackiego
, m.in. nowa siedziba Akademii Kijowsko-Mohylańskiej,
dzwonnica soboru Sofijskiego, cerkiew Objawienia Pańskiego i nowe
mury Ławry Pieczerskiej w Kijowie, a także sobór katedralny w
Perejasławiu. Z inicjatywy Mazepy powołano do życia kolegium w
Czernihowie, obok którego 21 sierpnia 2009 odsłonięto pomnik
hetmana (z brązu i marmuru) autorstwa Giennadija Jerszowa. Mazepa
jest również tytułowym bohaterem dramatu Mazepa Juliusza
Słowackiego. [64]
[http://pl.m.wikipedia.org  Iwan Mazepa]

Można z cała pewnością stwierdzić, że czasy hetmaństwa Iwana
Mazepy na Rusi to realna i mocno okupiona krwią współpraca z
Rzeczpospolitą, pod rządami króla Stanisława Leszczyńskiego.
Potwierdza się zresztą fakt, że Rosjanie nie szczędzili sił i
nie przebierali w środkach, by tę współpracę zniszczyć. Należy
jednak z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że ta podjęta
przez Rusinów współpraca nastąpiła zdecydowanie po czasie i nie
w czasie. Rzeczpospolita Obojga Narodów była wyniszczona
przedłużającą się wojną północną, a na dodatek mocno
skłócona politycznie. Przy tym Hetmanat i sam Iwan Mazepa, zbyt
samodzielny, bliscy zniszczenia przez bezwzględną i twardo
realizującą swoje cele Rosję. Poza tym najważniejsze w tym
opracowaniu: nie słyszy się, by wielkie masy ruskiej czerni,
poderwały się do walki z Moskwą z chwilą wkroczenia na te tereny
armii Króla szwedzkiego Karola XII. Nie słychać, by dziesiątkami
tysięcy zasilali szerego Szewdów idących na bój ze
„znienawidziną” Moskwą. Owszem hetman Iwan Mazepa, owszem
wierne mu pułki kozackie, ale gdzie ten wymarzony zryw narodowy
przeciwko Moskalom? Wszak armia szwedzka uchodziła za bitną i
niemal najlepiej wyszkoloną w Europie, sam Karol XII uchodził za
znakomitego wodza i stratega. I jeśli przegrał, to także dlatego,
że dniu bitwy pod Połtawą, był złożony ciężką chorobą i
„dowodził” z łoża.

Jeszcze gorzej było w pamiętnym roku 1918, kiedy pomimo wspólnego
wroga: bolszewickiej zarazy, społeczność Ukrainy Zachodniej
podniosła orężne dzieło, przeciwko powstającej po 123 latach
niewoli Polsce. Nieco rozumniej patrzył na wzajemne stosunki Szymon
Petlura, który po różnych perypetiach, rzeczywiście zawarł
sojusz z marszałkiem Polski Józefem Piłsudskim.

Prof.
Edward Prus: „Fakt jednak pozostaje faktem, że 22 kwietnia
1920 r. podpisana została w Warszawie umowa sojusznicza między
Polską a UNR, zaś 24 kwietnia – ważna dla Ukrainy konwencja
wojskowa. Polska uznała niepodległość Ukrainy, a jej dyrektoriat
z atamanem Petlurą za jedyny rząd godny reprezentować interesu tej
niepodległości. Granica między Polską a Ukrainą miała
przebiegać nurtem rzeki Zbrucz. Władze polskie przyznawały
Ukrainie terytorium na wschód od linii granicznej Rzeczypospolitej z
1772 r. Obie strony zobowiązały się do niezawierania sojuszy
skierowanych przeciwko sobie, zabezpieczenia praw mniejszości
ukraińskiej w Polsce, a polskiej na Ukrainie. Zapowiadano zawarcie
konwencji wojskowej i umowy ekonomiczno-handlowej. Umowę ze strony
polskiej podpisał kierownik MSZ Jan Dębski, a ze strony ukraińskiej
jego odpowiednik Andrij Łewycki.”
[65]
[Edward Prus, Hulajpole, s.403]

A potem była właśnie owa słynna ofensywa na Kijów, która
zakończyła się prawdziwym sukcesem. Armia polska błyskawicznie
zajęła stolicę Ukrainy, teraz należało jej bronić ale znowu:
gdzie te pułki kozackie, gdzie ci heroje sprzed lat, co to tak
ochoczo potrafili, nie raz jeden rezać także i Lachiw, owi
pułkownicy kozaccy. Proszę mi wybaczyć naprawdę silę się na to,
by nie być tu złośliwym, ale gwoli prawdy: gdzie oni się
podziali, gdzie podział się ich zapał do wojaczki i do szabli,
czyżby kozaczyzna to tylko rączo: „z nożem i na Lachiw
…..z takim zapałem pałała?!

I jeszcze jedna ciekawa dygresja: kiedy przed laty ogłądałem
program w polskiej telewizji, zainteresowałem się dokumentem
filmowym o „Wyprawie Kijowskiej” . Rzecz była właśnie o
słynnej ofensywie polskiej na Kijów w roku 1920
i była tam
cała masa cennych informacji, ale jedną zapamiętałem szczególnie.
Ułani polscy parli nie zatrzymani na wschód, przemierzając ogromne
przestrzenie Ukrainy. W jednej z ukraińskich wiosek, jak to często
bywało, przyglądali się im bacznie, a może z ciekawością ruscy
mieszkańcy. Przy drodze, (którą jechało dumnie polskie wojsko, w
tym jeden z ułanów, który teraz osobiście to opowiadał), stała
także grupa ukraińskich kobiet. Kiedy ów ułan przybliżył się
do miejsca, w którym stały te wieśniaczki, jedna z nich obróciła
się tyłkiem, podniosła spódnicę, a nie miała wcale bielizny i
bardzo głośno „
pierła w kierunku ułana
. Jak mówił ów żołnierz poczuł się bardzo nieswojo,
a
nawet źle, spodziewał się raczej wdzięczności ze strony
mieszkańców Ukrainy, a tu taki „wzruszający do łez kwiatek
. Opisana wyżej przygoda na Ukrainie, nie wymaga chyba żadnego,
specjalnego komentarza.

Oddajmy za to raz jeszcze głos profesorowi: „Armia UNR na
początku historycznego „pochodu na Kijów” składała się z
trzech dywizji i oddzielnej armii Omelianowicza – Pawłenki.
Pochód, rozpoczęty 25 kwietnia, był iście imponujący, a jego cel
został osiągnięty już 30 kwietnia; wtedy wojska ukraińskie
wkroczyły do swojej stolicy.
Piłsudski czekał na
obiecany ogólnonarodowy zryw zbrojny Ukraińców
. […]
Tymczasem nad polsko – ukraińskim aliansem zawisła katastrofa,
zapoczątkowała ją 10 czerwca 1920 r. silna kontrofensywa sowiecka.
Po zajęciu Kijowa oddziały polsko-ukraińskie znalazły się w
szczególnej sytuacji. Zwycięskie, lecz nieliczne wojska musiały
zabezpieczyć ogromnej długości front, którego liniowej obrony nie
zapełniały cała polska armia i nieliczne siły zbrojne UNR.
Tymczasem Ukraińcy nie garnęli się masowo do szeregów
swojego wojska, a to było warunkiem powodzenia całej operacji.
Front był więc słaby, a luki niebezpiecznie wielkie.”
[66] [Edward Prus,
Hulajpole, s. 403-405]
Jak potoczyły się dalsze wypadki,
znamy doskonale z historii powszechnej Polski. Polacy obronili
Warszawę i niepodległość w słynnej: „Osiemnastej decydującej
bitwie w dziejach świata”, aby potem z miejsca ruszyć do kolejnej
kontrofensywy na wschód. Owszem dali sobie radę i po raz drugi, nad
Niemnem, wyzwalając kolejne ziemie, ale dla Ukrainy, sił już nie
starczyło, a może nawet – tym razem, już i ludzkich chęci….

HALICZANIE:
PO TRUPIE POLSKI DO WOLNEJ UKRAINY

Prof. Edward Prus: „W tej tragicznej sytuacji znowu haniebnie
zachowali się Haliczanie: agenci Petruszewicza zamierzali wzniecić
w Galicji Wschodniej rabację zbrojną. Petruszewycz namawiał
dowódcę armii ukraińskiej, walczącej na prawym skrzydle wojsk
polskich, gen. Omelianowicza-Pawłenkę, aby wycofał swoje oddziały
z walki przeciwbolszewickiej, przemieścił się na czeskie
pogranicze, zostawiając Polaków i Petlurę własnemu losowi.
Natomiast działacze galicyjskich USS zwolnieni z internowania w
Łucku, m.in. pułkownicy Konowalec i Melnyk, do tego samego
namawiali Petlurę. Przekonywali, że otwarcie frontu dla Armii
Czerwonej otworzy jednocześnie bolszewikom drogę na Zachód. Po
pobiciu Polaków, z którymi Zachód wiązał tyle nadziei, rządy
ententy, wobec bolszewickiego zagrożenia Europy zostaną zmuszone
łaskawiej spojrzeć na „problem ukraiński” i niechybnie
dokonają rewizji dotychczasowych swoich decyzji. Petlura propozycję
zdrady polskiego sojusznika odrzucił, ale przyjął ją gen. A.
Krauss. Ten po raz czwarty zdradził, porzucił front i ze swoja 1,5
tys. brygadą udał się do Czechosłowacji.

Niezależnie
od tego istniała realna groźba probolszewickiego i antypolskiego
powstania zbrojnego. Groźba takiego zrywu, którą polski wywiad
wojskowy odkrył bez większego trudu, sprawiła, że władze RP, aby
zniweczyć próbę rozbicia sojuszu, dokonały czasowego
prewencyjnego internowania rządu Petlury w Stanisławowie.
[67]
[Edward Prus, Hulajpole, s. 406] Dalej prof. Prus
cytuje wypowiedź A. Serednickiego, który przekonuje: „Było to
zbędne, gdyż oddziały ukraińskie walczyły z godnie z kartą
kwietniowej umowy sojuszniczej. Szczególnie odznaczały się
oddziały dywizji Bezruczki w obronie Zamościa i w samodzielnej już
ofensywie, po pogromie wojsk bolszewickich pod Warszawą, na linii
Dniestru 18 października 1920 r. wojska Petlury osiągnęły rzekę
Murafę i Szarhorod.”
[68] [Edward
Prus, Hulajpole, s.406]

Tylko lektura powyższych tekstów, pozwala nam z czystym sumieniem
stwierdzić, że idea wspólnej walki Polaków i Rusinów na
przestrzeni wieków, przyniosła raczej marne owoce. Piękna i
romantyczna jak polska, rycerska dusza rodziła i wciąż rodzi
piękne marzenia ale okrutna rzeczywistość, okazywała się jak
dotąd mocniejsza. Nie powiem byli Rusini, nawet było ich nie mało,
którzy potrafili zapalić się do niej również i to całym swoim
sercem, ale byli w mniejszości. Większość kozackiej czerni i
prostego chłopstwa, Lachów po prostu nie chciała i raczej wolała
Moskwę, nawet z jej „ciężką ręką” , bardziej niż Warszawę
z panoszącą się po jej ziemiach „szlachtą polską”. To
rzeczywiście smutne, ale taką mieli opinię „polscy panowie”
. Na ile sami na nią zasłużyli, wiadomo dziś, że nie byli tu
całkowicie bez winy. Najgorsze jednak pozostaje to, że Rusini w
ekstremalnych przypadkach, potrafili urządzać Polakom, także tym
„Bogu ducha winnym” , takie rzezie i
pogromy, że głowa ludzka czasami pomieścić nie może. Wtedy o
dziwo przejawiali szczególne chęci i możliwości

mobilizacyjne, w innych okolicznościach jak wiemy, szło im bardzo
opornie albo lepiej powiedzieć: nie szło wcale. Raz więc: po czemu
taka nienawiść i po czemu takie zezwierzęcenie, drugi raz:
dlaczego tyle opieszałości, a tak mało odpowiedzialnej miłości
wobec ojczyzny swojej, wobec brata swego?!

A GDY REZAĆ LACHIW – GODNA PODZIWU MOBILIZACJA

Kogo Bóg miłuje temu krzyże daje, to prawda, czas rozbiorów i
narodowych zrywów Polaków, Litwinów i co rozumniejszych Rusinów,
był jednym wielkim oczyszczeniem. To wielki czas dany nam od Boga,
aby jeszcze raz wszystko przemyśleć, aby jeszcze raz zacząć od
nowa, a korzystając z tak bogatej spuścizny narodowej, nie popełnić
starych błędów. Na pewno wielu to zrozumiało i to po jednej, jak
i po drugiej stronie ale czy wszyscy, dziś wiadomo już że nie.
Posłuchajmy ze wszech miar ciekawej relacji, znanej i lubianej w
Polsce Zofii Kossak-Szczuckiej, która w swojej książce pt.
„Pożoga” tak zapisała: „ […] Te dwa napady, acz
pozbawione tła politycznego, rozpoczęły dla naszej okolicy dni
przełomu. Od owej chwili wypadki gnały już jak koń rozbiegany. W
niecałe dwa tygodnie później, 23 listopada, chłopi z okolic
Hrycowa podnieśli bunt i zaaresztowali wszystkich „panów” w
promieniu kilkunastu wiorst. Uwięzionych przewieziono do Hrycowa i
zamknięto w jednej wielkie sali, w obszernym pałacu hr.
Grocholskich – a cztery tysiące z górą uzbrojonych chłopów
stanęło pod bronią wokoło pałacu, czekając dalszych rozkazów.
Liczb uwięzionych sięgała trzydziestu: sami przedstawiciele
ustroju „obszarniczego”, od właścicieli i większych
administratorów począwszy, aż do zwykłych ekonomów, a nawet
polowych. Trzy długie doby przebyli w pustej sali rozbitego pałacu,
z tępą rezygnacją oczekując strasznej śmierci. Stojący na
warcie chłopi nie dawali im żadnego pożywienia, lecz za to nie
szczędzili ciągłych wymysłów i obelg. Lżąc niemiłosiernie, z
przyjemnością opisywali rozliczne tortury, mające być więźniom
zadane przed śmiercią.

„Kiedyż
się zacznie ta zabawa?” pytali ich mocniejsi nerwowo.

„Koły
was wsich prywedut; – szcze nam bohaćko brakuje”…….

Straszliwa
jednak hekatomba „pamieszczyków”, potworne igrzysko wylęgłe w
okrutnej, zaprawionej Wschodem wyobraźni ruskiego tłumu, nie miała
zostać spełniona. Czwartego dnia, przed południem, wokoło Hrycowa
ryknęły armaty, i serca trzydziestu skazańców zatrzepotały się
w ostrym skurczu, a potem zamarły w czekaniu. Niemcy szli na
pomoc….
Chłopi stojący na straży chwycili za noże,
krzycząc:
„Persze wyreżem was wsich!”

Ale
i więźniów opuściła rezygnacja: wzięli się z chłopstwem za
bary. Pod oknami przelatywały w popłochu gromady: „Spasaj kto w
Boha wiruje!”

Strażnicy
rzucili noże i uciekli. Czterotysięczna banda, zaskoczona nagle,
nie próbowała się bronić. Z dzikim wyciem, pod ogniem karabinów
maszynowych rozpierzchła się na wszystkie strony; wielu potonęło
w stawie. Więźniowie byli ocaleni. Nie wszyscy jednakże. W chwili,
gdy Niemcy brali zbrojną ręką Hryców, poszczególne oddziały
powstańcze z odleglejszych stron ciągnęły dopiero na punkt
zborny, a huk armat ostrzegł je w porę o klęsce. Jeden z nich
prowadził ze sobą pięciu więźniów. Byli to: Niklewicz i
Kazański, zarządzający z Zabcza i Kosteńca; polowy z pobliskiego
folwarku, oskarżony o to, że należał do legionów, jego żona i
synek, 11 – letni chłopaczek. Na odgłos bitwy, oddział
przezornie nie posunął się naprzód – lecz nie stracił okazji
zamordowania swoich pięciu ofiar. Trzech mężczyzn, kobietę i
dziecko torturowano kilka godzin w najstraszliwszy sposób,
zdzierając z nich skórę kawałkami, krwawymi kikutami bez palców
i pięt pędząc po śniegu, odrąbując po kolei wszystkie członki.
Nieszczęsne zwłoki, podobne do bezkształtnych, okrwawionych pni,
porzucono w lesie w pobliżu Szkafarki, gdzie przeleżały kilka dni,
zanim je rodziny znalazły.” 
[69]
[Zofia Kossak Szczucka, Pożoga, Rzeszów 1990 r. s.168-169]

JAK
ZA STARYCH „DOBRYCH” KOZACKICH CZASÓW

To tylko jeden z bardzo wymownych przykładów cywilizacyjnego
postępu chłopów na Rusi, jak widać w sprawie szczególnych
skłonności do wyrafinowanego okrucieństwa, nie wiele zmieniło się
na lepsze. Raczej trzeba tu odpowiedzialnie powiedzieć, że nic się
nie zmieniło, przepraszam za to wyrażenie, ale chyba brakuje nam tu
tylko słynnego już: „kota skazańca”  z okrutnych czasów
Bohdana Chmielnickiego. Czyżbym i tu się jednak pomylił, wszak to
już rok 1918? Dalsza lektura Zofii Kossak – Szczuckiej rozwiewa
niestety, resztę naszych wątpliwości, a zatem: „[…] 26
listopada pojechaliśmy do Starokonstantynowa dowiedzieć się czegoś
o wyniku powstania w Hrycowie. Był to wtorek, dzień jarmarczny.
Chłopi jechali tłumnie w tę samą co i my stronę.
Wieś
maskę swoją już zdjęła z oblicza, i z fur mijanych wybuchały na
nasz widok zajadłe pogróżki i krzyki.
Nie bacząc na
to, ostrym kłusem wjechaliśmy na Zasłucze, gdzie nas zatrzymał
istny zator wozów chłopskich, krów, ludzi konnych i pieszych. Z
trudem przedarliśmy się pomiędzy nimi, przeprowadzani gadzinowym
sykiem aż do mostu. […] Po ulicach snuły się patrole milicji
konnej i pieszej i samoobrony, później z uczniów przeważnie
złożonej. Szybko dowiedzieliśmy się przyczyny tego stanu
wyjątkowego. Władze nie chciały dopuścić do jarmarku, a z nim
większego skupienia chłopów w mieście. Jarmark był zawsze
naówczas wielkim „schodem” politycznym, miejscem porozumienia
okolicznych gmin, punktem zbornym wszystkich agitatorów powiatu.
[…] Zdecydowana postawa milicji, samoobrona, działo – wszystko
to wpłynęło odpowiednio na chłopów, którzy koło południa,
zrezygnowawszy z jarmarku, zaczęli się rozjeżdżać do domów.

Zasięgliśmy
wiadomości, które nie były wesołe. Niemcy ruszyli wprawdzie na
Hryców, ale zadowolili się tylko uwolnieniem więźniów. Chłopów
nie ścigano, nie odbierano im broni. Powstańcy, ochłonowszy z
paniki, zreorganizowali się natychmiast znowu. W innych miejscach
Niemcy zachowywali już tylko ścisłą neutralność, nie
przeszkadzając w niczym Petlurowcom. Coraz to nowe powiaty
przechodziły na stronę powstania, wypędzając władze hetmańskie
i mordując „panów”.

Jak
przed rokiem i przed laty, straszliwe: Taraszcza, Skwira, Kaniów,
Białocerkiew, mające hajdamaczyznę we krwi i tradycji, pierwsze
kąpały się w rozkoszach pogromowych rzezi, oświetlonych łunami
pożarów. Za nimi Podole, za Podolem Wołyń.”
[70]
[Jak wyżej, s. 169-170]

Rzeczywiście,
że powyższe wspomnienia tej wielkiej Polki, mogą przyprawić o
zawrót głowy ale może właśnie dzięki temu, wiele romantycznych
dusz, co to marzy im się wciąż hulanie po szerokiej, zielonej, a
spokojnej Ukrainie, przejrzy trochę bardziej na oczy. Może ta
przejmująca lektura skapnie nieco na ich rozpalone głowy, tak
potrzebnego, zdrowego oleju, aby skoro już tam jadą, pamiętali o
różańcu oraz o tych, którzy owe dobre skądinąd marzenia,
urzeczywistniali już daleko przed nimi. A którzy wielokrotnie gwoli
prawdy, na Ołtarzu umiłowanej ziemi, ojczyzny swojej, złożyli dar
najwyższy, dar ze swojego życia, jeśli nie w pierwszym to w
następnych pokoleniach. I nie łudźmy się wcale, że temu
wszystkiemu co się tam wydarzyło na przestrzeni wieków, winna jest
tylko wieś ruska, zacofana i ciemna bowiem pułkownicy kozaccy i w
ogóle cała elita kozacka na czele z ich wodzem Bohdanem
Chmielnickim, taka nie była i do takiej nie należała. Podobnież
było w Humaniu, żeby sobie przypomnieć setnika Gontę, przy
polskim stole i na polskim wikcie ukształtowanego. Czy inaczej było
owego roku 1918, a raczej czy mogło być inaczej, spróbujmy jeszcze
poszukać odpowiedzi na to pytanie, we wspomnieniach pani Zofii: „Gdy
chwile pierwszego zdumienia obopólnego minęły, Naruszewicz w
krótkich słowach wyjaśnił swoje przybycie.

„Naznaczyli
mnie – mówił – w październiku dowódcą samoobrony w Kamieńcu;
szło to jeszcze jako tako. Trzymałem twardo w łapie agitatorów i
Żydów, toteż byłby mnie każdy z tych drani utopił w łyżce
wody. Niedawno Austriacy uciekli. W kraju jedna burza. Ostatni
tydzień cały bronimy się od Petlurowców. Przedwczoraj władza
wyjeżdża; – nie dają mi nic znać, w ostatniej chwili dowiaduję
się o tym trafem – nikogo już nie ma – ja sam jak głupi
zostałem. Cudem uciekłem, co tchu w kasztanach, do Jarmoliniec. Tam
właśnie wypędzają Hetmańców. Nieszczęście w mieście,
zabójstwa. Bandy chodzą i wyszukują swoich panów po domach. Nic
podobnego jeszcze nie było! Zeszły rok? Śmiech, bracie, zabawka!
Źle się wydawało, że cię wypędzili ze wsi i o dziesięć wiorst
spokojnie sobie siedziałeś w miasteczku? Kpiny czyste! Teraz ze wsi
nie wypędzają już, bo nie ma nikogo; jakby tam był jeszcze jaki
wariat, to go pokrają od razu na kawałki i nasolą; ale do
miasteczek idą i znajdą – znajdą, choćby pod ziemią. Nie mają
spokoju, aż wynajdą i zamęczą. Nigdzie się nie schronisz.

„Gdyby paniw ne  wyhnaw, zawżdy wernutsia – mówią – Jak wyriżemo
wsich, Z tamtoho świta ne pryjdut.”
. – Zabijają
wszystkich; to jest nie; kobiet, jak dotąd, nie zaczepiają – co
prawda, to prawda. Ale mężczyzn wszystkich, nie pytając jaki on:
właściciel, dzierżawca, rządca, ekonom, dobry czy zły, wszystko
jedno. Raz gospodarował na folwarku – tak mu śmierć.
Obdzierają
ze skóry takich, co grosza odszkodowania nie wzięli; tak samo jak
tych, co kazali sobie zapłacić wszystkie straty. Prawie przy mnie
oskalpowali żywcem dwóch Kostkiewiczów
, braci naszego
rotmistrza. Mnie ktoś poznał. Zaczęli gonić. Uciekłem do
Płoskirowa: – większe miasto, można się schować. Po wsiach
chłopi do mnie strzelali, a ja do nich. Dobijam do Płoskirowa, a
tam już na mnie czekają. Telegrafowano z Kamieńca. Znajomi mówią:
Ani pół godziny nie możesz tu być. Podpasłem tylko konie i jadę
tu do was. Moje koniska biedne, już ledwie że ledwie…
Dojeżdżając, myślę sobie: jeżeli tam zastanę to samo, to sobie
w łeb strzelę, bo mi już obrzydło. Dosyć tego! Kto mnie zna,
wie, że o śmierć ani o niebezpieczeństwo nie rozchodzi mi
się…ale to, co się teraz dzieje…to podła bezsilność…to
polowanie par force, w którym się jest zwierzyną…to chłopstwo
wstrętne, to znęcanie się przed śmiercią…ten plugawy, marny
koniec….a nie! Wolę sto razy samemu….

„No,
ale, dzięki Bogu, lepiej, jest, niż mogłem marzyć…Czy ja się
spodziewałem zastać ciebie, Felek….”
  [71]
[Zofia Kossak – Szczucka, Pożoga, s.177-178]

ROK W KTÓRYM DO ŻYCIA POWSTAŁA POLSKA

I stało się, przyszedł niezapomniany rok 1918, kiedy wybuchła
Polska, znów powstała, aby żyć dla Boga i dla dobra całej
ludzkości. Owszem nie była tworem doskonałym i rodziła się w
prawdziwych bólach, rodziła się tam gdzie biły polskie serca, te
zaś mocno wołały ze Lwowa i Wilna, czy to się komuś podoba czy
nie. Tak było, a stłumione powstanie Ukraińców w zawsze wiernym
Lwowie w 1918 r., rękami jakże często dzieci i młodzieży,
potwierdziło tylko moralne prawo Polaków do swojej rodzimej ziemi.
Owszem, ojczyzna nasza nie zapomniała tego czynu Orląt i uczciła,
wspaniałą perłą polskiego oręża, budując prawdziwy Panteon
swoim młodocianym bohaterom, słynny już: Cmentarz Orląt
Lwowskich.

A
Ukraińcy, czuli się przegrani i pokrzywdzeni to prawda, ale
przecież my na ich miejscu czulibyśmy tak samo! Czy jednak II
Rzeczypospolita eksterminowała, głodziła na śmierć naród
ukraiński ? Skądże! Pani Władysława Główka z d. Bedychaj ze
Swojczowa do dziś pamięta te wielkie i ciężkie kosze pełne
kiełbas i innych delicji, które zasobni ukraińscy gospodarze
nieśli święcić do swojej ukraińskiej cerkwii w Swojczowie.
Tymczasem na Ukrainie sowieckiej miliony ludzi umierały z głodu,
a przypadki kanibalizmu nie były wcale odosobnione, i to był
właśnie ten raj, którym hojnie obdarowywano z Moskwy.
Pani
Władzia Bedychaj tak wspomina: „Pewnego razu na terenie naszej
szkoły rozpoczęłam rozmowę z taką nauczycielką, która była
pochodzenia ukraińskiego. Nie wiem dlaczego ale zaczęła mi
opowiadać co się działo na Ukrainie, daleko na wschodzie, mówiła
z bólem tak:
U nas tam panował straszny
głód
, przez las nie można było przejść,
ponieważ grupy wygłodzonych ludzi napadały
na przechodzących
i zabijając, zjadali ciała
ludzkie. Jak gdzieś chciałam iść sama, to zawsze szedł ze mną
ojciec, ponieważ bał się poważnie o moje życie!”

Była młoda i zwierzała mi się, że jest z okolic
Połtawy.
  [72]  [Sławomir
Roch, Wspomnienia Władysławy Główka z d. Bedychaj ze Swojczowa na
Wołyniu, Zamość 2004 r. s. 9]

ZAMYŚLENIA
I WSPOMNIENIA

Czy
ktoś bronił ukraińskim dzieciom modlić się po ukraińsku do
Ducha, nie tylko że nie broniono, ale cały nasz narodowy system
szkolny, tak był przygotowany, że w czasach współczesnych,
podobno nowoczesnych, ale na opak, idzie niekiedy tylko zapłakać.
Co zaś działo się za Zbruczem, tego już chyba nie muszę
przypominać, skoro do dziś ten biedny naród, podnosi się po
ciężkiej lekcji sowieckiego dobrobytu, do dziś leczy rany po
leninowskiej i stalinowskiej wersji humanizmu. Tego typu rozważania
można by jeszcze snuć dość długo, choćby życie społeczne i
polityczne. Nas jednak interesuje tragiczny i mimo wszystko, jakże
znów zaskakujący finał polsko-ukraińskiego współistnienia,
ponownie przecież w ramach jednego organizmu państwowego. Oto
samobójcza w gruncie rzeczy ideologia, przyjęta przez Organizację
Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), znów jak przed wiekami, była w
stanie pchnąć szerokie masy prostych chłopów ukraińskich, na
drogę jakże haniebnej zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu.
Doskonale już znane w Polsce „czerwone noce” na Wołyniu
i Podolu podczas II wojny światowej, niestety znów urastają do
miana symbolu, wschodniego, niepohamowanego okrucieństwa, a może
nawet, już jakoś podświadomie uwarunkowanej nienawiści do Lachów.

Kiedy
czyta się wspomnienia, relację naocznych świadków tamtych
wydarzeń, doprawdy trudno znaleźć niekiedy, jakiekolwiek
racjonalne wytłumaczenie dla tego typu zachowań, czynów i zbrodni.
I to pytanie, od którego właściwie zaczęliśmy te rozważania,
przywołując tak mądre i natchnione słowa Koheleta. Czy
rzeczywiście można budować własne szczęście na krzywdzie
drugiego człowieka, przecież każdy rozumny człowiek czuje i wie,
że wcześniej czy później dzieło to, obróci się i to z mocą,
przeciwko samemu sprawcy. Czy wylewając niewinną krew człowiek
znajdzie kiedykolwiek usprawiedliwienie, a jeśli nie, to czy warto
nakładać to piętno na siebie, swoje Bogu ducha winne dzieci,
następne pokolenia. I w imię jakich wartości i korzyści człowiek
ma prawo sprowadzać trwałą hańbę na siebie, jakąś większą
społeczność, a nawet Naród. Czy taka ojczyzna potem jest
rzeczywiście wolna i czy będzie dumna z takich działań i dokonań
swoich córek i synów. I w końcu czy żołnierze UPA i ich dowódcy,
którym dziś na Zachodniej Ukrainie stawia się liczne pomniki,
sypie kopce, a coraz więcej ulic i miast nosi ich „nieśmiertelne
i nieskalane imiona”
, rzeczywiście zasługują na miano
bohaterów, a jeśli tak, to pytam się: w imię czego i w imię
jakich wartości?

Zarazem
zapytuję: kto przeprosi, rzeczywistych bohaterów, którzy na
Ołtarzu wolności i honoru własnej Ojczyzny złożyli dar
najcenniejszy, dar ze swojego życia. Kto przeprosi ich za tę hańbę,
która spada na głowy tych, którzy dzisiaj ośmielają się katów,
wprost barbarzyńców nazywać bohaterami Ukrainy. To wprost nie do
uwierzenia, wybaczcie państwo, ale nie w tym czasie, nigdy, a
szczególnie kiedy łodzi Piotrowej przewodził sam umiłowany bł.
Ojciec Święty Jan Paweł II, a obecnie papież Benedeykt XVI, jego
wierny i godny następca. Kto w końcu przeprosi tych, którzy
jeszcze żyją, a którzy na swoim ciele noszą ślady „bohaterskich
cięć ukraińskich siekierników”
?! Kto przeprosi setki i
tysiące sierot polskich, które niekiedy nie pamiętają nawet
swoich rodziców, więcej nawet teraz nie pojadą, na ich domniemane
zresztą groby bowiem po sześćdziesięciu latach, potrafią jeszcze
szczerze zapytać: „A czy oni nas tam nie ….” ? O
zgrozo! I to dzieje się na naszych oczach. Pytam się w duchu
miłości odpowiedzialnej, tym razem: gdzie są Polacy, gdzie młodzi
polscy patrioci?

Przepraszam,
nikogo nie osądzam, ale czyżbyśmy całkowicie oślepli od blasku
monety, a może pod wpływem głośnej muzyki metalowej i właściwie
ryku, a nie śpiewu ogłuchli? No więc, gdzie są w końcu, te
wierne zastępy wnuków i prawnuków już nawet, także naszych
rodzin wołyńskich, gdzie ta młoda „armia kresowa” ? Póki
co, razem spróbujmy jeszcze raz wczytać się w osobiste przeżycia
naszych pradziadków, dziadków, ojców, naszych Męczenników
Wołynia i Kresów (których na stronie www.wolyn.btx.pl
nie brakuje): niech Ich krew będzie dla nas światłem, ale i
zarazem sądem. Aby już nikt więcej nie mówił: nie wiedziałem,
a….. bo ja myślałem, że……

Poważna część powyższego opracowania, została opracowana już w
roku 2004,  aby rok później stanowić, ważny rozdział książki:
„Prowadź Mario Prowadź Nas Męczenników Wołynia” ,
której drugą wersję ukończyłem w maju 2005 r. w Zamościu.
Egzemplarze książki przesłałem do kilku ważnych archiwów w
Polsce, w tym na Jasną Górę w Częstochowie oraz na Katolicki
Uniwersytet Lubelski w Lublinie (na KUL w 2009 r. , jako
mój protest przeciwko nadaniu prezydentowi Ukrainy Wiktorowi
Juszczenko tytułu doktora h. c.).
Całość w powyższym
wymiarze, zostaje poprawiona siedem lat później: 26. 08. 2011 r. w
Glasgow w Szkocji, w Uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej.

Pozostaje w kontakcie z wieloma osobami z Polski, które wciąż
nadsyłają swoje relacje i uzupełniają ważne informacje o losach
swoich najbliższych, na których wspomnienia natrafili w Internecie.
Osoby te mając dostęp do nowych, nieznanych mi jeszcze faktów,
nasyłają bardzo cenne meteriały, które ja uważnie zamieszczam w
książce. I tak, z Bożą pomocą, wciąż rozrasta się, bezcenna
praca: „Prowadź Mario Prowadź Nas Męczenników Wołynia” ,
o losach mieszkańców katolickiej parafii Narodzenia Najświętszej
Marii Panny w Swojczowie, podczas ostatniej II wojny światowej.

Zdaję sobie sprawę, że i to opracowanie nie jest jeszcze w pełni
profesjonalne, ale na pewno bardziej dostępne dla potencjalnego
czytelnika, a przez to, więcej użyteczne. I tak jak na wstępie,
mocno akcentowałem, że celem niniejszego opracowania jest
przybliżenie czytelnikowi, kresowych realiów, na przestrzeni
wieków. Tak i teraz ufam, że nieco bardziej przejrzyste stały się
i są teraz dla wszystkich, owe ważne, bo przecież historyczne
zaszłości, dwóch słowiańskich i bratnich narodów.

Pragnę w ten sposób także, gorąco zachęcić wszystkich, żyjących
jeszcze parafian ze Swojczowa i okolic, ale nie tylko, także z
całego Wołynia i Kresów do spisania swoich wspomnień, przeżyć i
doświadczeń z tamtych jakże pięknych, a potem jakże
dramatycznych lat. Raz dlatego, by dziedzictwo i ciężka praca
naszych przodków, nigdy nie była puszczona w niepamięć, a dwa by
Ci wszyscy, którzy pozostali tam, już na zawsze, w końcu doczekali
się choćby, prostego Krzyża katolickiego na swojej, jakże często
zapomnianej już dziś mogile.

Dziś i w tym opracowaniu o pamięć wołają do Nieba, a szczególnie
do Narodu polskiego: tysiące polskich rycerzy, kwiat polskiego
rycerstwa kresowego, haniebnie pomordowani przez kozaków
Chmielnickiego 03.06.1652 r. pod Batohem na Ukrainie. Tysiące
najlepszych synów naszej ojczyzny, którzy po dziś dzień, jak
sądzę na swojej mogile nie mają nawet Krzyża, nie mówiąc o
godnym, państwowym upamiętnieniu tego, tak szczególnego miejsca.
Miejsce (ze zrozumiałych powodów b. skromne) i napis na jednym z
filarów Grobu Nieznanego Żołnierza w Warszawie to na pewno za
mało. Batoh, to miejsce zbrodni o znamionach ludobójstwa, domaga
się państwowego upamiętnienia
i naprawdę niepodobna wierzyć,
że po dziś dzień tego nie uczyniono! Tam polska, jakże
szlachetna, niewinna krew polskich rycerzy w służbie Ojczyzny,
wciąż głośno woła do Nieba o pamięć, o uszanowanie o należną
cześć i spawiedliwość. I nie będzie pokoju w ludzkich sercach,
póki i ta zbrodnia, ten „sarmacki Katyń” , nie znajdzie się w
należnym sobie Panteonie Pamięci Narodu.

Mgr historii

Sławomir Tomasz Roch

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

polonia-serwis.de

2 tygodni 1 dzień temu

polonia-serwis.de shared a link.